dwutygodnik internetowy
20.05.2013
magazyn papierowy


Izrael – Palestyna. Okno możliwości

Pokój nie zostanie zawarty ani teraz, ani w przyszłości. Palestyńczycy będą się dalej radykalizować, nie sposób wykluczyć nawet trzeciej Intifady. W międzyczasie Izrael rozbije swoimi osiedlami teren Zachodniego Brzegu na niefunkcjonalne kawałki. Porażka Palestyńczyków będzie oczywista. Porażkę poniesie jednak także i Izrael.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Pokój nie zostanie zawarty ani teraz, ani w przyszłości. Palestyńczycy będą się dalej radykalizować, nie sposób wykluczyć nawet trzeciej Intifady. W międzyczasie Izrael rozbije swoimi osiedlami teren Zachodniego Brzegu na niefunkcjonalne kawałki. Porażka Palestyńczyków będzie oczywista. Porażkę poniesie jednak także i Izrael.

 

Przed dwoma tygodniami Stephen Hawking rozpętał burzę w światowych mediach. Znany fizyk wycofał się z organizowanej corocznie przez Shimona Peresa konferencji w Jerozolimie, czym postanowił dołączyć do akademickiego bojkotu Izraela. Publicyści zastanawiali się, czy taki ruch zgadza się z naturą pracy naukowej, przypomniano też, że Hawking nie widział powodów, by odmówić wizyt w Iranie czy Chinach. Głos zabrał także i premier Izraela, Benyamin Netanyahu. Zapytany o sprawę przez Jerusalem Post, poradził Hawkingowi, by „zbadał fakty”, które jednoznacznie wskazują, że Izrael jest wyspą rozsądku, umiarkowania i pragnienia pokoju.

Ta ostania deklaracja ma wkrótce szansę przejść kolejny test praktyczny. W tle tradycyjnie gorących debat nad konfliktem bliskowschodnim trwają wysiłki amerykańskiego sekretarza stanu, Johna Kerry’ego, na rzecz wznowienia zerwanych w 2010 roku rozmów między rządami Izraela i Autonomii Palestyńskiej. Reanimacja negocjacji pokojowych zaczęła się w czasie niedawnej wizyty Baracka Obamy – bardzo ostrożnej w wymowie, obliczonej przede wszystkim na odzyskanie nadwątlonej słynnym przemówieniem z Kairu z 2009 roku przychylności izraelskiej opinii publicznej. Prezydent USA w czasie oficjalnych rozmów nie wywierał presji na miejscowych politykach, najmocniejsze słowa skierował do tysiąca izraelskich studentów zebranych w Jerozolimskim Centrum Kongresowym. Obama podkreślił prawo Palestyńczyków do własnego państwa, grając na emocjonalnej nucie – przyrównał słuchaczy do młodych ludzi, których dzień wcześniej spotkał na Zachodnim Brzegu. Oni marzą o tych samych rzeczach, co wy. O możliwości podejmowania własnych decyzji, zdobyciu wykształcenia, znalezieniu pracy, założeniu rodziny. Ale i tu nie padły jasne deklaracje polityczne – amerykański prezydent uciekł się do krągłych zdań o formie uniwersalnych prawd, tak charakterystycznych dla jego publicznych wystąpień. Oto, gdzie zaczyna się pokój – nie w planach liderów, ale w sercach ludzi. Politycy nie podejmą ryzyka, o ile nie zażądają tego ludzie. To wy musicie doprowadzić do zmiany, o której marzycie. Obama na nikim nie zamierzał wywierać nacisku – dał to do zrozumienia jeszcze przed przyjazdem, mówiąc w wywiadzie dla izraelskiej telewizji, że na Bliski Wschód jedzie „słuchać”.

