dwutygodnik internetowy
10.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Inna Polska jest (nie)możliwa

Jeśli III Rzeczpospolita ma swój mord założycielski, to jest on nie tyle jednorazowym wydarzeniem, co rozłożonym w czasie zabijaniem „Solidarności”.

ilustr.: Monika Grubizna / http://longmuzzle.com/


Podobno wiemy, kiedy skończył się w Polsce komunizm. Ale kiedy skończyła się polska solidarność?
 
10 listopada 1980 r., po trwających od końca września perturbacjach, ostatecznie zalegalizowany został Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Spełniło się wspólne marzenie robotników i inteligencji o tym, że inna Polska jest możliwa. Ale trwało to bardzo krótko. Być może krócej niż sądzimy.
 
Jedna z najlepszych książek o narodzinach „Solidarności”, jakie czytałem, nosi tytuł „Walka klas w bezklasowej Polsce”. Jej autorem jest Sławomir Magala (Stanisław Starski). Rzecz ukazała się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w 1982 r., nakładem lewicowego wydawnictwa South End Press. Opatrzono ją wstępem, który – czytany dziś – wiele tłumaczy z przemian, jakie zaszły w Polsce już po Okrągłym Stole. Oddam głos amerykańskiemu redaktorowi: „Polskie ruchy rewolucyjne opisywane w książce mają znaczenie dla światowej historii, jednak mało osób rozumie, dlaczego tak jest. Ludzie, kierując się różnymi motywami, podkreślają znaczenie polskich wydarzeń i głoszą solidarność z polską opozycją. (…) Wśród ludzi, którzy uważają, że wydarzenia w Polsce mają głębokie znaczenie, są przede wszystkim ci, których możemy zbiorczo określić jako »obóz Reagana«. (…) Głosząc solidarność z narodem polskim, oburzeni niesprawiedliwością w każdej postaci, ludzie ci niewiele czynią, by ujawnić Amerykanom prawdziwe motywy działań polskich robotników. Ich »poparcie« jest nieszczere, niepełne i opiera się na niewłaściwych motywach. Weźmy przemysłowca, który współczuje ciężkiemu losowi polskich hutników, a sam nie waha się zwalniać amerykańskich robotników lub przymuszać tych, którzy zachowali pracę, do zaakceptowania niższych stawek i świadczeń (…). Jest gotowy wezwać policję, aresztować władze związkowe i rozbić związki, jeśli pracownicy będą stawiali opór”.
 
Dalej Michael Albert pisał: „»bezstronny, obiektywny« dziennikarz, który z entuzjazmem rozpisuje się o »płomieniach wolności« w Gdańsku (…) nie ma czasu, by zwrócić uwagę na nieprzestrzeganie praw pracownika i człowieka w całej Ameryce Łacińskiej, i wychwala cnoty politycznych zbirów, którzy stosują najbardziej represyjną politykę, jaką można sobie tylko wyobrazić, jeśli taka polityka leży w naszym »narodowym interesie«. (…) Mamy nadzieję, że czytelnicy dostrzegą analogię (…) między polskimi górnikami na Śląsku a amerykańskimi górnikami w Appalachach, pomiędzy Polakami jako narodem usiłującym wyswobodzić się z sowieckiej dominacji a Salwadorczykami starającymi się wyswobodzić z dominacji amerykańskiej”. Wniosek z tych obserwacji jest banalny, ale dla wielu wciąż obrazoburczy. Wsparcie zachodnich sił politycznych i kół gospodarczych dla „Solidarności” było przede wszystkim częścią geopolitycznej i globalnej gospodarczej rozgrywki. Realnej troski o los społeczeństw wschodniej Europy było w tym znacznie mniej.
 
