dwutygodnik internetowy
11.07.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„In my room”. Co robi muzyk, który potrafi wszystko?

Jacob Collier zaproponował słuchaczom dojrzałą i rozbudowaną myśl muzyczną. Zawiera ona w sobie element chaosu, jest skomplikowana, bardzo efekciarska, ale perfekcyjnie zestrojona i wykonana z niesamowitą lekkością.

ilustr.: materiały prasowe

materiały prasowe

W 2016 roku jest już właściwie normą, że muzyczne gwiazdy wschodzą w pierwszej kolejności nad internetowym horyzontem, a twórczość debiutujących artystów rozprzestrzenia się po zakątkach portali społecznościowych przede wszystkim metodą wirusową. Nie od rzeczy będzie więc stwierdzenie, że kilka miesięcy temu „zaraziłem się” Jacobem Collierem.

***

Ekran podzielony na sześć okienek, we wszystkich kadrach powielona twarz wykonawcy, który zaraz zacznie śpiewać – twarz z lewej ramki imituje bębny (beatbox), twarz z prawej mruczy możliwie najniższym z basów, pośrodku kolejne wcielenie artysty w skupieniu prowadzi główną linię melodyczną, następne trzy zaśpiewują wolne miejsce pomiędzy skrajnymi głosami.

Podobny obrazek znany jest każdemu, kto zetknął się z choćby jednym spośród setek youtube’owych artystów śpiewających acapella. Osłuchany z nagraniami grupy Pentatonix, Mike’a Tompkinsa czy Cezika (których twórczość skądinąd bardzo cenię), włączając film Jacoba Colliera, byłem przygotowany na jeszcze jeden wariant opisanego wyżej schematu. Myliłem się.

Teatr jednego aktora

W okienku w sześciu kopiach pojawia się niepozornie wyglądający chłopak (chyba w moim wieku) ubrany w różnokolorowe koszulki. I…

Twarze z ekranu wymieniają się głosami i partiami, opisują te same frazy coraz to nową harmonią, a w trakcie utworu ludzki głos zaczynają uzupełniać gitara basowa, pianino, i perkusjonalia. W międzyczasie następuje przerywnik – improwizowane solo na melodyce, a na zakończenie z ust czternastogłosowego chóru Jacobów Collierów wydobywa się imponujący rozciągnięty akord. Słychać zmieniające się nieustannie rytmy i synkopy w nieoczekiwanych miejscach – najwyraźniej potraktowany dosłownie tytuł i tekst „Fascinating rythm” George’a Gershwina stał się natchnieniem do twórczej interpretacji dziełka amerykańskiego kompozytora. A zaaranżował ją, wykonał, zrealizował technicznie i zmontował jeden człowiek.

Kiedy zacząłem słuchać innych piosenek w wykonaniu Colliera, młody muzyk z Londynu jeszcze mniej zaczął mi przypominać „gwiazdy internetu”, za to coraz częściej przywodził na myśl zasłużonych artystów jazzowych, soulowych, funkowych – wokalne możliwości Bobby’ego McFerrina łączą się w nim z potrzebą piętrzenia wielu równoległych głosów jak z zespołu Take 6, a jego szaleństwo na fortepianowej klawiaturze nie ustępujące wiele temperamentowi wykonawczemu Herbi’ego Hancocka sprzed lat.

Od pierwszych internetowych produkcji Jacoba minęło kilka lat. W tym czasie zdążył rozpocząć studia fortepianu jazzowego w Royal Academy of Music, zostać dostrzeżonym przez wybitne sławy jazzu i muzyki rozrywkowej (zaprzyjaźnił się z Quincym Jonesem i wspomnianym Herbiem Hancockiem), a w zeszłym tygodniu – wydać debiutancki album.

#IHarmU

Nie jest żadnym odkryciem, że wybór medium determinuje formę i wpływa na treść przekazu. Działający dotąd głównie przez Internet i zaznajomiony z charakterystyką tego medium, Jacob Collier środki na produkcję płyty zebrał za pomocą jednej z crowdfundingowych platform, a najhojniejszej części swoich sponsorów odwdzięczył się, inicjując projekt I Harm(onize) You. Fani Brytyjczyka przesyłali kilkudziesięciosekundowe nagrania wideo – każde zawierające fragment piosenki lub wokalizę w wykonaniu nadawcy, natomiast odbiorca – Collier – obudowywał je własną harmonią, aranżował w wymyślny sposób i publikował na swoim profilu facebookowym.

