dwutygodnik internetowy
16.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jacek Kaczmarski a katastrofa smoleńska

Jacek Kaczmarski, zmarły 10 kwietnia, rozumiałby, że „egzemplarz człowieka” zawsze jest „diabli, czyśćcowy i boski”. Że świat, że Polska nie dzieli się na zdrajców i prawdziwych Polaków. Nie dzieli się też na tych normalnych i tych obłąkanych smoleńską chorobą.

ilustr. Olga Micińska

Zbyt łatwo manipuluje się ludzką pamięcią. Pamiętamy o tym, o czym ktoś nam przypomina. Pamiętamy tych, o których pamiętają inni. Jeśli zapomina społeczeństwo, zapomną i jednostki. Czasem ktoś krzyknie, co dla niego ważne, ale to na ogół krzyk straceńczy.

Szczególnym sposobem pamiętania są rocznice i ich obchody. Te rodzinne – gdy tęsknimy za bliskimi lub świętujemy kolejny rok małżeństwa. Te lokalne – wyzwolenia miasta czy wybudowania nowego mostu. Czasem obchodzimy rocznice we wspólnocie – kościelnej, szkolnej, zawodowej. Wreszcie we wspólnocie narodowej – wspominamy wydarzenia dobre i złe. W Polsce – przede wszystkim złe, nawet jeśli budzące dumę.

 

Rozczaruję tych, którzy myśleli, że będę rozwodził się nad tegorocznymi obchodami katastrofy smoleńskiej, a zwłaszcza tych, którzy sądzili, że wyrażę swój jasny pogląd na to, czego wszyscy byliśmy świadkami (albo czego, w wykonaniu władz państwowych, świadkami nie byliśmy, bo i obchodów brakowało). Nie umiem wniknąć w najgłębszy sens tych wydarzeń. Ból, tęsknota, żal, bezsilność – te uczucia wywołują różne reakcje, czasem złość, nienawiść i żądzę zemsty. Czasem udziela się to innym, niekiedy tłumom. Nie mnie to sądzić. Tak, mi też zawsze wydawało się, że „Sto lat” to przyśpiewka urodzinowa, na rocznicę śmierci nieco niestosowna, ale nie o tym chcę pisać, a przynajmniej nie przede wszystkim o tym. Albo może jedynie z innej perspektywy.

Chcę bowiem przypomnieć o innej rocznicy, pechowo wypadającej też 10 kwietnia. Pechowo, bo powtarzający się wokół nas refren jednej piosenki, gotów zagłuszyć wszystkie inne. Nawet tak wyjątkowe, jak te Jego autorstwa. Jego – czyli Jacka Kaczmarskiego, zmarłego 10 kwietnia 2004 roku, w Wielką Sobotę, Jacka, który, jak zwykle przekornie, w dzień wielkiego czuwania przestał czuwać.

 

Szkoda, że zapominamy o jego dorobku, że mniej chcemy go dziś słuchać. A jeśli już słuchamy, to podobnie jak Herberta, wyrywkowo, pod tezę. Kim byłby dziś autor „Źródła” i „Jana Kochanowskiego” – nie wiadomo, wszak zmarł przed kluczowym dla dzisiejszej świadomości społecznej rokiem 2005 – wystarczy zresztą spojrzeć na drogę, jaką przebył Przemysław Gintrowski. Kaczmarski nie chciał być bardem „Solidarności”, ani tamtej sprzed lat, ani tej współczesnej. Nie chciałby więc pewnie być bardem czy to PO, czy PiSu, nie w smak byłoby mu Pietrzakowskie śpiewanie. Może zaśpiewałby znów, jak na 20. lecie pierwszej Solidarności, że „Muszkieterowie już nie ci sami…”. Może dodałby, z gombrowiczowskim uśmiechem, że „Polak to embrion narodziarski (…), to dźwigał krzyż i czyjąś winę, to znów na szyi tylko krzyżyk”. Pewnie rozumiałby, że „egzemplarz człowieka” zawsze jest „diabli, czyśćcowy i boski”. Że świat, że Polska nie dzieli się na zdrajców i prawdziwych Polaków. Nie dzieli się też na tych normalnych i tych obłąkanych smoleńską chorobą.

