dwutygodnik internetowy
19.06.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jak wybuchała wojna

W tej pionierskiej analizie widzimy, że wojnę poprzedziła „przed-wojna”: ciąg kryzysów, które przyzwyczaiły ludzi do myśli o możliwości rozstrzygania swoich racji siłą. Zaszła zmiana w sposobie myślenia: zaskakujące jest nie to, pisze Clark, że przywódcy godzili się na decyzje, które bezpośrednio dawały grunt pod konflikt zbrojny, ale to, że nikt nie zaprotestował.

materiały prasowe

materiały prasowe

Wydawnictwo Akademickie Dialog daje nam dziś do rąk znakomitą analizę rekonstruującą okoliczności stojące u źródeł wybuchu I wojny światowej. „Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” to książka niezwykła z kilku powodów, interesująca nie tylko dla historyka, politologa czy socjologa, ale dla każdego czytelnika zainteresowanego nie tylko historią – lecz także współczesnością.

Praca australijskiego historyka mieszkającego w Wielkiej Brytanii, Christophera Clarka, wyróżnia się świeżością spojrzenia i płynnością przechodzenia między źródłami. W efekcie czytelnik otrzymuje całościowy obraz rekonstruowany „z kilku kamer”, jednocześnie mogąc wczuć się w sytuację poszczególnych bohaterów dramatu: polityków i żołnierzy ponad dziesięciu państw (Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Austro-Węgier, Rosji, Włoch, Serbii, Czarnogóry, Bułgarii, Rumunii, Grecji…). Nie znaczy to, że „Lunatycy” są „reportażem historycznym” czy thrillerem psychologicznym: autor po prostu wyjątkowo uważa, by nie wpaść w pułapkę prezentyzmu, czyli zmiany perspektywy przez znajomość późniejszych zdarzeń.

Odległość czasowa skraca perspektywę – wybuch I wojny światowej widzimy dziś jako efekt nieuchronnego upadku kolejnych kostek domina: od zabójstwa arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony, przez kolejne mobilizacje wojsk, uruchamiające kolejne zobowiązania sojusznicze i kontr-mobilizacje. Tymczasem, jak przypomina autor, nie możemy oceniać przeszłości, znając bieg przyszłych wydarzeń. Musimy wejść raczej w pantofle osób podejmujących decyzje wtedy – w kontekst ówczesnej perspektywy, czyli zarówno ograniczonej wiedzy poszczególnych uczestników-współtwórców zdarzeń, jak i wzajemnych uprzedzeń czy sympatii międzyludzkich. Clark przywołuje choćby – z dwóch perspektyw – sytuację, w której przedstawiciel Austro-Węgier miał przekazać jasny i zdecydowany komunikat o „zaniepokojeniu” (a kiedy dyplomata wypowiada taką frazę, słychać już marszowy krok rekrutów); tymczasem pod wpływem osobowości premiera Serbii, ugrzecznionego, sprawiającego wrażenie „brata-łaty” – o przekazaniu komunikatu zapomniał, co więcej, wysyłał raczej sygnały odwrotne od zamierzonych.

To nie było domino, które upadło od kul wystrzelonych przez terrorystę. Clark rekonstruuję rzeczywistość bardziej złożoną od kubańskiego kryzysu rakietowego, w którym było przecież znacznie mniej niezależnych stron. W lipcu 1914 interakcje były wielostronne, między co najmniej pięcioma głównymi graczami polityki europejskiej. Co więcej, nie powinniśmy widzieć wydarzeń prowadzących do wybuchu I wojny na wzór stołu bilardowego, bo stronami w tym wielowymiarowym kryzysie były nie tyle zwarte „kule”, czyli państwa, co niejednolite grupy czy nawet jednostki wpływające na zmianę kierunku podążania takiej „bili”.

Clark pokazuje wręcz, że wpływ na politykę danego państwa mogły uzyskiwać czasem grupy czy osoby niekoniecznie ze szczytu władzy, jak na przykład we Francji, kiedy to „ogon kręcił psem” (przy słabej pozycji ministrów spraw zagranicznych to „dynastie” ambasadorów takich jak Cambonowie czy grupa urzędników „Centrali” wpływała na strategiczne zmiany polityki) – ambasadorowie potrafili palić instrukcje rządowe, z którymi się nie zgadzali. Niebezpieczni dla europejskiego ładu bywali też posiadający zbyt silną pozycję ministrowie – jak w Wielkiej Brytanii Edward Grey (potomek tego, od którego swoją nazwę wzięła popularna herbata), który nie ujawnił skali zobowiązań, jakie podjął w imieniu swojego kraju – czy władcy, których nie powinniśmy jednak widzieć jako wszechmocnych. Najbardziej dobitnym przykładem końca ery monarchów było wycofanie się cara z dwustronnych ustaleń w Björkö – przymierza Rosji z Niemcami, co neutralizowało sojusz francusko-rosyjski. To już nie była „polityka rodzinna”, w której wnuk królowej brytyjskiej (cesarz Niemiec) mógł porozumieć się z „drogim Nikim”, mężem kuzynki, wnukiem króla Danii (carem Rosji).

