dwutygodnik internetowy
18.06.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Inteligencja projektuje wyzwolenie

Potrzeby, o których mówili tacy twórcy jak Brzozowski czy Feldman, nie były potrzebami wykluczonych. Wydają się raczej przetransponowanymi pragnieniami twórców czasopisma dotyczącymi sprawczości, znaczenia i władzy.

ilustr.: Malwina Mosiejczuk

ilustr.: Malwina Mosiejczuk

Tożsamość: Feldman i Brzozowski

Czasopismo „Krytyka” wychodziło w Krakowie w latach 1896–1897 i 1899–1914. Wilhelm Feldman przejął je w roku 1901 i nazwał „miesięcznikiem poświęconym sprawom społecznym, nauce i sztuce” zamiast „miesięcznikiem społeczno-literackim”. Pismem powiązanym z galicyjską PPSD była tylko do roku 1900, kiedy autorem większości artykułów wstępnych był Ignacy Daszyński. Od czasów Feldmana reprezentowała nurt lewicowo-wolnościowy, nawiązujący do tradycji romantycznych.

Wilhelm Feldman, jak wszyscy postępowcy przełomu XIX i XX wieku, działał w warunkach niestabilnej struktury społecznej, nieosadzonej w państwowości i pozbawionej jasnego podziału klasowego. Określił zatem tożsamość i cele pisma, wychodząc od motywów osobistych. Pochodził ze Zbaraża, z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, był wielbicielem polskiej sztuki i zwolennikiem asymilacji, a chciał się włączyć w kulturę, której jedną z realnych cech był antysemityzm. Paradoksy, jakie się z tym wiązały, zostały świetnie zobrazowane przez dialektykę wyobcowania i włączania, jaka ujawniła się w jego relacji ze Stanisławem Brzozowskim.

Mieli ze sobą sporo wspólnego: obaj nie czuli się komfortowo ze swoim pochodzeniem (Feldman: żydowskim, Brzozowski: ziemiańskim), obaj szukali uzasadnień dla swoich postulatów w tradycji romantycznej i obaj mieli trudne relacje ze współczesnymi środowiskami intelektualnymi, wobec których, w odmiennych okolicznościach, odegrali rolę kozła ofiarnego.

Dokładniej: swoje pochodzenie uważali za poniżające piętno. W powieści autobiograficznej „Żydziak” z roku 1889 Feldman, porównując zwyczaje swojej gminy ze swoją wizją kultury polskiej, jaką zaczerpnął z lektur romantyków, wspominał swoje pragnienie wyrwania się z ciemnoty getta. Zdawał sobie sprawę, że jego miłość do polskości jest jednostronna, ale z drugiej strony odmawiał bycia „gościem” w polskich instytucjach i chciał zakorzeniać się w środowisku polskiej inteligencji w sposób równouprawniony. Środowisko to miało jednak kształt skłóconych grup niepodlegających żadnej władzy i nie chciało go przyjąć. Prowadzenie „Krytyki” mogło być więc próbą stworzenia własnego spójnego mikrokosmosu, „kultury polskiej” na piśmie bardziej przyjaznej i zaangażowanej niż ta rzeczywista.

Brzozowski natomiast, dystansując się do swojej ziemiańskiej rodziny, szukał dla siebie tożsamości w fascynacji filozoficznymi koncepcjami. Zapewne wpłynęły na to psychologiczne, rodzinne czynniki: jak pisał w „Pamiętniku”, jego matka była jak „napierająca ściana”, „walący się na nas grób” i wzbudzała winę za „chęć życia”, a oboje rodzice mieli być „rozbitkami szlacheckiego rozkładu”, „z osłabionym lub zanikającym poczuciem rzeczywistości i uczuć ogólnych”. I jeżeli pozycja Feldmana polegałaby na próbie wysnucia z siebie własnego punktu odniesienia, Brzozowski byłby melancholikiem powtarzającym starania odzyskania utraconego domu.

Obaj szukali ratunku przed wyobcowaniem w odwołaniu do tradycji romantycznej jako wzorca wolnościowej aktywności historycznej, w tym „działania przez słowo”. Obaj też przeciwstawiali ten ideał postawie współczesnych środowisk kulturalnych, polegającej w ich opinii na unikaniu praktycznych wyzwań i zaprzeczaniu realności społecznej. Gdy się zaś pokłócili (na przełomie lat 1905 i 1906), nawzajem zarzucali sobie zachowanie sprzeczne ze swoimi ideałami: kawiarniany intelektualizm, deklaratywność i ignorowanie rzeczywistości.