Śpiewał: „Zostały jeszcze pieśni. One już – chcę czy nie chcę – nie są moje”. Wiedział, że był „zdrajcą i pomnikiem, degeneratem, bohaterem”, że „przeinaczano moje śpiewki, by się stawały tym, czym nie są, tak używano mnie w potrzebie”. Wczoraj, dziś i jutro, gdyby chcieć, cytatami z jego twórczości uzasadnić można wszystko, każdą ideę, każdy postulat, każdy projekt. Jak i ja to czynię. Manipulowanie pamięcią to efekt manipulowania słowem, językiem, pojęciami i cytatami. Tymi z Pisma Świętego i tymi z Herberta, ale też tymi z Kaczyńskiego czy tymi z kabiny Tupolewa, gdy autorstwo słów przypisywano intuicyjnie i na podstawie jedynie kontekstu.

 

Gdybyśmy jednak więcej Kaczmarskiego słuchali, wiedzielibyśmy, że częściej należy pytać, niż udzielać odpowiedzi; jeśli patrzeć krytycznie, to częściej w lustro, niż w twarz drugiego człowieka, jeśli życzliwie, to wpierw na wroga, później na siebie; że uczciwie należy mówić o przeszłości i z uczciwą rezerwą wobec swoich przewidywań myśleć o przyszłości. Że każda rewolucja, każde burzenie murów kończy się budowaniem nowych, tych w poprzek społeczeństwa, między zdrajcami i prawdziwymi Polakami; między normalnymi i obłąkanymi smoleńską chorobą.

Za to Kaczmarski umiał łączyć. Udowodnił to, umierając. Nie dość, że w zmaganiu z chorobą kibicowało mu tak wiele osób, dla których był ważny. Nie dość, że osoby z przeciwnych obozów wspierały go z równym zapałem. Gdy z rakiem w końcu przegrał, wspólny tekst na łamach „Gazety Wyborczej” opublikowali Jarosław i Jacek Kurscy. O tym też zapomnieliśmy już dawno.

 

A prosił nas przecież: „Pamiętajcie wy o mnie, co sił, co sił, choć przemknąłem przed wami jak cień”. A my zapominamy. Odkrywają go coraz to kolejne pokolenia, wciąż dla rzeszy ludzi jest postacią ważną, kultową, wybitną, wciąż inspiruje. Ale i tak, zamiast wsłuchiwać się w czyjś (może właśnie jego) mądry, ale i krytyczny wobec siebie samego głos, wolimy krzyczeć „zdrajcy!” lub wyrażać swoje oburzenie tym, że krzyczą. Wyzywać dziennikarzy od najgorszych, albo pokazywać to kilkanaście razy w telewizji na dowód nikt już nie wie w zasadzie, czego.

A moglibyśmy słuchać…:
„Zaprzestańcie wzajemnych podbojów
Korzystajcie z dobrodziejstw pokoju
Pochowajcie urazy i zwłoki
I dojrzyjcie do nowej epoki”.
Może coś w nas by zostało.

 

To wszystko refleksje ściętej głowy, egzaltowane wołanie oderwane od rzeczywistości, z którego nic nie wynika, biadolenie i paplanina nieuwzględniająca żadnych okoliczności, żadnych uwarunkowań, faktów, mitów, roli i powołania innych jeszcze mediów. To niemożliwe do spełnienia marzenia o innej rzeczywistości, świecie równoległym, w którym byłoby inaczej. Jacek powiedziałby pewnie, że w tym innym świecie to już nie byłaby Polska. Ale tak bardzo żal, że już nic nowego nam nie zaśpiewa. Że nie napisze, nie zarzuci, nie zapyta. Że nie chcemy słuchać tego, co już napisał, zastanawiać się nad tym, co już zarzucał, odpowiedzieć na pytania, które już zadał. Że nas nie „obroni przed nami”. I że sami sobie w tym nie pomagamy. I stąd te rocznicowe, czarne myśli.