Z kolei sam efekt jego starań – album – wydaje się próbą przeniesienia domowych (lecz absolutnie nie „chałupniczych”) internetowych produkcji na konwencjonalny rynek fonograficzny. Mimo że Collier występował już i nagrywał z innymi muzykami, między innymi big-bandem stacji Westdeutschen Rundfunks, kolektywem Snarky Puppy czy własnym zespołem, swoją pierwszą płytę zdecydował się stworzyć absolutnie samodzielnie. Jeśli wierzyć materiałom promującym wydawnictwo, powstała w całości „w jego pokoju” – pełnym instrumentów, wzmacniaczy, mikrofonów i odsłuchów. Dlatego też tytułowym utworem krążka został cover piosenki Beach Boys z 1964 roku – „In my room”.

Fraszka, igraszka, zabawka blaszana

Werble wybijają szybkie szesnastki, a folkowe bębny odzywają się głębokim echem w tle. Dudni kontrabas. Wtórują mu lutnia, mandolina i kalimba. Nagle wszystko się odmienia – ciężka stopa i klaszczące dłonie z gitarą basową układają trip-hopowy groove, a elektryczne organy rozlewają się w wyższym paśmie częstotliwości. Nad nimi panują partie wokalne – od ciepłego gospelowego barytonu po czysty falset. Głosy tworzą raz po raz dwu-, cztero- i sześciodźwięki. Układają się w arpeggia, atakują jako krótkie rytmiczne akcenty, jako chórki wchodzą w dialog z główną linią melodyczną.

Całość „gładko tak, lekko tak toczy się w dal”, a Collier tworzy ją bez żadnego dostrzegalnego wysiłku, jak gdyby samodzielne uzgodnienie ze sobą kilkunastu rożnych instrumentów i dziesiątek dźwiękowych ścieżek nie stanowiło wyzwania. Dla niego to raczej „fraszka, igraszka, zabawka blaszana”. Ten luz towarzyszący wszystkim utworom albumu świetnie ilustruje wirtuozerskie wykonanie piosenki z serialu „Flinstonowie”.

Słuchając singli promujących „In my room”, zacząłem powątpiewać, czy przypadkiem natłok muzycznych fajerwerków i wywiedzionych z jazzu udziwnień nie przyćmiewa samych piosenek i nie obraca wysiłków arcyzdolnego młodego muzyka w nieczytelny szum. Być może wielu po pojedynczym zetknięciu z twórczością artysty tak właśnie sądzi – jednak moje wątpliwości rozwiało pierwsze wysłuchanie pełnego albumu. Wybuchy (dynamit – nie fajerwerki) i porywy fantazji zrównoważone zostały przez spokojniejsze utwory – jak tytułowe „In my room” albo w pełni wokalne „You and I”. Multiinstrumentalista sprawdza się także w roli kompozytora „dla ludzi”, pisząc nastrojowe „Hideaway” i podnoszące na duchu „Hajanga”.

Muzyk dla muzyków?

Jacob Collier zaproponował słuchaczom dojrzałą i rozbudowaną myśl muzyczną. Zawiera ona w sobie element chaosu, jest skomplikowana, bardzo efekciarska, ale perfekcyjnie zestrojona i wykonana z niesamowitą lekkością. Pełne jej zrozumienie wymaga prawdopodobnie wytrenowanego ucha i muzycznych kompetencji, które z całą pewnością posiadają (opisujący twórczość Colliera w samych superlatywach) Pat Metheny czy Chick Corea, a których mi nieraz brakuje. Muzykę młodego Brytyjczyka odbieram w pierwszej kolejności intelektualnie, a w drugiej zmysłowo. Co nie zmienia faktu, że propozycja dwudziestojednolatka potrafi zachwycić aktywnego i życzliwego słuchacza w obu tych aspektach. Bądźmy aktywnymi i życzliwymi słuchaczami!

Wydaje mi się, że wypada nie tylko posłuchać obecnych dokonań Jacoba Colliera, lecz także śledzić jego przyszłe przedsięwzięcia. Kto wie. w jaką stronę pogna i w jakich muzycznych rewirach znajdzie się muzyk, który potrafi zagrać i zaśpiewać wszystko.