W „Legendzie Młodej Polski” Brzozowski odciął się od estetyzujących środowisk młodopolskich, zarzucając im ucieczkę w sentymentalizm. Twierdził, że artyści tacy jak Miriam tworzą ideał sztuki dla sztuki, aby dowartościować wyobcowanie „wysadzonych z siodła”. Zarzucał „ludziom kulturalnym”, że zaprzeczają utracie znaczącej pozycji społecznej i zajmują się ocalaniem swojej iluzji o uprzywilejowanej roli. W „Filozofii romantyzmu polskiego” twierdził, że pułapki tej jakoby uniknęli romantycy, którzy, mimo że jako emigranci znaleźli się poza swoim systemem, starali się dostosować ekspresję do doświadczenia braku wolności.

Feldman również nie lubił postawy młodopolskiej: „Czy Słowacki po to żył i cierpiał – pytał – aby arystokracja nerwów miała jedno więcej źródło emocji?”. Chciał, aby literatura nie stawała się wieżą z kości słoniowej, ale była źródłem pomysłów na urządzenia społeczne, zapowiedzią i gruntem realnych przemian. Uważał, że wobec braku państwowości to ludzie pióra ponoszą odpowiedzialność nie tylko za nazywanie doświadczenia, ale też – odważniej – za reformy i rewolucje.

Różnica w ich nawiązaniu do romantyzmu i poszukiwaniach idealnego porządku symbolicznego wydaje się nieznaczna, ale od roku 1907 Feldman i Brzozowski oskarżali się nawzajem właśnie o sentymentalizm i oderwanie od praktyki. Ich relacja mogła załamać się również z praktycznych powodów: Feldman zlecał i organizował Brzozowskiemu prace, aby zapewnić mu środki utrzymania, a ten z trudem wywiązywał się ze swoich zobowiązań.

Feldman już po śmierci Brzozowskiego pisał, że jego „światopogląd pracy” nie wywarł żadnego praktycznego wpływu: nie zaszczepił „ducha wolności” ani nie przygotował nikogo do walki o niepodległość. Twierdził, że Brzozowski był przede wszystkim „aparatem myślowym”, uruchamianym przez „cudze myśli, systemy i książki”, stającym się „celem samym w sobie”. Oceniał, że Brzozowski „odbywał ciągłą podróż, w której nie szło o przybycie do jakiegoś celu, ale o zwiedzenie różnych miejsc”.

Niewykluczone, że Feldman tak bardzo był rozczarowany słabościami Brzozowskiego, bo chciał z niego uczynić „swojego” poetę romantycznego, legitymizującego idealną wizję kultury i działania na rzecz wolności. Z czasem zobaczył w nim teoretyka niezainteresowanego działaniem, podczas gdy sam uważał się za aktywistę. Gdy ten zawód doprowadził do załamania ich relacji, środowiska, dla których byli outsiderami, nie zostawiły na nich suchej nitki, obscenicznie podkreślając reguły swojego funkcjonowania i to, jak naprawdę widzą pozycję obu bohaterów.

Wykluczenie: jak być kozłem ofiarnym

Po 25 kwietnia 1908 roku, kiedy „Czerwony Sztandar” opublikował spis agentów Ochrany, na Brzozowskiego spadł grad krytyki ze strony środowisk postępowych. Jak zauważyli Irzykowski i Ortwin w broszurze „Lemiesz i szpada przed sądem publicznym”, „skrytobójstwo” ponad podziałami dokonało się dlatego, że Brzozowski naraził się bez wyjątku wszystkim swoją diagnozą o sentymentalnej Młodej Polsce. Z listów Brzozowskiego do znajomych wynikało, że jego pozycja w realnym porządku odsłoniła się w bolesny sposób: wraz z narastającym ostracyzmem czuł się coraz bardziej wykorzeniony i symbolicznie zamordowany. W liście do Rafała Bubera z 3 maja 1908 roku pisał na przykład: „Najlżej byłoby skończyć całą aferę mojego istnienia”, „jestem na szereg lat niemal zabity”.