 

 

  • j.

    otóż to.
    wierna słuchaczka Jacka.

  • Christophoros

    Dziękuję za ten tekst.
    Jednak śpieszę donieść, że nie wszyscy o twórczości JK zapomnieli. Ja i wielu moich znajomych (zarówno “zdrajców”, jak i “opętańców” smoleńskich) zachwycamy się nią i zachwycać będziemy całe życie…

  • Paweł Biliński

    Może warto dodać jeszcze to, że Jacek Kaczmarski na kilka godzin przed śmiercią,  w Wielką Sobotę, przyjął chrzest:
    “Artystę żegnała rodzina, przyjaciele, politycy, przedstawiciele świata kultury i wiele tysięcy miłośników jego twórczości. Urna z jego prochami spoczęła w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Mszę św. pogrzebową odprawił ks. Wacław Oszajca, jezuita. – Jacka uwiodło życie, a on dał mu się uwieść. Sięgał po to, co niemożliwe i dotykał tego, porywał się na rzeczy wielkie i wielkie rzeczy tworzył – mówił ks. Oszajca. – Wrażliwiec niebywały – charakteryzuje Kaczmarskiego w rozmowie z Niedzielą inny z kapłanów, ks. Witold Bok z Gdańska, który prowadził tam pierwszą część pogrzebu. – Ostatni tomik jego poezji świadczy o duchowej przemianie artysty, o dojrzewaniu – dodaje. Wyjawia, że na kilka godzin przed śmiercią, w Wielką Sobotę Jacek poprosił o chrzest. Przyjął go. Nawrócił się w pełni świadomie.”
    (źródło: http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=ed200420&nr=181)

    • Spodwin

      Otóż Panie Pawle – nie było tak, jak się Panu wydaje.
      Oczywiście – można manipulować tą informacją i podwawać, że “Jacek przyjął chrzest”. Z lubością czyniło tak środowisko katoprawicowe, wykorzystując ów fakt do własnych propagandowych celów.
      Gdyby Pan naprawdę interesował się twórczością i życiem Jacka, wiedziałby Pan, że prawda wyglądała nieco inaczej.
      Mianowicie – Jacek nie przyjął chrztu w sposób lansowany przez choćby powyżej cytowanego Oszajcę. Jacek ZOSTAŁ OCHRZCZONY. Został ochrzczony, kiedy był już nieprzytomny. To znana w Kaczmarskim środowisku historia.
      A twierdzenia, jakoby Jacek się nawrócił, w dodatku “w pełni świadomie” (sic!) dowodzą potężnej siły oddziaływania medialnej plotki. Żeby pozostać w temacie wiary: wierzymy w to, co chcemy uwierzyć.
      Pozdrowienia.

