dwutygodnik internetowy
21.05.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Inny Kościół już istnieje. Wokół książki „Raban! O Kościele nie z tej ziemi”

Książka Mirosława Wlekłego wydana została w idealnym momencie. Potrzebujemy świeżego spojrzenia na Kościół, rolę świeckich w nim oraz jego zaangażowanie w debatę publiczną. A także spuszczenia powietrza z rozdętego balonu pychy i samozadowolenia, które każą wielu z nas sądzić, że polska wersja katolicyzmu jest jedyną możliwą. Nie jest.

Raban

Parę miesięcy temu do Warszawy przyjechały misjonarki z Brazylii. Korzystając z gościny księdza Tadeusza Drozdowicza z kościoła w Lasku Bielańskim, rozdawały Komunię Świętą podczas jednej z mszy niedzielnych. Zgodę na pełnienie tej posługi otrzymały od biskupa brazylijskiej diecezji, z której pochodzą.

Owszem, w myśl Kodeksu Prawa Kanonicznego ta zgoda w Polsce nie ma siły sprawczej – przyjeżdżając do Warszawy, zaczęły podlegać pod jurysdykcję miejscowego ordynariusza. Ale rozważania prawne mają drugorzędne znaczenie. Nawet gdyby wszystko odbyło się lege artis, nie powstrzymałoby to licznych polskich katolików i katoliczek przed wyrażeniem głośnego sprzeciwu. Burza, która przetoczyła się przez polski „katointernet”, tylko w części dotyczyła wszak zgodności z przepisami. W większości skupiała się po prostu na płci szafarek Komunii. Padały słowa o bluźnierstwie, świętokradztwie, hucpie, groźnej rewolucji i zgorszeniu. Niektórzy deklarowali wręcz, że z kobiecej ręki nie przyjęliby Komunii nawet w obliczu śmierci. Padały oskarżenia o sprzeniewierzanie się katolickiej nauce.

Ciekawe, co poczuliby polscy katolicy i katoliczki oburzający się rozdzielaniem Komunii Świętej przez kobiety, gdyby trafili do rzeczonej Brazylii, z której pochodziły wspomniane misjonarki. Jak zareagowaliby, gdyby zobaczyli, że w rzymskokatolickiej świątyni, za wiedzą i zgodą miejscowego biskupa, kobiety nie tylko rozdają Komunię, ale również przewodniczą liturgii. To prawda – nie Mszy Świętej, ale celebracji, która tę Mszę zastępuje w tych miejscach, w których brakuje księży: z liturgią słowa, nauczaniem, śpiewami, rozdzielaniem Komunii. Zdarza się, że robią to żonaci mężczyźni, niekiedy liderkami wspólnoty są kobiety.

Ilu osobom w Polsce po usłyszeniu o tym zapali się lampka z napisem: „to nie po katolicku”? A jednak po katolicku.

Tęczowe nabożeństwa

Przykłady można mnożyć.

Gdy w samym Kościele w Polsce dyskusja o celibacie jest raczej cicha i niemrawa, w Ameryce Południowej od dekad poważnie rozmawia się o wyświęcaniu na księży żonatych mężczyzn – wydaje się zresztą, że już niebawem do tego dojdzie. Zresztą – o czym wiele osób w Polsce mogło nie słyszeć – żonatych kapłanów jest na świecie całkiem sporo. To głównie duchowni protestanccy po konwersji na katolicyzm. Gdy w Polsce niektórzy wciąż patrzą podejrzliwie na pełnoprawne wspólnoty katolickie działające bez księdza w roli lidera, w wielu miejscach na świecie funkcjonują one bez żadnych kontrowersji – z konieczności lub z przekonania.

Gdy w Polsce kruszy się kopie o tęczową aureolę Matki Bożej, w Wielkiej Brytanii poważnie – choć, to jasne, nie bez emocji – dyskutuje się o duszpasterskich propozycjach dla osób LGBT. Gdy u nas w środowiskach LGBT potrafi się upatrywać źródła wszelkiego zła, w Londynie odbywają się regularne nabożeństwa skierowane do ich przedstawicieli i przedstawicielek. Gdy nawet Instytut Myśli Józefa Tischnera jako pełnoprawnego uczestnika dyskusji zaprasza księdza Oko, który wsławił się wielokrotnymi kłamstwami na temat osób LGBT, na niemal każdym wspomnianym nabożeństwie pojawia się przedstawiciel prymasa Anglii, a niekiedy on sam we własnej osobie, by swoim autorytetem chronić społeczność wierzących osób nieheteronormatywnych przed agresją i wykluczeniem. Kogo to oburza, niech daruje sobie pisanie skarg do Watykanu – wystarczająco wiele ich już wpłynęło, by założyć, że Stolica Apostolska zdaje sobie sprawę z tego, co też się w Londynie „wyrabia”.

Kościół walczący o prawa człowieka

Różnice widać nie tylko w podejściu do spraw „obyczajowych”, doktrynalnych czy liturgicznych, które wielu katolikom i katoliczkom w Polsce wydają się najważniejsze. Tak przynajmniej można wnioskować po zaangażowaniu w dyskusje w mediach społecznościowych, a także aktywności biskupów oraz szybkości i stanowczości ich reakcji na rozmaite wydarzenia społeczne. Wyściubienie nosa poza Polskę – niekiedy całkiem blisko, czasem sporo dalej – pozwala zobaczyć Kościół nie tylko ze świeckimi odpowiedzialnymi za wspólnotę czy otwarty na osoby LGBT, ale również przepełniony zaangażowaniem społecznym. Kościół, który priorytety dla swoich działań wybiera podług bodaj najistotniejszego z punktu widzenia Ewangelii czynnika – tego, kto się źle ma i komu trzeba pomóc, niosąc mu troskę, miłość i opiekę. Tym zaś, którzy nastają na jego godność, trzeba nieść gniew i sprzeciw.

