dwutygodnik internetowy
13.07.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jerzy Liebert. Bądź gorący

Wciąż mało znana, z wyjątkiem paru sztandarowych tekstów, poezja Jerzego Lieberta stanowi przejmujące świadectwo jego życia wewnętrznego. Ten wywodzący się z kręgu skamandryckiego, związany ze środowiskiem warszawskich Lasek twórca przeszedł w swoim tragicznie krótkim życiu niezwykłą drogę duchowego rozwoju. Jego wiersze są zapisem godzenia się z własnym losem i odkrywania woli Boga, która jest czymś bez reszty angażującym. Poezja Lieberta ukazuje niechętnie przyjmowane prawdy chrześcijańskiego radykalizmu: wiara rozkwita tam, gdzie następuje całkowita rezygnacja z siebie, a proces ten nie może być wolny od bólu.

libert

Historia pewnej przemiany

Jerzy Liebert działalność poetycką zaczął jeszcze jako nastolatek. Początkowo obracał się wśród przedstawicieli Skamandra; przyjaźnił się między innymi z Anną i Jarosławem Iwaszkiewiczami. Jego pierwsze wiersze, głównie o tematyce miłosnej, utrzymane są w stylistyce tej grupy. Na ogół przyznaje się jednak, że nie widać w nich jeszcze znamion indywidualnej wrażliwości. Prawdziwa krystalizacja języka poetyckiego Lieberta miała nastąpić dopiero wraz z jego bolesnymi doświadczeniami natury duchowej.

Poprzez znajomość z Agnieszką Wajngold związał się z prowadzonym przez ks. Władysława Korniłowicza „Kółkiem”, działającym w podwarszawskich Laskach. Było to zgromadzenie młodzieży uniwersyteckiej, chcącej pogłębiać wiedzę głównie z zakresu filozofii i teologii, skupione wokół wskrzeszanej między innymi przez Maritaina myśli tomistycznej. W międzyczasie Agnieszka, którą Liebert darzył głębokim uczuciem, wstąpiła do nowicjatu franciszkanek. Fakt odkrycia przez nią powołania zakonnego był ciosem, wobec którego, jak się wydaje, poeta musiał dokonać w sobie obrony wiary. Historia tej niespełnionej miłości była zapewne tym, co naznaczyło całą jego twórczość. Porównywane często do korespondencji Słowackiego, wydane nakładem wydawnictwa Więź „Listy do Agnieszki” uważane są za arcydzieło polskiej epistolografii. Stanowią zapis przebiegu relacji, którą przez lata chciano rozumieć jako niezwykle silną zażyłość o charakterze jedynie intelektualnym. Tymczasem, i jest to być może klucz do poezji Lieberta (bo nic nie jest tu wyrażone expressis verbis), taka interpretacja okazuje się niewystarczająca.

Oprócz niedostępnej miłości, której młody poeta nadał sens ofiarny, odwołując się do niej jedynie omownie, kolejnym motywem tej twórczości są przemijanie i śmierć. Liebert walczył kilka lat z gruźlicą, przez którą zmuszony został rzucić studia polonistyczne. O swojej chorobie, dla odmiany, mówi w wierszach w sposób całkiem bezpośredni, nie szczędząc opisów tego, co dzieje się z jego ciałem. Jego zmagania znalazły tragiczny finał. Ostatecznie, w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu lat, walkę tę przegrał.

Dolor ante lucem

Bóg objawiający się w Liebertowskiej poezji ma oblicze, które dziś można by nazwać nieco zapomnianym. To Pan potężny i przerażający. Przyjęcie Jego miłości wiąże się ze zgodą na to, co po ludzku wydaje się okrucieństwem. Liebert w „Jeźdźcu” woła do niebieskiego posłańca, aby tratował go jak niewiernego żołnierza, jeśli to dla niego jedyna droga do całkowitej skruchy:

Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie.

(…)
Czyli trzeba aż przejść przez siebie,
Twoim słowom siebie zawierzyć —
Jeśli trzeba, to tratuj do dna,
Jestem tylko twoim żołnierzem.