Pozwolę sobie na myślowy przeskok. Wszczepienie w nurt „Solidarności” zabójczych dla niej pierwiastków wolnorynkowej ideologii jest chyba procesem wciąż mało opisanym. Trucizna okazała się skuteczna. Sparaliżowała nie tylko związek zawodowy, stała się też politycznym i gospodarczym paradygmatem dla postkomunistów i postsolidarności. Bardzo szybko zaczęła przenikać do krwiobiegu społecznego. Osłabiony organizm, karmiony iluzjami, że kapitalizm równa się społeczno-gospodarczemy darwinizmowi, nieświadom, że lekarstwo może być trucizną, szybko się poddał. Istotne było także co innego: ogromny głód własności i indywidualnego sukcesu, które w sposób niemal absolutny związano z wolnością, równocześnie poza nawias świadomości usuwając kwestie (współ)odpowiedzialności społecznej.
 
Błędem byłoby uważać, że realny liberalizm zaczął się w Polsce – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – w pierwszych dniach III Rzeczpospolitej. Wyklucza to zarówno logika procesów społecznych (materialnych i wyobrażeniowych), jak intelektualnych. Kiedy zatem neoliberalne paradygmaty zaczęły przenikać naszą rzeczywistość?
 
Niemal dwa lata temu dla portalu lewicowo.pl przeprowadziłem wywiad z Cezarym Miżejewskim, prezesem zarządu Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych, w latach 80. działaczem nieemigracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej, a później PPS-Rewolucja Demokratyczna, redaktorem i drukarzem prasy podziemnej, w tym „Robotnika”. Zwrócę uwagę na dwa przeciwstawne wątki, dwie interesujące tendencje, które zarysował mój rozmówca. W którymś momencie wspomniał: „Przełom 1984/85 to był trudny okres: panował straszny marazm, bardzo niewielu ludzi się udzielało, posierpniowy entuzjazm już zgasł. (…) duszpasterstwo było wówczas ostoją związków zawodowych. Nikt tam wówczas nie dyskutował o rzeczach dziś powszechnie obecnych w debatach obyczajowych. Dużo za to rozmawiano o prawach pracowniczych. Pamiętam duszpasterstwo taksówkarzy, duszpasterstwo na ul. Karolkowej. Były to miejsca, gdzie można było robić zebrania organizacji zakładowych (…). Pewnego dnia zostałem oddelegowany na spotkanie w Klubie Inteligencji Katolickiej, które prowadził Henryk Wujec. Przeznaczone było dla ludzi z samorządów robotniczych Warszawy. Tam poznałem głównych działaczy samorządowych”.
 
Z kolei atmosferę intelektualną i środowiskową na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego opisywał następująco: „Powstały różne grupy. Z jednej strony zespół myśli socjaldemokratycznej, w której działałem. Był też zespół myśli liberalnej z Andrzejem Sadowskim, jednym z dzisiejszych liderów Centrum im. Adama Smitha. Te dwa środowiska były bardzo mocne, nie było »środka«”. I jeszcze jeden, bardzo znaczący fakt. W 1987 r. zaczęły się dyskusje nad dalszymi losami „Solidarności” i społeczno-gospodarczymi sposobami wyjścia z impasu, w jakim znajdowało się państwo. Miżejewski przypominał, że pojawiły się wówczas dokumenty, które zaniepokoiły ludzi PPS, na przykład „Tezy o sytuacji gospodarczej Tymczasowej Rady NSZZ »Solidarność«”: „Eksperci solidarnościowi podpowiadali, że antidotum na istniejącą sytuację jest wolny rynek, prywatyzacja… Pojawił się też w piśmie »Wola«, związanym z Regionem Mazowsze, znamienny artykuł Tomasza Litwina. Pod tym pseudonimem krył się Michał Boni. Tekst zatytułowany był »Solidarność znaczy reforma«. Teza brzmiała: »Solidarność zamiast sprawami związkowymi powinna zająć się reformą gospodarczą«. Odpowiedzieliśmy dużym artykułem: »Solidarność znaczy obrona praw pracowniczych«, który w środowisku wzbudził znaczne spory”. Uwaga na marginesie: kariera Leszka Balcerowicza jest znakomitym świadectwem tego, że i po stronie nomenklatury PZPR dojrzewała już myśl, iż to właśnie neoliberalizm jest nową koniecznością dziejową. Ale – jak widać z jednego z powyższych cytatów – wciąż mocno żyły jeszcze idee umożliwiające realne spotkanie świeckiej myśli socjaldemokratycznej z katolickimi koncepcjami solidaryzmu społecznego.
 