 

Fakty dokonane

Rzecz w tym, że izraelskie społeczeństwo nikogo do zmiany zmuszać nie ma zamiaru. Chociaż ponad sześćdziesiąt procent badanych popiera powstanie państwa palestyńskiego, nie jest ono dla nich głównym problemem. Izrael ma na głowie własne troski – od czasu słynnych protestów namiotowych przeciw wysokim kosztom życia z 2011 roku głównym tematem debaty publicznej jest ekonomia. Wszyscy zastanawiają się, jak ulżyć kurczącej się klasie średniej i zniwelować różnice między najbogatszymi a najbiedniejszymi (według niedawnego raportu OECD Izrael znajduje się w pierwszej piątce krajów rozwiniętych z największym rozwarstwieniem społeczeństwa), a w międzyczasie nowopowstały rząd przygotowuje cięcia przeciążonego deficytem budżetu. Brak zainteresowania procesem pokojowym niekoniecznie więc płynie z braku dobrej woli, jest raczej pochodną sytuacji wewnętrznej kraju.

Obama miał jednak rację o tyle, że szansy na zmianę trudno szukać wśród miejscowych polityków. Ostatni mąż stanu zaangażowany w proces pokojowy został zamordowany w 1995 roku. Dziś u sterów stoją zmęczeni władzą i sobą nawzajem politycy, którym rozmowy już nieraz się nie udały. Zwłaszcza izraelski premier znajduje się w sytuacji trudniejszej niż kiedykolwiek. Choć dosłownie na moment przed lądowaniem Obamy udało mu się doprowadzić do zaprzysiężenia swojego drugiego z rzędu gabinetu, już teraz wiadomo, że następne lata nie będą dla niego łatwe. Za plecami szykują się na swój czas polityczni liderzy przyszłości – Yair Lapid i Naftali Bennett. Już teraz trzymają Netanyahu za gardło, po następnych wyborach prawdopodobnie go zastąpią.

 

Żaden z wcześniej wymienionych nie czuje się powołany, by przekonywać społeczeństwo Izraela do tego, że pokój jest konieczny. Prawdę mówiąc, nie do końca wiadomo do czego, poza władzą, czuje się powołany Lapid. Szef drugiej największej partii w parlamencie jeszcze przed rokiem był jednym z najbardziej znanych dziennikarzy telewizyjnych w kraju, teraz jako minister finansów celuje w bardziej lub mniej błyskotliwych postach na Facebooku, w których kreuje swoją postać wrażliwego na problemy zwykłych Izraelczyków ministra i dobrego cara, zmagającego się z podstępnymi dworem (urzędnicy ministerstwa finansów zaczynają się dopiero przekonywać, co to znaczy szef – celebryta).

Inaczej ma się sprawa z Naftalim Bennettem – jego stanowisko w sprawie konfliktu jest doskonale znane. W opublikowanej na początku 2012 roku „Inicjatywie na rzecz Stabilności Izraela” pisze, że nadszedł czas świeżych idei, które przeniosą nacisk z rozwiązania konfliktu na zarządzanie konfliktem. Po tej dumnej deklaracji pada pomysł znany nie od dziś – Bennett proponuje aneksję tak zwanej strefy C – czyli izraelskich osiedli, stref buforowych, doliny Jordanu i Pustyni Judzkiej – łącznie ponad 65 procent powierzchni Zachodniego Brzegu. Świat nie uzna naszej suwerenności [na tych terenach] […] jednak ostatecznie dostosuje się do stanu faktycznego. Z punktu widzenia byłego szefa Yeshy – Rady Osiedli na Zachodnim Brzegu (czy też, jak woli izraelska prawica, Judei i Samarii), jest to jak najbardziej słuszne rozwiązanie. Bennett sprawę osadnictwa traktuje jako centrum izraelskiej racji stanu. Trudno mu zresztą odmówić politycznego pragmatyzmu – jego „Inicjatywa” nie jest misją politycznego straceńca. Izrael nieprzypadkowo kontynuował, mimo sprzeciwu społeczności międzynarodowej, budowę osiedli. Z ust wielu polityków prawicy można usłyszeć frazę: „fakty dokonane”. Dziś nikt nie spodziewa się, że Izrael z dnia na dzień ewakuuje trzysta piećdziesiąt tysięcy osadników z Zachodniego Brzegu (nie wspominając o dalszych trzystu tysiącach żydowskich mieszkańców wschodniej Jerozolimy). Nawet najbardziej optymistyczne przewidywania co do potencjalnych negocjacji mówią, że Izrael zaanektuje przynajmniej część osiedli – żaden amerykański dyplomata nie podejrzewa jednak, że Palestyńczycy przystaną na skrajną propozycję Bennetta.