Ten jeden z najbardziej znanych utworów poety kończy się chętnie przytaczanym dwuwersem-sentencją: „Uczyniwszy na wieki wybór / w każdej chwili wybierać muszę”. Wielkość Boga jest czymś miażdżącym, czymś, przed czym nie ma ucieczki; sumienie podąża za człowiekiem jak goniec. Gdy jednak już mu się poddamy, okazuje się, że nie wystarczy podjąć jednej, fundamentalnej decyzji. Każda sekunda życia, każdy czyn stają się w jej świetle wyborem i okazją do przetestowania wierności.

Liebert dostrzega w człowieku dążność do nieskrępowanej radości, a z drugiej strony nieustającą świadomość istnienia twardego Boskiego prawa. Jeżeli poprzestaniemy tylko na własnym, prostym rozumieniu świata, te dwie tendencje zaczną działać sobie wbrew. Prawdziwe szczęście jest bowiem czymś trudnym, czymś, co wymaga ofiary i przyjęcia innego, transcendentnego spojrzenia. Człowiek przez grzech stracił jasny ogląd tego, co jest dobre, i nie potrafi już w pełni rozpoznać Boga. Jednym z piękniejszych tekstów oddających tę prawdę jest wiersz „Colas Breugnon”, w którym Liebert nawiązuje do poczciwego burgundzkiego epikurejczyka, bohatera słynnej powieści Romaina Rollanda, czyniąc z tego pretekst do rozważań nad naturą wiary.

Wypędzili z raju aniołowie
Ludzi, ptaki i strwożone sarny,
Zamiast ambrozji słodkiej i złotej
Krowie mleko nam dali i chleb czarny.

Myślał Bóg, ze łamiąc chleba ćwiercie
W gniewie okrutnym załamiemy ręce,
A oto nam się chleb wydał słodszym od ambrozji
I wznieśliśmy ręce w podzięce.

Mimo doznawanego ogołocenia i cierpienia jest w nas zaszczepione głębokie poczucie, że Bóg musi być dobry, a organiczne wręcz pragnienie szczęścia sprawia, że umiemy zobaczyć dar nawet w niedostatku. Z tą zasadniczo zbawienną, bo pozwalającą na utrzymanie więzi ze Stwórcą, inklinacją wiąże się jednak także pewne zagrożenie. Bezkrytyczna afirmacja świata może sprawić, że stanie się on celem samym w sobie. Doczesne dobra potrafią wzbudzać wdzięczność wobec Boga, ale i zagłuszać pamięć o Nim.

Oto krowy na łąkach zielonych
Ciepłym mlekiem trysnęły w dzbany
I w obłokach dzbanów glinianych
Zobaczyliśmy raj nam zabrany.

Naszych pieśni jabłonie srebrzyste
Przesłoniły Twój majestat jasny,
Zakazany owoc zrywamy
I dzielimy go wspólnie z niewiastą.

Tę ambiwalencję relacji ze Stworzycielem można dostrzec w całej poezji Lieberta. Od ucieczki do dramatycznego poszukiwania, od nieznośnego bólu do przeczucia wiecznego szczęścia. Kim On właściwie jest i co stanowi Jego prawdziwą istotę, a co tylko nasze wyobrażenie?

Przepłynęła nam przez serca radość
Musująca jak strumień nowiną –
Dałeś, Panie, kielich goryczy,
Myśmy gorycz zmienili na wino.

Łuki świątyń jak brwi Twe gniewne
Zacisnęły nad nami niebiosa.
O Panie, rozchyl zasłony niebieskie,
Ukaż jasną twarz Dionizosa!