Nie twierdzę, że złem samym w sobie było proponowanie prokapitalistycznych rozwiązań, albo fascynacja liberalizmem gospodarczym w świecie realnego, okołosowieckiego socjalizmu. Bądź co bądź znaczna część lewicowych rozwiązań (na które złożył się konsensus i sposób istnienia zachodnioeuropejskich i skandynawskich państw dobrobytu) opierała się na akceptacji dla funkcjonowania kapitalistycznych mechanizmów rynkowych. Kompromis co do sensu takiego typu przenikania państwa i rynku jednoczył i socjaldemokratów, i chadeków. Ale w latach 80., XX w., mało świadomym tych faktów Polakom można było sprzedać tanio każdy fałsz. I dziś wiemy już dobrze, że ideologia i praktyka wolnorynkowa, którą z całą premedytacją przedstawiono wschodnim europejczykom jako bezalternatywny wzorzec kapitalizmu, wcale nie jest niewinnym, wciąż niespełnionym marzeniem „dobrodusznych sklepikarzy”. Jest spełnionym snem właścicieli także tej części neokolonialnego świata. A i „dobroduszni sklepikarze” wcale nie są tak dobroduszni, wnioskując z twardych danych i współczesnych, rodzimych obyczajów.
 
Gdy postkomuniści rozstawali się z „Kapitałem” Marksa, by zasmakować w kapitale, postsolidarność rozstawała się z „Solidarnością” jako symbolem solidaryzmu społecznego, także by zakosztować dobrodziejstw kapitału. Co było dalej, dobrze wiemy. Po jakimś czasie został tylko bogoojczyźniany frazes, na który dziś rzadko kto ma ochotę w ogóle się powoływać. I jeśli III Rzeczpospolita ma swój mord założycielski, to jest on nie tyle jednorazowym wydarzeniem, co rozłożonym w czasie zabijaniem „Solidarności”. Mordowaniem jej jako projektu, który tak bardzo fascynował wydawców i redaktorów z South End Press. Dobrze byłoby wierzyć, że robili to tylko „jacyś oni”…
 
Niestety, jestem przekonany, że stało się to przy cichym przyzwoleniu tej części społeczeństwa („poza lewicą i prawicą”), która szybko się zorientowała, że po-PRL-owski zasób kapitałowy trzeba rozparcelować między sobą, zanim większego skrawka nie weźmie sąsiad, były opozycjonista czy eks-esbek. Można to określić powrotem do stanu „pierwotnej akumulacji kapitału”. A nie da się prowadzić bezwzględnej walki o sukces lub przetrwanie i jednocześnie budować solidaryzm społeczny, albo troskliwie pochylać się nad losem sąsiada czy ubogich krewnych. Czy byli tu jacyś niewinni? Tak. Choć nie mnie przesądzać, na ile o ich niewinności zadecydowała życiowa nieporadność, na ile szlachetna wiara w ideały Sierpnia, a na ile mocno strukturalne i środowiskowo-towarzyskie przeszkody, przeniesione jeszcze z czasów PRL do pierwszego okresu transformacji.
 
Czy inna Polska jest dziś możliwa? Być może. Ale chyba tylko wtedy, gdy głód zasobów, drenowanych z neokolonialnego państwa, okaże się naprawdę dojmujący. A społeczeństwo znów przyjmie za swoje solidarnościowe intuicje dotyczące choćby relacji między bardziej egalitarnym sposobem dystrybucji dóbr a godnością zwykłych ludzi, którzy nie mogą o własnych siłach wznieść się wyżej w obecnej, dość już sztywno ustalonej hierarchii społecznej. Bardzo to przyziemne. Ale pierwsza „Solidarność” zwyciężyła dzięki przyjęciu prawdy, że sposób ułożenia najbardziej przyziemnych spraw decyduje o tym, czy najwspanialsze hasła niosą prawdę, czy są instrumentami zniewolenia i kontroli nad masami.