dwutygodnik internetowy
29.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Juliusz Gardawski: Związki zawodowe są jak bezpiecznik

Gdyby lider związkowy nie brał pod uwagę interesu swojego zakładu pracy, na taczkach wywieźliby go sami związkowcy. Polskie związki, w porównaniu ze związkami w Europie Zachodniej, są mało radykalne. Wszyscy – załoga, szefowie związków i zarząd firmy – zainteresowani są tym, żeby przedsiębiorstwo dobrze funkcjonowało.

ilustr.: Monika Grubizna

Jeśli z polskich przedsiębiorstw usunie się związki zawodowe, nawet te cierpiące na rozliczne bolączki, to powstanie przestrzeń dla brutalizacji stosunków pracy i ujawni się ciemna strona naszej kultury menedżerskiej.

Z prof. Juliuszem Gardawskim, socjologiem i współpracownikiem “Solidarności” oraz Ogólnopolskiego Porozumienia Związków zawodowych rozmawiają Mateusz Luft i Cyryl Skibiński. Tekst pochodzi z najnowszego numeru „Cześć pracy!” („Kontakt” 22/2013), dostępnego już w salonach EMPiK.

 

Związki zawodowe nie mają w Polsce najlepszej opinii. Politycy utyskują na „rozwydrzonych związkowców, wypasionych na państwowych pieniądzach”, a znaczna część społeczeństwa zdaje się im przyklaskiwać, w najlepszym wypadku uznając związki za przeżytek. Jak do tego doszło w kraju „Solidarności”?

Szukając odpowiedzi na to pytanie, pamiętajmy, że istnieje wiele modeli kapitalizmu. Ukierunkowanie się na jeden z nich determinuje kształt przyjmowanych później rozwiązań ustrojowych. W 1989 roku, przy bardzo zdecydowanej aprobacie „Solidarności”, podjęto w Polsce decyzję, która dla związków zawodowych okazała się może nie destrukcyjna – to za dużo powiedziane – ale wyznaczyła światu pracy pozycję podporządkowaną. Związki zrezygnowały z jakiejkolwiek formy partycypacji w zarządzaniu.

 

Z tego, co pan mówi, wynika, że „Solidarność” mogła wybrać inaczej i pójść „trzecią drogą”.

Spór trwa do tej pory. W rachubę wchodził model koordynowanej gospodarki rynkowej, w którym partnerstwo społeczne, zwłaszcza ze światem pracy, uznaje się za ważną instytucję, korygującą działania rynku oraz czystego parlamentaryzmu. W ten sposób – mówiąc w dużym uproszczeniu – działa to w krajach skandynawskich, ale też w niektórych państwach Europy kontynentalnej.

Pod koniec 1989 roku grupa reformatorów z dawnego SGPiS-u, z Leszkiem Balcerowiczem na czele, wybrała inną drogę. Uznali, że w pełni efektywny jest jedynie liberalny model kapitalizmu, łączący się z maksymalnym utowarowieniem produktów i usług. Świat, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, szedł wówczas w tym kierunku, rozwiązania europejskie uznano więc za mniej skuteczne, a nawet niebezpieczne. Przypomnę zdanie wypowiedziane bodaj przez Vaclava Klausa: „Trzecia droga wiedzie do Trzeciego Świata”.

 

Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz nie mieli jednak zupełnie wolnej ręki.

Kształt reform został w dużej części wymuszony przez zewnętrzne okoliczności, czyli głębokie bankructwo Polski, dużo głębsze niż obecne bankructwo Grecji. Zgodnie z liberalnymi założeniami, Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy uzależniały udzielenie pomocy finansowej w takich sytuacjach od tego, czy dane państwo zdecyduje się na drastyczne ograniczenie wydatków publicznych i wejdzie na drogę pełnej prywatyzacji. Balcerowicz przyjął te warunki, długi zostały zredukowane o połowę i Polska zaczęła sprawnie wychodzić z kryzysu.

Lech Wałęsa uznał, że propozycje Leszka Balcerowicza i Jeffreya Sachsa są słuszne, i podjął decyzję o tworzeniu w Polsce liberalnej gospodarki rynkowej. Ceną za to był upadek etosu „Solidarności”, na który składała się idea samorządności w miejscu pracy, rozbudowanego samorządu obywatelskiego i postulaty równościowe. Rola związków zawodowych została ograniczona do ochrony praw pracowników. Okazało się, że oznacza to stopniową marginalizację związków, a więc również społecznej roli ich liderów. To był dramat Wałęsy, który zaczął być politycznie marginalizowany w roli przywódcy „Solidarności”, pośrednio na skutek własnych decyzji. Zaowocowało to m.in. wybuchem „wojny na górze”, czyli jego sporem z Mazowieckim.

 

W jaki sposób upadek etosu „Solidarności” wpłynął na funkcjonowanie związków po roku ’89?

