dwutygodnik internetowy
03.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jack Strong Pasikowskiego

  Pod wieloma względami „Jack Strong” jest filmem zdecydowanie wybijającym się jakością na tle rodzimych produkcji. Większość technicznych spraw stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszystko to jednak blednie w obliczu aż nazbyt widocznych braków reżyserskich Pasikowskiego, zwłaszcza w przypadku tonacji i dramaturgii.    Jeśli jest w polskim kinie ktoś, kto potrafi zrobić prawdziwy film gatunkowy, albo […]

 

Pod wieloma względami „Jack Strong” jest filmem zdecydowanie wybijającym się jakością na tle rodzimych produkcji. Większość technicznych spraw stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszystko to jednak blednie w obliczu aż nazbyt widocznych braków reżyserskich Pasikowskiego, zwłaszcza w przypadku tonacji i dramaturgii. 

 

Jeśli jest w polskim kinie ktoś, kto potrafi zrobić prawdziwy film gatunkowy, albo przynajmniej z nim poeksperymentować, to jest to z pewnością Władysław Pasikowski. Najlepszym tego potwierdzeniem jest długo oczekiwany (zwłaszcza po trailerze na światowym poziomie) „Jack Strong”. Jest tylko jeden, za to bardzo poważny, problem. Zamiast trzymającego w napięciu filmu sensacyjnego dostaliśmy sensacyjną komedię. I to nie zawsze zamierzenie śmieszną.

 

Kim był Ryszard Kukliński, mam nadzieję, każdy dobrze wie. Ale z recenzenckiego obowiązku przypomnę, że oficerem wojska polskiego w czasach PRL. I to nie byle jakim – miał dostęp do najbardziej tajnych materiałów, które w latach 70-tych zaczął przekazywać CIA. Niewątpliwie pomogło to w wygraniu przez stronę amerykańską zimnej wojny, także w wejściu Polski do NATO, a być może zapobiegło III wojnie światowej.

 

Pod wieloma względami „Jack Strong” jest filmem zdecydowanie wybijającym się jakością na tle rodzimych produkcji. Większość technicznych spraw – zdjęcia, muzyka, dźwięk stoi na bardzo wysokim poziomie. Ciężko jest się też przyczepić do scenografii, charakteryzacji i kostiumów, chociaż słyszałem już kilka uwag, że niektóre detale to błędy historyczne. Dobrym pomysłem jest też klamra filmu – Kukliński jest przesłuchiwany w ciemnym pokoju i nie można być do końca pewnym, czy to sytuacja bezpieczna, czy wręcz przeciwnie.

 

Wszystko to jednak blednie w obliczu aż nazbyt widocznych braków reżyserskich Pasikowskiego, zwłaszcza w przypadku tonacji i dramaturgii. „Jack Strong” nie ma nawet śladowych ilości napięcia, w żadnym momencie nie da się poczuć, że bohater jest realnie zagrożony. Naprawdę ciężko jest śledzić tę jakże ciekawą (niemal stworzoną, by ją sfilmować) fabułę, gdy zamiast bać się, częściej się śmiejemy. Pół biedy, kiedy dzieje się tak w początkowej części i gdy wygląda, że jest to zamierzone. Gorzej, że niektóre sceny są tak nieporadnie zrealizowane, że aż żenujące. Najlepszym tego przykładem jest moment narady dowództwa, na której Kukliński prawie przyznaje się, że jest agentem obcego wywiadu. Jednocześnie wyciera pot kartką papieru, zostawiając na czole ślad po tuszu. Niezamierzenie śmieszne (o to już jednak pretensji mieć nie można) jest również nazwisko jednego z oficerów – Gender – użyte dodatkowo w takich kontekstach, iż naprawdę nie da się zachować powagi.

 

„Jack Strong” ma też kilka wyraźnych braków scenariuszowych. Największym z nich jest wątek rodziny Kuklińskiego – źle poprowadzony, zrobiony na odczepnego, do tego to pojawiający się, to znikający, zależnie od „widzi mi się” twórców. Najgorzej pomyślany jest konflikt na linii ojciec – starszy syn, rozrysowany najgrubszą możliwą kreską, schematyczny i źle zagrany przez Piotra Nerlewskiego.

 

A skoro już przy aktorstwie jesteśmy. Marcin Dorociński jest jednym z najlepszych polskich aktorów i bez problemu portretuje Kuklińskiego. Jednak mimo, że dwoi się i troi, żeby nadać wspomnianym relacjom jakiś rodzinny rys dramatyczny, nie był w stanie przeskoczyć scenariuszowych i reżyserskich braków. Partnerujący mu (jako agent prowadzący Kuklińskiego) Patrick Wilson wypada bardzo dobrze, tym bardziej, że naprawdę porządnie radzi sobie z naszym językiem.

 

„Jack Strong” miał ogromną szansę, by być polskim filmem, który dorówna poziomem solidnemu kinu amerykańskiemu. Mógł, a nawet powinien być również dziełem ważnym i dyskutowanym w Polsce. W końcu do dziś toczą się debaty, czy Ryszard Kukliński był zdrajcą, czy bohaterem (chociaż dla mnie kwestia jest jasna). Tymczasem wszelkie błędy, humor oraz jednowymiarowość sprawiają, że ciężko sobie wyobrazić, by miał rozgrzać nadwiślańskie emocje. Czyżby Pasikowski przestraszył się, że powtórzy się wszystko, co miało miejsce po premierze „Pokłosia”?

 


 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.