dwutygodnik internetowy
08.04.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jedliński: Powinno trochę boleć

Przebaczenie jest fundamentem relacji międzyludzkich. W życiu codziennym stale musimy sobie nawzajem coś przebaczać, jeśli dziś ja tobie, to jutro ty mnie. Przebaczenie jest warunkiem tego, żeby móc iść dalej – mówi Krzysztof Jedliński.

Ilustr.: Olga Micińska

Przebaczenie jest fundamentem relacji międzyludzkich. W życiu codziennym stale musimy sobie nawzajem coś przebaczać, jeśli dziś ja tobie, to jutro ty mnie. Wzajemne przebaczenie jest warunkiem tego, żeby móc iść dalej.

Z Krzysztofem Jedlińskim, psychoterapeutą i psychiatrą, rozmawia Misza Tomaszewski.
Na przełomie roku prezentujemy nasz autorski wybór najlepszych wywiadów, które ukazały się w naszym tygodniku w 2013 roku. Życzymy miłej lektury.
Po co nam, ludziom, przebaczenie? Przecież dysponujemy instytucjami życia publicznego, odpowiedzialnymi za wyrównywanie krzywd…

Przebaczenie jest fenomenem przynależnym do rzeczywistości wewnętrznej człowieka i do rzeczywistości relacji międzyludzkich. Dotyczy ono bardzo szerokiego zakresu zjawisk, zbyt szerokiego, by dało się go ogarnąć instytucjonalnie. No, chyba, że myślimy o jakimś przerażającym modelu totalitarnym, w którym państwo wtrąca się nawet do tego, o czym rozmawiam z własną żoną…

 

A jednak czasami z urzędu zasądza się zadośćuczynienie za „straty moralne”.

Zachowuję dużą rezerwę względem tej formuły. Kiedy sobie wyobrażę, że poniosłem jakieś straty moralne, które są w gruncie rzeczy niewymierne, a ktoś mi za to wypłaca pieniądze… Nie wiem, czy to by mnie bardzo pocieszyło. Przecież to jest zupełnie inny wymiar!

 

No właśnie, jaki?

Instytucje poruszają się w horyzoncie tego, co nazywam „sprawiedliwością”. Przebaczenie natomiast jest praktycznym wyrazem miłości, czy może raczej miłosierdzia, we wzajemnej relacji. W życiu społecznym niemożliwością byłoby ograniczenie się do samej tylko sprawiedliwości, z wyłączeniem miłosierdzia.

 

To może miłosierdzie zamiast sprawiedliwości?

Tak też nie można. Oczywiście istnieje pokusa, żeby zastąpić sprawiedliwość miłosierdziem, ale ta droga jest w moim przekonaniu błędna. W tym kontekście warto przytoczyć przykład żony jakiegoś opresyjnego mężczyzny, na dodatek alkoholika, która bez końca przebacza i bez końca poddaje się przemocy z jego strony. Przecież ona powinna powiedzieć „dosyć”. Powinna stanąć w obronie swoich praw i doprowadzić do tego, żeby jej mąż został ukarany. Dopiero wtedy może zacząć myśleć o miłosierdziu i przebaczeniu.

 

Na krzyżu modli się Chrystus słowami: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Czy ludzie na swój nieporadny sposób nie dążą zawsze do dobra? A jeśli tak, to czy przebaczenie nie daje się sprowadzić do zrozumienia motywacji człowieka, który przeciw nam zawinił?

W mojej praktyce dość często spotykam się z osobami, które zostały ciężko skrzywdzone przez swoich rodziców. Może się wydawać, że przebaczenie tak wielkich urazów graniczy z niemożliwością. Kiedy jednak udaje się skłonić pacjenta do tego, żeby przedstawił sobie dzieciństwo swojego ojca czy matki, żeby wyobraził sobie krzywdy, których oni sami doznali, nagle okazuje się, że przebaczenie jest możliwe. Zrozumienie ułatwia je i jest jego warunkiem, lecz nie warunkiem jedynym.

 

Szukajmy więc dalej. Czym przebaczenie różni się od zapomnienia? Czy można komuś przebaczyć, wciąż nosząc w sobie poczucie krzywdy?