 

Po drugiej stronie

Nadziei na udane rozmowy trudno szukać też po drugiej stronie konfliktu. Władze Autonomii doczekały się wprawdzie laurki z ust Baracka Obamy, który powiedział o „świetnej robocie” prezydenta Abbasa i premiera Fayyada, jednak palestyńska ulica ma o swoich rządzących zupełnie inne zdanie. Padają zarzuty o korupcję, kolesiostwo i służalczy stosunek do Zachodu. Politykom nie pomaga też kryzys finansowy i niestabilna sytuacja w regionie, które razem sprawiły, że zachodni i arabscy sponsorzy przykręcili kurki z pomocą. Na Zachodnim Brzegu rośnie więc bezrobocie, a wraz z bezrobociem spada zaufanie do rządu, który na różne sposoby próbuje je odzyskać. W takiej atmosferze o ustępstwa w negocjacjach będzie trudno.

Nie można zapominać, że Autonomia zachowuje tylko pozory demokracji. Ostatnie wybory w 2006 roku doprowadziły do kryzysu między Fatahem i Hamasem. Ten ostatni został wprawdzie ostatecznie z rządu usunięty, gdyby jednak wybory odbyły się dzisiaj, zdobyłby znów znaczącą ilość głosów (w różnych sondażach Hamas cieszy się poparciem pomiędzy 17 a 30% Palestyńczyków, wobec około 40% poparcia dla Fatahu). Wszelkie próby stworzenia rządu w Palestynie musiałyby więc opierać się na kompromisie tych dwóch sił i uwzględnieniu części postulatów Hamasu. Tego Izrael boi się najbardziej, mowa bowiem o organizacji, która odmawia mu prawa do istnienia i wspiera skierowane w jego obywateli działania terrorystyczne. W żadnym izraelskim polityku perspektywa udziału Hamasu w rządach nie wzbudza entuzjazmu, dość mają już kłopotów z Gazą. Premier obarczony odpowiedzialnością za wznowione ataki zza Zielonej Linii mógłby zapewne zapomnieć o dalszej karierze. Groźba Hamasu potwierdza zresztą tylko doktrynę bezpieczeństwa leżącą u podłoża planu Bennetta. Linia granic z 1967 roku (lub jakakolwiek wariacja na jej temat, która mogłaby powstać przy stole negocjacyjnym) jest bardzo niewygodna do obrony – w przeciwieństwie do proponowanej przez prawicę granicy na dolinie Jordanu. W obliczu pogłębiającej się niestabilności regionu o wiele łatwiej znaleźć argumenty na rzecz tej drugiej.

 

***

Przed trzema laty Barack Obama mówił o wąskim oknie dla pokoju, teraz tę frazę odświeżył John Kerry, który twierdzi, że najbliższe dwa lata będą dla negocjacji decydujące. To ładnie brzmiąca, ale naiwna deklaracja. Do rozmów prawdopodobnie dojdzie – Netanyahu wstrzymał w ostatnim czasie wydawanie nowych pozwoleń na budowę osiedli, co jest odbierane jako próba ukłonu w stronę wstępnych żądań strony palestyńskiej. Nie ma jednak podstaw, by liczyć na owocne negocjacje. Pokój nie zostanie zawarty ani teraz, ani w przyszłości. Palestyńczycy będą się dalej radykalizować, nie sposób wykluczyć trzeciej Intifady – choć oczywiście tak, jak obydwie poprzednie, będzie zupełnie nieprzewidziana. W międzyczasie Izrael rozbije swoimi osiedlami teren Zachodniego Brzegu na niefunkcjonalne kawałki, a plan Bennetta doczeka się praktyczniej realizacji. Porażka Palestyńczyków będzie oczywista. Porażkę poniesie jednak także i Izrael. W jego granicach pojawią się kolejni Palestyńczycy, z przyswajaniem których społeczeństwo całkiem sobie nie radzi. Co więcej, zaprzepaszczona zostanie szansa na uczynienie jednego z ważniejszych kroków koniecznych do unormowania relacji z państwami w regionie.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.