      • Paweł Biliński

        Hm, trudno mi z tym polemizować, bo przy tym nie byłem. 
        Ja tę informację przeczytałem wówczas (po Jego śmierci) w Życiu Warszawy i po prostu przyjąłem, że tak było. Nie czuję się częścią żadnych domniemanych propagandowych działań “środowiska katoprawicowego”. Życiem i twórczością Jacka Kaczmarskiego zawsze się interesowałem (można powiedzieć, że wychowałem się na jego piosenkach) i zwyczajnie bardzo się ucieszyłem, że przed śmiercią jednak się nawrócił!
         Teraz zaś odnalazłem i zacytowałem tę samą informację ze strony internetowej Niedzieli. Wygląda na rzetelną: jest w niej podany z imienia i nazwiska ksiądz, który prowadził pierwszą część pogrzebu, a więc zakładam, że był blisko tych wydarzeń, i tenże ksiądz podaje, że Jacek Kaczmarski poprosił o chrzest i przyjął go świadomie. Oczywiście 100-procentowej pewności nie mam i mogę się zastanawiać czy teoretycznie jest możliwe, że ten ksiądz jest kłamcą, albo ktoś w jego usta włożył słowa, których w rzeczywistości nie powiedział. Albo – przesuwając granice podejrzliwości – może cała ta relacja jest zmyślona, a taki ksiądz w ogóle nie istniał? Jednak mimo wszystko wciąż jeszcze – przykro mi! – ta relacja wygląda dla mnie o wiele bardziej wiarygodnie niż anonimowa notatka podpisana “Spodwin”, pełna nieskrywanej niechęci do środowiska innego niż “katolewicowe”…

        Paweł Biliński

        • Szymon Podwin ($imon Undervin)

          Powtórzę: można wierzyć w to, co chce się wierzyć.
          Zwłaszcza, że pisze Pan, iż “bardzo się ucieszył” na wieść o nawróceniu (sic!) Jacka.
          Nie będę zatem odbierał Panu tej radości. W końcu – ludzie wiary wierzą w nie takie historie. Skoro np. Chrystus chodził po wodzie – Jacek też mógł przyjąć świadomie chrzest. ;]
          A moja niechęć do środowiska katoprawicowego bierze się m. in. faktu wykorzystywania osoby Jacka oraz Jego twórczości do własnych politycznych celów. Żeby tylko przypomnieć ów nieszczęsny chrzest czy manipulacje “Murami” podczas PiSlamskich kampanii, kiedy to prawi i sprawiedliwi dopisali sobie WŁASNĄ zwrotkę i śpiewali ją na wiecach. Takie rzeczy wzbudzają moje oburzenie, tym bardziej, że od lat działam aktywnie na rzecz propagowania twórczości Jacka i poświęcam temu sporą część życia: czasu i emocji.

          • Hesperyda

            Z taką samą pewnością,z którą mówisz, że chrzest czy nawrócenie Jacka Kaczmarskiego jest mało prawdopodobne,  ja mówię- dlaczego nie? Dlaczego wypowiadasz się w roli wyroczni i wróża za niego? I co Ci przeszkadza to, że przed śmiercią, przed perspektywą wieczności ukorzył się i być może chciał się pojednać? Ty uważasz, że się nie nawrócił, inni podnoszą temat zamachu smoleńskiego. Daruj, ale to, że Ty masz inne zdanie na ten temat, na bakier jesteś z “katoprawicą” nie daje Ci wcale prawa do tworzenia z siebie Alfy i Omegi w tym delikatnym temacie, nawet jeśli robisz tak wiele dla popularyzacji jego twórczości…

          • Świętosławski Wojciech – Fan

            “Ale chroń mnie Panie od pogardy, przed nienawiścią, strzeż mnie Boże…”

  • Krakus57

     Artykuł  b..dobry . Jedno  w  nim mi brakuje.  Za  edukację   człowieka  odpowiada  inny człowiek —  mądrzejszy . I jest taka  cecha  człowieka  – w  tym kraju już  dawno  zapomniana   : odpowiedzialność  za  słowo . . I jeszcze jedno  świadectwo  racji ( nawet  swojej ) daje  się  swoim życiem i … czynami .  Giganci  to potrafią  –  a tłuszcza  nie  rozumie . Obniżanie  wartości  wiedzy  i rozumienia eo ipso życia – daje  takie  rezultaty jakie  widzimy  obecnie . Nie każdy   kto ma  skrzydła jest …orłem. A orły  są  samotnikami  na  swoich skałach  i dzieki temu  maja  świetny  widok. A  wzrok mają   ostry . Mieczysław  Jan  Różycki