Zapomnienie to nie jest taka prosta sprawa. Można zapominać na spokojnie, gdy pamięć o traumatycznym zdarzeniu zaciera się powoli, dzień po dniu i tydzień po tygodniu, ale w psychologii znamy też przecież coś takiego jak wyparcie. Polega ono na tym, że określone treści, jako trudne do przyjęcia, znikają ze świadomości człowieka bezpośrednio po przeżytej przez niego traumie. Patrząc z zewnątrz, można by powiedzieć, że zapomniał. Ale on zapomniał w jakiś dziwny, niezdrowy sposób.

Jeśli zaś idzie o drugie z zadanych przez pana pytań, to myślę, że odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Żeby to wyjaśnić, muszę dokonać rozróżnienia na przebaczenie w sensie psychologicznym i przebaczenie w sensie głębokim. Przebaczenie w sensie psychologicznym polega na pozbyciu się urazy. Słyszę imię osoby, która przeciwko mnie zawiniła, i na to imię nie budzi się już we mnie gniew. Uspokoiłem się, porozmawiałem z tym kimś, być może nawet się z nim pojednałem. Kropka. Przez przebaczenie w sensie głębokim rozumiem natomiast akt woli, intencję przebaczenia. To, że chcę przebaczyć. Czuję, że nie mogę, ale mimo wszystko chcę. I to jest chyba najważniejsze.

 

Ilustr.: Olga Micińska

Zapomnienie jest więc konsekwencją przebaczenia?

Tak. Często zdarza się, że do psychoterapeuty przychodzi człowiek, który nie ma uświadomionego poczucia krzywdy. Załóżmy, że został on skrzywdzony przez starszego brata. Póki co nie zdaje sobie jednak z tego sprawy, odczuwa tylko pewien dystans w stosunku do niego. Dopiero w trakcie psychoterapii zdejmowany jest z niego mechanizm wyparcia, on przypomina sobie pewne sytuacje, przypomina sobie swoje uczucia: gniew, żal, poczucie krzywdy. I nagle orientuje się, że został przez brata upokorzony.

W pierwszej chwili ten człowiek może w ogóle nie mieć ochoty na żadne przebaczenie. Dopiero stopniowo, prowadzony przez swojego terapeutę, dochodzi do wniosku, że jednak chce się z tym bratem pojednać i nawiązać z nim normalną relację. Z początku nie jest to jeszcze możliwe z uwagi na rozbudzone w nim uczucia. Gdy jednak je w sobie uzna, gdy się z nimi pogodzi, akceptując w ten sposób samego siebie, czyni istotny krok w stronę przebaczenia psychologicznego. Jego uraza rozmywa się już nie na skutek wyparcia, lecz zostaje we właściwy sposób zapomniana.

 

To znaczy, że czasem aby przebaczyć i zapomnieć, trzeba najpierw pamiętać… Czy nie ma ryzyka, że człowiek, który dzięki psychoterapii uświadomił sobie swoją krzywdę, nie będzie chciał wyjść z wygodnej roli ofiary?

Oczywiście, to może się zdarzyć. Bywa, że ktoś – jak to nazywamy w języku psychologicznym – uzyskuje z tytułu krzywdy wtórne korzyści. Bycie ofiarą podnosi jego poczucie wartości, rekompensuje mu jego własne niedostatki. Wydaje mi się jednak, że w którymś momencie głęboka satysfakcja z zaakceptowania swoich uczuć, z uczciwej oceny sytuacji, staje się większa niż satysfakcja z bycia ofiarą.

 

Trzeba więc czekać.

Tak, to wymaga czasu. To są procesy co najmniej wielomiesięczne, a czasami nawet kilkuletnie.

 

Czy przebaczenie jest aktem bezwarunkowym? Pamiętamy wszak zasady sakramentu pokuty, których uczyliśmy się na pamięć przed pierwszą komunią: żal za grzechy, postanowienie poprawy, zadośćuczynienie. Ksiądz Tischner pisał jednak, że „to poganie wybaczają tym, którzy klękają u ich stóp. Uczniowie Chrystusa przebaczają pierwsi”. Czy przebaczenie jest możliwe w sytuacji, w której winowajca nie okazuje skruchy bądź nie pokutuje za popełnione zło?