Ukształtowanym przez autorytarny socjalizm wzorem postępowania Polaków jest „nieprzynależność”. Potrzeby afiliacyjne realizowane są w rodzinach i w kręgach przyjacielskich. „Solidarność” uformowała więź na poziomie narodowym. Zanik etosu „Solidarności” – rozpad wspólnoty ideologicznej i religijnej, którą w pewnej mierze stanowiła – ponownie te nasze cechy uwydatnił. Jeśli już decydujemy się gdzieś przynależeć, to raczej ze względów pragmatycznych, żeby coś dostać. W przypadku związków sprowadza się to do tego, że przez większość członków traktowane są jak ubezpieczenie od zwolnienia z pracy. I to za niewielką opłatą.

To jest problem dzisiejszych związków zawodowych, bo taka postawa wiąże się z bardzo niskim poziomem mobilizacji. Gdy centrala chce zorganizować manifestację w Warszawie, w której mieszka, lekko licząc, sto tysięcy związkowców, musi wynająć kilkaset autokarów i pozwozić ludzi z całej Polski. W Paryżu wystarczy, że centrala związków da sygnał do obrony praw pracowniczych, i już zbierają się setki tysięcy manifestantów, w większości nienależących zresztą do związków, a na ulicach miasta rozpoczyna się wielka fiesta.

 

Może trudności z mobilizacją wynikają z tego, że związki źle wypełniają swoją, i tak już zawężoną, misję? Co i rusz słyszy się o liderach związkowych, skupionych głównie na budowaniu własnej kariery, zarabiających po dwadzieścia tysięcy złotych miesięcznie.

Na palcach dwóch rąk można policzyć związkowców, którzy zarabiają takie pieniądze. Jest to możliwe tylko w wielkich państwowych przedsiębiorstwach monopolistycznych, jakie w Polsce mamy głównie w sektorach energetycznym i surowcowym. Takie firmy dysponują dużymi pieniędzmi z rent monopolowych. Wszyscy uczestnicy gry chcą mieć udział w podziale tortu. Członkowie zarządów umiejętnie omijają ustawę „kominową”, oficjalnie ograniczającą zarobki menedżmentu spółek publicznych, i ich zarobki idą niekiedy w setki tysięcy złotych. Związkowcy też mogą pozwolić sobie na żądania wysokich płac dla pracowników oraz pewnych beneficjów dla siebie, bo wielkie monopolistyczne przedsiębiorstwo jest w stanie to unieść.

 

ilustr.: Monika Grubizna

 

Wygląda to na opłacanie się szefom związków przez zarząd, w zamian za spokój. Schemat niemal mafijny.

Prawdą jest, że liderzy związkowi otrzymują niekiedy ekstra przywileje, które są swego rodzaju inwestycją zarządów w pokój społeczny w przedsiębiorstwie. Związki bywają więc narażone na to, że ich liderzy będą kupowani, ale nie jest to częste. W 2005 roku przeprowadziliśmy badania, w których pytaliśmy pracowników o to, czy związek zawodowy, który działa w ich zakładzie, broni interesów załogi, czy tylko wąskiej grupy liderów. 67 procent pracowników uważało, że związek walczy o interesy pracownicze , a tylko 7,5 procent twierdziło, że szefowie związku zajęci są głównie zabieganiem o własne interesy i traktują funkcję związkową jako gwarancję zatrudnienia, rubasznie określaną jako „dupochron”.

 

Związkom zawodowym bardzo często zarzuca się, że dbając o doraźne interesy swoich członków, nie zwracają uwagi na to, że doprowadzają przedsiębiorstwo do ruiny.

Do nieracjonalnego zachowania się związkowców dochodzi w sytuacjach wyjątkowych, głównie w przedsiębiorstwach będących państwowymi monopolistami. Tak zdarzało się we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, gdy związki uniemożliwiły sanację kilku ważnych przedsiębiorstw i miały swój udział w doprowadzeniu ich do bankructwa. Oddając im sprawiedliwość, muszę jednak dodać, że znam przypadki, gdy to właśnie związki, dzięki swoim zagranicznym kontaktom, uniemożliwiły wrogie przejęcie firm przez hochsztaplerów, już zaakceptowanych w ministerstwie przekształceń własnościowych.

Gdyby lider związkowy nie brał pod uwagę interesu swojego zakładu pracy, na taczkach wywieźliby go sami związkowcy. Już nawet w okresie pierwszej „Solidarności” bardzo mały odsetek strajków wybuchał w związku z roszczeniami wobec przedsiębiorstwa. Polskie związki, w porównaniu ze związkami w Europie Zachodniej, są mało radykalne. Wszyscy – załoga, szefowie związków i zarząd firmy – zainteresowani są tym, żeby przedsiębiorstwo dobrze funkcjonowało. Liderzy związkowi muszą utrzymywać stan chwiejnej równowagi, tak aby było jak najmniej zwolnień, przedsiębiorstwo utrzymało się na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, a oni sami nie stracili swoich pozycji w związku.

 

Czy pracodawca ma jakieś korzyści z tego, że w jego przedsiębiorstwie działają związki zawodowe?