Monada poszukująca

Zmarły w kwietniu bieżącego roku literaturoznawca Zygmunt Lichniak dostrzegł w duchowości młodego myśliciela pewną nieprawidłowość, którą w poświęconej mu książce pod tytułem „Poeta konsekwencji. Rzecz o Jerzym Liebercie” nazwał „błędem newmanowskim”. Błogosławiony kardynał John Henry Newman uważał sumienie za ostateczną instancję wskazującą, co należy czynić, przyznając mu prymat nad nauczaniem teologów i kościelnych hierarchów. Lichniakowi chodzi jednak nade wszystko o skłonność poety do rozpatrywania swojej wiary jakby w oderwaniu od społecznego życia Kościoła. To, co dzieje się w jego duszy, jest sprawą tylko pomiędzy nim a Bogiem. Poezja ta jest intymną, zamkniętą rozmową: „jeden na jednego”. Inni ludzie, choć stanowią przedmiot refleksji, nie są tu traktowani jako wspólnota; poeta nie przyjmuje optyki typu „my”. Pobrzmiewa w rozważaniach Lichniaka podejrzenie, że ten brak mógł stanowić o niezdolności Lieberta do wybicia się ponad pewne trudności życia duchowego, które, gdy trzeba je udźwignąć samemu, stają się jeszcze bardziej dotkliwe.

Nie oznacza to jednak, że Liebert był typem samotnika odcinającego się od bliźniego. Zupełnie czytelny jest jego głód relacji z innym. Pojawia się w tej sferze napięcie o charakterze tragicznym; co i raz padają słowa modlitwy o drugiego człowieka, o kogoś, kogo potrafiłby kochać. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że mimo tych pragnień musi doświadczać jakiegoś rodzaju niewytłumaczalnej bariery. Wszystko to nabiera zaś jeszcze wyraźniejszych barw w kontekście historii jego więzi z Agnieszką.

Natchnienie bolesne

Wśród złych moich uczynków, jak wśród traw ospałych,
Płynie Twój strumień, Panie.
Porusza moje ziemie, otwiera moje skały,
Twarde, znieruchomiałe.

Pozwól za tym strumieniem i miodu, i mleka
Ludziom wejść na nie.
O człowieka, o miłość człowieka
Modlę się, Panie.

Cóż po Liebercie w czasie marnym

Poezja Lieberta jest poezją młodego, rozbudzonego umysłu, który w żywej relacji z Bogiem stawia Jemu i światu najważniejsze pytania. Nie słychać jednak odpowiedzi. Wyrażone zostaje za to wielkie wyzwanie, które trzeba podjąć: każdy z nas staje wobec bezwzględnej konieczności zaakceptowania Bożej woli. Alternatywą jest tylko upadek. Liebert wydaje się mówić: skoro rzeczywiście wierzysz, przyjmij „argumenty z autorytetu”. Nie chodzi tu wcale o pozbawiony refleksji fideizm, ale o uzupełnienie rozumu i własnych dążeń o wiarę, że Bóg ma swoje racje. Dopiero przez pryzmat pokory potrafimy bowiem dostrzec Jego potęgę. Jest to myśl podobna do tej, która przyświeca Saint-Exupery’emu w „Twierdzy”: „Tych, których kocham, doświadczam”. Doskonała sprawiedliwość Boga polega na tym, że jest miłosierny. Nie jest formalistyczna – wpisuje się w nią wzgląd na ludzką słabość. Ten porządek ma jednak również swoją drugą stronę. Miłość Boga przejawia się w Jego prawie. Człowiek nie może w pełni doświadczyć Bożej miłości, jeżeli uchyla się przed zasadami Jego sprawiedliwości. W czasach, gdy coraz trudniej o odwagę moralnego radykalizmu, gdy Bożą naukę przyjmuje się w „bezpiecznych dawkach”, a miłosierdziu po swojemu wytycza zakres i metody działania, warto zwrócić wzrok na to krótkie, lecz odważne i pełne duchowych plonów życie.

… — Lecz spod dachu serce wyjrzało;
Nie odegna dziś matka lęku,
Inna bojaźń przyszła i trwoga,
Gdy Dzieciątko urosło w Boga.
— Co czynić? Wszystko za mało.
Dłoń Twoja jak prawo twarda.
— Niebo w słowie czekać kazało.
— Lecz dla słowa rośnie pogarda.
Ręce proszą o czyn dzisiejszy,
Ręce od słowa silniejsze …