Feldman, którego niedługo później spotkały podobne ataki, twierdził w owym czasie, że próbował zweryfikować oskarżenie rzucone na Brzozowskiego, ale nie znalazł dowodów na to, że „Sztandar” pisze nieprawdę. Być może obserwowanie, jak środowisko, którego miał być wizytówką, go wyklucza, potwierdzało jego własne rozczarowanie Brzozowskim. Był jednak następny. Kampania przeciwko niemu, jaka rozpętała się po publikacji „Współczesnej literatury polskiej”, pokazała, że polskie środowisko literackie go nie przyjęło. Pisarze nie wahali się używać inwektyw, wraz z symboliką nieczystości, tak jakby Feldman jako „obcy” zakłócał dotychczasowy porządek jak szkodliwy pasożyt.

Jan Bełcikowski twierdził, że Feldman jest „obcym” i „wrogiem”, który wypowiada „kawiarniane uczucia i myśli” oraz, nie zrozumiawszy, „co jest wieczystem w narodzie naszym”, pragnie sprawować rząd dusz. Jerzy Żuławski przedstawiał Feldmana jako niepożądanego intruza, który „w zabłoconych kaloszach i z czapką na głowie” wchodzi do „świątyni”, „chwastem szkodliwym, a zbyt wybujałym, który już co prędzej wyplenić należy” i „pachciarzem literatury polskiej”. Pisał: „Jedliśmy cię zbyt długo, teraz cię poczynamy wypluwać” i przytaczał skierowane do siebie słowa pewnego „pierwszorzędnego poety”: „Ja się z tem… babrać nie chcę, ale gdy Pan już zaczął, niech Pan czyści polską stajnię Augiasza z tego… (wyraz trudny do powtórzenia)”.

Irzykowski krytykował Feldmana za „mimikrę” oraz za to, że posługuje się „napastliwą krytyką” w sposób „pełen Feldmanowskich dźwięków naturalnych”. Zauważył też jednak, że kampania przeciwko Feldmanowi wynikła z tego, że polscy literaci rozpoznali w nim swoje wady i przejrzeli się we „Współczesnej” jak w krzywym zwierciadle. Twierdził, że Feldman „nie jest Żydem, lecz Polakiem, […] który […] chciałby się wydawać jeszcze bardziej polskim niż każdy Polak. Dlatego przejął wszystkie wady Polaków […], powtórzył ich wszystkie frazesy, rozwodnił je i rozmnożył”.

Sadystyczny karnawał, jaki urządzili pisarze Feldmanowi, oznaczał, że w regułach ich świata nie mieściła się ani jego żydowskość, ani jego oczekiwanie, aby polscy pisarze byli idealniej, romantyczniej polscy niż są. Aspirowanie do środowiska, które go nie chciało i było bardziej zamknięte i zachowawcze, niż sobie wyobrażał, było skazane na porażkę. Czy mógł zatem odnaleźć swoją rolę jako autor projektów emancypowania grup wykluczonych?

Włączanie: zawłaszczanie wykluczonych

Feldman lubił uzasadniać swoje diagnozy i postulaty dotyczące społeczeństwa liczbami i tabelkami. Te pozytywistyczne „operacje większościowości” unaukowiały domniemane „interesy ekonomiczne” albo „potrzeby kulturalne” grup niereprezentowanych, trudne do uchwycenia. Gdy jeszcze nikt nie analizował aporii relatywizmu kulturowego, publicyści „Krytyki” na swój sposób próbowali wybrnąć z błędnego koła pomiędzy pułapką uprzedmiotowienia perspektywy innego a ryzykiem rozpłynięcia się w cudzym punkcie widzenia. To znaczy wypowiadali się w imieniu grup uciśnionych, podstawiając swoje hipotezy w miejsce nieznanych „interesów” i „potrzeb”, a potem zamazywali operację tego zastąpienia.

Propozycje zmian dotyczących galicyjskich chłopów, robotników, Ukraińców z Galicji Wschodniej, zamieszkujących polskie ziemie Żydów, a sporadycznie również kobiet i młodzieży, nigdy nie były formułowane przez tych, którzy mieli emancypacji podlegać, mimo że w „Krytyce” publikowano też reportaże. Na przykład przytaczane w „Krytyce” „Wywiady nad położeniem krakowskich robotników” Zofii Daszyńskiej, mimo że oparte na wizytach w zakładach i rozmowach z rzemieślnikami, były utrzymane w narracji trzecioosobowej, nie zawierały cytatów, a ich główny środek wyrazu stanowiła tabelka z danymi dotyczącymi czasu pracy i zarobków. Feldman nigdy nie pisał o swojej drodze ze Zbaraża do Krakowa, nie zamieszczał też wielu tekstów pisanych w narracji pierwszoosobowej. W artykułach, które dotyczyły asymilacji i „uobywatelnienia” Żydów, wśród licznych argumentów ani razu nie umieścił najbardziej przekonującego przykładu, jakim były jego własne losy.