Związek zawodowy potrzebny jest pracodawcy po to, żeby zapewnić sobie komunikację z pracownikami i – za pewną cenę – spokój. Dla profesjonalnego zarządu pozytywnym skutkiem obecności związków w ich przedsiębiorstwie jest też to, że związki mogą przekazywać informacje o patologiach na najniższym szczeblu, dotyczących np. niewłaściwego zarządzania pracownikami. Badacze amerykańscy ustalili, że informacje o patologicznych zjawiskach w relacjach między niższym nadzorem a pracownikami wykonawczymi można zdobyć tylko dzięki związkom zawodowym. Żadne ankietowanie pracowników tej wiedzy nie da, bo zawsze liczą się oni z ryzykiem, że ankieta, pozornie anonimowa, przejdzie przez ręce krytykowanego nadzorcy.

Związki mogą nie tylko ułatwiać komunikację, lecz także być antidotum na nadmiernie autorytarne zarządzanie ludźmi przez władze średniego szczebla, co zazwyczaj powoduje spadek efektywności zakładu. Zwiększają także – w odpowiednich warunkach – identyfikację z przedsiębiorstwami, dając pracownikom gwarancję, że zarząd nie będzie łamał zasad fair play.

 

Polskich właścicieli firm jakoś te argumenty nie przekonują.

Według wspominanych badaczy, różnorodne warunki muszą być spełnione, aby związki przynosiły korzyść z punktu widzenia zarządów. Zakład nie może być monopolistą, pracowników powinien reprezentować jeden związek zawodowy, nastawiony na współpracę z zarządem. Warunki te rzadko bywają spełniane w polskich przedsiębiorstwach.

 

Przyszliśmy do pana w nadziei, że przekonująco wyjaśni pan, dlaczego istnienie związków zawodowych leży w publicznym interesie. Tymczasem w niemal każdej pańskiej wypowiedzi słyszymy o patologiach trawiących polskie związki…

Rzeczywiście, jestem jak najdalszy od idealizowania działalności naszych związków. Pamiętajcie jednak, że żyjecie panowie w społeczeństwie, w którym w wyniku nie tylko doświadczeń z totalitaryzmem i socjalizmem autorytarnym, ale też w związku z dziedzictwem, które prof. Janusz Hryniewicz opisywał jako kulturę folwarczną, dominują postawy zindywidualizowane, żeby nie powiedzieć: egoistyczne. Otóż w naszym sfragmentaryzowanym społeczeństwie związki zawodowe zaliczają się do tych nielicznych organizacji, do których jednak się należy. Są one także jedną z tych instytucji – a nie ma ich wiele – do których polski pracownik może się zwrócić o pomoc, czyli łagodzą znany z badań efekt „społeczeństwa porzuconego”. Zlikwidowanie związków zawodowych mogłoby skutkować pogłębieniem frustracji, a w dalszej kolejności wybuchem społecznych niepokojów, zwłaszcza w dużych zakładach. Uważam, że związki są instytucją ekonomicznie i społecznie potrzebną.

 

Społeczeństwo tworzą jednak nie tylko pracownicy, ale też członkowie zarządów firm.

Aby debata o związkach nie była pozorna, trzeba brać pod uwagę wszystkie wierzchołki trójkąta zarząd – pracownicy – związki zawodowe. Niestety, zastanawiając się nad problemem związków, często abstrahuje się od drugiej strony stosunków pracy, czyli zarządów. Powstaje obraz jednowymiarowy: pisząc o związkach zawodowych, akcentuje się patologie i pomija zalety; pisząc o zarządach, sugeruje się, że reprezentują wzór podręcznikowo racjonalnego i humanitarnego zarządzania pracownikami. Tymczasem menedżment, zwłaszcza polski, ma tendencje do zarządzania poprzez stres, zdradza lekceważący stosunek do pracowników i ich reprezentacji, przejawia skłonność do nadmiernego wyzyskiwania swoich podwładnych.

Nie idealizuję ani związkowców, ani zarządzających przedsiębiorstwami. Teza, której bronię, mówi, że jeśli z polskich dużych przedsiębiorstw usunie się związki zawodowe, nawet te cierpiące na wspomniane już wcześniej bolączki, to powstanie przestrzeń dla brutalizacji stosunków pracy i ujawni się ciemna strona naszej kultury menedżerskiej.

Pełny tekst wywiadu z prof. Gardawskim jest dostępny w 22. numerze magazynu „Kontakt”.

 

Prof. Juliusz Gardawski (1948) jest kierownikiem Katedry Socjologii Ekonomicznej w SGH, gdzie zajmuje się badaniem struktury społecznej i struktury świata pracy. Współpracuje z „Solidarnością”, OPZZ, Fundacją im. Friedricha Eberta oraz Instytutem Spraw Publicznych. Jest wydawcą „Warsaw Forum of Economic Sociology”, członkiem Rady Konsultacyjnej Konfederacji Lewiatan oraz obserwatorem prac Komisji Trójstronnej.

 

UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!