Zgadzam się z księdzem Tischnerem co do tego, że chrześcijanin przebacza pierwszy. Stawiając warunki, pozostajemy w wymiarze sprawiedliwości. Głębokie przebaczenie, jako akt miłosierdzia, jest natomiast bezwarunkowe. Nie chciałbym, z drugiej strony, deprecjonować stawiania warunków. Dlatego do tego, co wcześniej nazwaliśmy „przebaczeniem psychologicznym” i „przebaczeniem głębokim” trzeba dodać jeszcze coś trzeciego: przebaczenie relacyjne, czyli pojednanie. Wejście na ten poziom jest rzeczywiście niemożliwe, jeśli winowajca nie uzna swojej winy. Czasem musimy się jednak pogodzić z faktem, że do tego relacyjnego przebaczenia nie dojdzie lub że zaistnieje ono tylko w ograniczonym zakresie.

Weźmy taki przykład. Córka została ciężko skrzywdzona przez ojca. W wyniku psychoterapii przebacza mu na poziomie woli, następnie na poziomie uczuć i wreszcie chce z nim się pojednać. W międzyczasie on doznaje kryzysu miażdżycowego, na skutek którego traci pamięć. Nie może uznać przed nią swojej winy, bo po prostu nie pamięta. Chwała Bogu, jest jeszcze w stanie nawiązywać ze swoją córką kontakt tu i teraz, wciąż jeszcze ją rozpoznaje, coś może się między nimi poprawić, ale w jakże ograniczonym stopniu!

Nie musimy zresztą odwoływać się do tak skomplikowanych sytuacji. Złagodźmy trochę nasz przykład. Często zdarza się, że ten, kto zawinił, nie potrafi zrozumieć swojej winy albo potrafi zrozumieć ją tylko częściowo. Tak jak ojciec, który funkcjonuje w systemie wartości, który różni się od systemu wartości jego córki. On całe życie był przekonany, że sprawiedliwie ją karał za różne przewinienia i że to jest dla niej dobre. Naprawdę tak uważał. Ten człowiek rozumie, że córka ma coś do niego, on ma nawet ochotę się z nią pojednać, ale nie wycofuje się ze swoich drakońskich metod wychowawczych.

 

A powinien?

To trudne pytanie… Myślę, że czasem powinien. Wierzę w to, że istnieje obiektywny system wartości, ale ten system wartości przegląda się w indywidualnych realizacjach, do których ludzie bywają bardzo przywiązani, zwłaszcza emocjonalnie. Z mojej praktyki wynika, że pojednania nie da się do końca przeprowadzić. W pewnym momencie musi zadziałać miłosierdzie, które wyrównuje kanty i przechodzi ponad tym, czego nie sposób – jak to się mówi – dogadać.

 

Komu właściwie potrzebne jest przebaczenie – ofierze czy winowajcy?

Myślę, że jednemu i drugiemu. Przebaczenie jest fundamentem relacji międzyludzkich. W życiu codziennym stale musimy sobie nawzajem coś przebaczać, jeśli dziś ja tobie, to jutro ty mnie. Ma więc ono jednakowy sens dla krzywdzącego i krzywdzonego, tym bardziej, że bardzo często trudno dociec, który z nas jest którym. Wzajemne przebaczenie jest warunkiem tego, żeby móc iść dalej.

 

Ilustr.: Olga Micińska

Czy można mówić o czymś takim jak skłonność bądź nieskłonność do przebaczania? Na czym takie predyspozycje byłyby ufundowane?

Myślę, że jeśli chodzi o przebaczenie psychologiczne, to pewnie dałoby się wskazać jakieś skłonności osobowościowe. Obawiałbym się osobników, którym takie przebaczenie przychodzi za łatwo. Miałbym poczucie, że jest w tym coś z wyższości albo z nadmiernej skłonności do zapominania, czyli ze zbyt sprawnego funkcjonowania mechanizmu wyparcia. A to przecież powinno trochę boleć.

 

I boli, nawet chrześcijanina, który… No właśnie, czy można powiedzieć, że chrześcijanin „powinien” przebaczać? Czy wolno nam od kogokolwiek wymagać przebaczania?

To jest podobnie jak z przykazaniami. Czy to są obowiązki, czy prawa natury? Wydaje mi się, że raczej prawa natury. Porównałbym je z prawem grawitacji. Według nich po prostu funkcjonuje świat. A skoro, jak mówiliśmy, relacje międzyludzkie byłyby niemożliwe bez przebaczenia, to można chyba powiedzieć, że jest ono naszym obowiązkiem.

 

Czy przebaczenie chrześcijańskie wyróżnia się jakoś na tle przebaczenia w ogóle?