Niektóre publicystyczne przedsięwzięcia przybierały jednak nieoczekiwany obrót i zmuszały do wyjścia poza fantazję o innym. W sprawie konfliktu polsko-ukraińskiego Feldman uważał, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wypracowanie zbliżonego do federacji ustroju opartego na „autonomii kulturalnej”. Pozwolił jednak raz wypowiedzieć się Cyrylowi Trylowskiemu, który stwierdził, że Ukraińcom należy się samodzielne państwo i że Feldman, kwestionując niepodległościowe aspiracje Ukraińców, zdradza swoje przywiązanie do „miazmatów Polski szlacheckiej”.

Takie niezrozumienia i pomyłki, nie zaś bezpośrednia treść artykułów, definiowały, czym „Krytyka” była jako przedsięwzięcie. Przemilczane doświadczenie redaktora, obiektywizowane i racjonalizowane w postulowanych projektach, było zarazem warunkiem istnienia pisma, jak i nieprzekraczalną przeszkodą w przekształceniu publicystyki na politykę.

Wspólnota: miejsce w spółdzielni

Postulat spółdzielczości, czyli uspołecznienia pracy, oraz paradoks nadrzędnej roli twórców i działaczy związany z jego wygłaszaniem można uznać za wzorcowy dla projektowania „Krytyki”. Jak bez posiadania formalnej władzy można było skłonić ludzi pozbawionych państwowości do zrzeszania się? Modelu dostarczała koncepcja rewolucji moralnej czy „rewolucja sumień” Edwarda Abramowskiego oraz jego idea kooperatyzmu. Abramowski widział w spółdzielniach szansę jednostkowego i społecznego wyzwolenia i postulował, aby tworzenie nowych instytucji uruchomić od dołu, poprzez „reformowanie dusz”, rozbudzanie potrzeby solidarności i wspólnoty. Pojawiło się więc założenie, że ktoś miałby to robić, ale wcale jednoznacznie nie określano, kto i jak miałby rozpoznawać i rozbudzać domniemaną powszechną potrzebę solidaryzowania się.

Abramowski podkreślał, że to zawsze konkretni ludzie nazywają potrzeby, a jednostkową psychikę cechuje to, że odwołuje się do przeszłości. Zdawał więc sobie sprawę, że nazywanie cudzych „nowych” pragnień to delikatna sprawa i liczył się z ryzykiem, że można to zrobić nietrafnie. Feldman zupełnie nie. Gdy realne bunty się nie udawały, obwiniał nie ich uczestników, lecz działaczy, którzy jakoby niedostatecznie uświadomili lud o tym, co jest mu potrzebne. Kiedy na przykład wydarzenia rewolucyjne 1905 roku pokazały, że hasła współdziałania pracowników umysłowych i robotników się nie sprawdziły, twierdził, że działacze nie zrozumieli potrzeb robotników i nie zadbali o to, aby rewolucję faktyczną poprzedziła rewolucja mentalna.

Feldman chciał mieć wpływ na konkretnych ludzi, chciał swoją wizją zadań inteligencji zastąpić pozostałość władzy politycznej szlachty galicyjskiej. Przypuszczał, że to przejęcie może mu się udać lepiej niż innym lewicowym działaczom i twórcom, którzy „zgubili zapał i spadli do poziomu dłubaczy politycznych”. Modelowymi odbiorcami jego czasopisma na pewno jednak nie były warstwy uciśnione. „Krytyka” była przeznaczona dla inteligencji; Feldmanowi i współpracownikom dawała możliwość zaprojektowania dla siebie roli kreatorów wolnościowego porządku symbolicznego, a czytelników miała uczyć, jak definiować i którędy prowadzić domniemane potrzeby ludu. Nie były to jednak potrzeby wykluczonych, lecz przetransponowane pragnienia twórców czasopisma dotyczące sprawczości, znaczenia i władzy.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

WIZJE: Szukamy literatury uważnej!

Pociągiem ku wolności. „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada

Bagaż niepokoju