Ciągnijmy więc wyliczankę. Gdy nie brakuje podstaw, by sądzić, że polscy biskupi zapomnieli o wspaniałej tradycji upominania się przez Kościół o prawa ludzi pracy, na Dominikanie księża niosą pomoc prawną i bronią praw wykorzystywanych na plantacjach bananów Haitańczyków. Gdy polski episkopat przez kilka lat nie jest w stanie wydać z siebie mocnego i jednoznacznego głosu w sprawie uchodźców i uchodźczyń, a niektórzy księża jawnie sieją nienawiść wobec nich, w Libanie – państwie rzeczywiście mierzącym się z wielkim wyzwaniem, jakim jest milionowa migracja z Syrii – chrześcijańscy aktywiści niosą im pomoc. Gdy w Polsce z Bogiem na ustach można kłamać o „strefach no-go” czy „szariacie w Belgii”, kongijski ksiądz w ubogiej dzielnicy Brukseli szuka pojednania między ateistami, katolikami i muzułmanami, zapraszając ich na wspólną wieczerzę wigilijną. Gdy rządzący Polską politycy – cieszący się poparciem niemałej części kleru i hierarchii – negują istnienie i wagę zmian klimatycznych, biskup w Mjanmie grzmi o „ekologicznym ludobójstwie”. Bo widzi na własne oczy to, co nas dopiero czeka: masową śmierć ludzi w wyniku klęsk żywiołowych, zatrute wody i brak dostępu do pożywienia.

Rycerze papieża Franciszka

We wszystkich tych miejscach spotkani księża i świeccy jako swój autorytet i przewodnika wskazują tego, którego w Polsce wielu oddanych katolików i katoliczek nie chce słuchać zbyt uważnie – papieża Franciszka. Niektórzy nazywają się wręcz jego rycerzami. Inspirują się tym, co robi, co mówi, jak żyje. Idą za jego przykładem. Odwołują się do jego słów. Dziękują Bogu za niego i jego posługę. Na serio biorą jego marzenie, by Kościół wychodził na ulicę, na peryferie, do wszystkich zranionych i odrzucanych. By stanowił szpital polowy dla wszystkich, a nie twierdzę dla nieskazitelnych. Zaufali swojemu duchowemu przywódcy, nie zrażając się jego niekonwencjonalnym sposobem posługi czy wypowiedziami. Zgodzili się, że najwyższym prawem jest miłość, a nie Kodeks Prawa Kanonicznego. Że tym, którym jej brakuje, w pierwszej kolejności trzeba okazać bliskość i konkretne wsparcie, a nie moralny rygoryzm. Że rzeczywistość nie zawsze da się upchnąć w ramy prostych pytań i jeszcze prostszych, bo wyuczonych na blachę odpowiedzi.

Może więc także w Polsce powinniśmy jednak nieco życzliwiej i uważniej słuchać tego, który fascynuje tak wielu na świecie i popycha ich do tak wspaniałych dzieł? Nie po to, by kopiować je jeden do jednego – to bez sensu. Ale po to, by – zainspirowawszy się – rozpocząć własne, odpowiadające na lokalne potrzeby i wyzwania.

Te wszystkie przykłady nie zostały znalezione przeze mnie. Zrobił to Mirosław Wlekły, reporter, który przemierzył kawał świata, by pokazać nam w Polsce, że Kościół katolicki jest żywy nie tylko u nas. Że – wbrew rojeniom części konserwatywnych publicystów – nie jesteśmy wcale jedyną nadzieją na ocalenie chrześcijańskiej cywilizacji. Co więcej: że życie Kościoła, jego zaangażowanie, jego oblicze i priorytety naprawdę mogą być inne niż w naszym Kościele lokalnym – przyzwyczajonym do swojej pozycji społecznej, ekonomicznej i politycznej. Kościele, który obrósł w piórka samozadowolenia i pychy. Wpadł w rutynę, która nie pozwala zobaczyć nowych dróg, nowych wyzwań i nowych rozwiązań.

Podejrzewam, że zobaczenie innego oblicza olbrzymiej katolickiej wspólnoty na świecie było dla Wlekłego jak łyk świeżego powietrza. Jak otwarcie okna, by zobaczyć, jak wielka jest różnorodność form życia katolickiego. W Polsce w zbyt dużej mierze postanowiliśmy zamknąć je w klatce tradycji i konwenansu. Zazdroszczę tego doświadczenia Wlekłemu. Na szczęście podzielił się nim z nami; sama lektura jego książki również daje nadzieję. Dowodzi, że – jak przekonywaliśmy zresztą w ostatnim numerze „Kontaktu” – inny Kościół naprawdę jest możliwy. Więcej, on już istnieje. Nawet jeśli jeszcze nie tu, to przecież całkiem blisko. To w końcu ten sam Kościół.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Dlaczego wciąż jesteśmy w Kościele?

Inny Kościół jest możliwy

Z nich zaś największa jest miłość