Myślę, że tak. Zasada przebaczenia nieprzyjaciołom jest wynalazkiem specyficznie chrześcijańskim. Ktoś powie na to, że u buddystów jest podobnie. To nieprawda. O ile mi wiadomo, przebaczenie buddyjskie jest pochodną odejścia od własnego „ja” i związanego z tym dystansu. To oczywiste, że odchodząc od własnego „ja”, w naturalny sposób skłonni jesteśmy przebaczać wszystkim. Chrześcijaństwo, przeciwnie, podkreśla znaczenie osoby i mimo to wzywa do przebaczenia. Ktoś się obruszy, że w ten sposób stawia przed nami zbyt duże wyzwanie. A ja uważam, że to dobrze.

 

To dobrze?

Powiedziałem, że przebaczenie jest jak prawo natury – jeśli ktoś go nie praktykuje, to wnosi swój wkład w zagładę wspólnoty międzyludzkiej, czyli w zagładę ludzkości. Z drugiej jednak strony mamy wolność wyboru wynikającą z tego, że jesteśmy osobami. Możemy nie przebaczać i to przydaje przebaczeniu wymiar dramatyczny – nieraz jest ono wynikiem wewnętrznej walki. Ale ta walka czyni nas naprawdę dorosłymi wobec ludzi i Boga.

 

Czy istnieje zło, którego nie sposób przebaczyć?

Myślę, że nie. Chociaż zło, które wyrządzamy, bywa czasami tak wielkie, że chyba tylko Pan Bóg może je przebaczyć…

 

Skoro mówimy o Bogu… Tadeusz Gadacz kończy jeden ze swoich tekstów stwierdzeniem, że w obliczu ogromu zła, które napotykamy w świecie, sam Stwórca tego świata będzie potrzebował naszego przebaczenia.

To bardzo ciekawe… Nie potrafię ustosunkować się do tego problemu. Ale powiem panu, co mi się z tym skojarzyło. Brałem kiedyś udział w warsztacie prowadzonym przez amerykańskiego psychologa, zajmującego się udzielaniem pomocy ofiarom katastrof i klęsk żywiołowych. Opowiedział on o procedurze, w której pokrzywdzonego człowieka, nieraz znajdującego się w ciężkim szoku, prosi się, by przypomniał sobie to, co przeżył, a następnie by wypowiedział wszystkie swoje myśli i nazwał wszystkie uczucia, które się z tym wiążą. Mówienie o myślach i uczuciach pełni funkcję oczyszczającą. Na koniec ów psycholog powiedział jednak coś, co mnie zszokowało. Ostatnie spośród zadawanych pytań brzmi: „Być może to jest niemożliwe, być może tak się nie stało… Ale czy to, co przeżyłeś, przyniosło ze sobą także coś dobrego?”. Rozumie pan? Skoro oni o to pytają, to musi znaczyć, że ludzie niejednokrotnie odpowiadają twierdząco!

 

Czy to znaczy, że według pana zło, które codziennie popełniamy i którego doświadczamy, które staramy się przebaczyć i które nam jest przebaczane – ma jakiś sens?

Na pewno ma sens. Lepiej: możemy w nim się tego sensu doszukiwać. Jest to jednak sens nadany mu przez Boga, z Jego perspektywy. Nigdy nie wolno nam natomiast „programować” zła, antycypując w nim jakiś sens. Dlatego zawsze się wzdragam, kiedy czytam, że jakiś mistrz duchowy postanowił poddać swojego ucznia bolesnej próbie. Z pewnością nie ma do tego prawa. W chrześcijaństwie stajemy się świadkami szalonego aktu Boga w postaci śmierci krzyżowej Jezusa. Spróbujmy usłyszeć Jego słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” uszami niejednego oprawcy. Przecież to wstrząs, który zostaje na całe życie! Może ten oprawca powie w duszy: „A jednak dobrze, że tam byłem…”?
Wywiad pochodzi z 17. numeru naszego kwartalnika „Polska na eksport”.
Krzysztof Jedliński (1948) jest psychoterapeutą, psychiatrą i trenerem psychologicznym. Zajmuje się też szkoleniem psychoterapeutów i trenerów psychologicznych. Autor książek: Jak rozmawiać z tymi, co stracili nadzieję i Nie dać się upokorzyć. Ma żonę i troje dzieci. Mieszka w Warszawie.

 

 

 

Przeczytaj inne rozmowy „Kontaktu”.

  • Gośka

    Wspaniały artykuł:)