Pisanie o I wojnie światowej to duży problem z uwagi na źródła. Nie chodzi tylko o ich nadmiar, ale także o jakość. Takim niebezpieczeństwem jest „post-prawda” (czyli po prostu kłamstwo) „post-wspomnień” (konkretnym przykładem ukazanym w książce są pamiętniki francuskiego ambasadora w Rosji, Maurice’a Paléologue, sprawiające nieprawdziwie profetyczne wrażenie). Kolejnym z zagrożeń jest wykorzystywanie historii do prowadzenia bieżącej polityki, czyli taki dobór dokumentów, by jako winowajcę wybuchu wojny wskazać inne państwo (robili to i Niemcy, i Francuzi, i nawet Brytyjczycy, nie mówiąc o ZSSR – co w przypadku tego ostatniego było uzasadnione nie tylko ideologią, ale też… dążeniem do unieważnienia francuskich żądań spłaty przedwojennych pożyczek). Widzimy, jak współczesne to niebezpieczeństwa: pamięć jako amunicja wymierzona w drugiego. W ogóle pisanie o drogach, które w końcu doprowadziły do wybuchu I wojny światowej, przypomina analizę świata współczesnego, z jego wielobiegunowością, chaosem w relacjach międzynarodowych, wzajemnym przenikaniem się władzy i mediów, terroryzmem, zwrotem w kierunku akceptacji egoizmu narodowego.

Dlaczego bowiem Clark pisał właśnie o I wojnie? Jego dziadek był jednym z jej szeregowych uczestników, ale wydaje się, że najważniejsze powody są inne: to bowiem „klęska, w której wszystkie inne klęski [dwudziestego wieku – ŁG] miały swoje źródło”, a przy analizie chaosu kilku lat poprzedzających jej wybuch uderza to „jak bardzo przypomina on bieżące problemy. […] Za zamachem w Sarajewie stała otwarcie terrorystyczna organizacja, […] która miała charakter eksterytorialny […]; komórki porozrzucane po różnych krajach […]”. Clark zwraca uwagę, że dzisiaj bardziej rozumiemy kryzys lipca 1914 roku niż w latach, w których świat podzielony był na dwa bloki.

„Lunatycy” są tak aktualni nie dlatego, że kajzer ze swoimi nieprzemyślanymi wypowiedziami i nagłymi zmianami strategii (co jego ministrowie i urzędnicy uczyli się ignorować) mógłby zacząć przypominać nam Donalda Trumpa, że dostrzeżemy prawzór Parlamentu Europejskiego w parlamencie austriackim, zobaczymy, jak podsycanie szowinizmu w prasie przez władzę okazywało się później nie do zatrzymania – czy w inny sposób oswoimy przeszłość strojem współczesności. Nie, w tej pionierskiej analizie widzimy, że wojnę poprzedziła „przed-wojna”: ciąg kryzysów, które przyzwyczaiły ludzi do myśli o możliwości rozstrzygania swoich racji siłą. Zaszła zmiana w sposobie myślenia: zaskakujące jest nie to, pisze Clark, że przywódcy godzili się na decyzje, które bezpośrednio dawały grunt pod konflikt zbrojny, ale to, że nikt nie zaprotestował. Wojna jako możliwość stała się realna, a kiedy po kilku kryzysach, powodujących konieczność ogłaszania mobilizacji, budżet Austro-Węgier stanął na krawędzi niewypłacalności, kolejny kryzys oznaczający mobilizację nie mógł nie oznaczać wojny.

Australijski historyk nie znał zapewne „Historii” Gombrowicza, w której Wilhelm II, bombardowany przez doradców wezwaniami do podjęcia decyzji o mobilizacji, znajduje się w sytuacji puszczenia w ruch „piekielnej machiny” – w jakiś sposób ta sztuka Gombrowicza jest kontrapunktem do fascynującej monografii Clarka, będącej i analizą historyczną, politologiczną, psychologiczną, prawdziwym thrillerem, i ostrzeżeniem, pokazującym, że katastrofa jest zwykle nie tyle efektem jednego błędu, ale czasem wynika z małych nieporozumień, a rola jednostki jest w niej kluczowa. To nie zawsze musi być rola Wilhelma II; to możesz być i Ty – zatrzymasz katastrofę czy będziesz jednym z lunatyków…?