dwutygodnik internetowy
23.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„I tak sobie klepiemy domowe bity”

Nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto o słowach piosenek Domowych Melodii pomyślałby: „zaangażowane, ale pretensjonalne”. To za sprawą wyjątkowego języka poetyckiego, którym w swoich utworach posługuje się Jucho. Gdybym poetykę wokalistki musiał opisać kilkoma hasłami lub porównać do zaistniałego wcześniej literackiego zjawiska, wspomniałbym może o Skamandrytach – witalizmie, zwrocie ku codzienności, koncepcji poety-uczestnika, języku potocznym.

foto: fanpage zespołu Domowe Melodie

foto: fanpage zespołu Domowe Melodie

 

Raz w miesiącu w dziale „Wtomigraj” publikujemy felietony muzyczne Andrzeja Dębowskiego. Autor jest gitarzystą, piosenkarzem i twórcą tekstów piosenek. W 2012 roku został Laureatem Grand Prix im. Jonasza Kofty Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej. Aktualnie pracuje nad albumem „Skruchy i erotyki dla Ewy” opartym na tekstach Jacka Kaczmarskiego. Tematem felietonów jest szeroko rozumiana piosenka. W styczniu Andrzej recenzował płytę Czesława Mozila „Księgi Emigrantów”, w lutym pisał o tym, co warto docenić w rapie. Dziś opisuje fenomen zespołu Domowe Melodie. 

W pierwszych słowach pragnę wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałem się napisać o zespole, który „debiutującym” można było nazwać trzy lata temu i który ostatni swój album wydał przed dobrymi kilkoma miesiącami. Inspiracją do opisania zjawiska Domowych Melodii – bo o nich mowa – były wrażenia wyniesione z koncertu tej grupy w warszawskim Palladium. Występ utwierdził mnie w przekonaniu, że projekt Domowe Melodie jest nie tylko zjawiskiem bezprecedensowym dla polskiej sceny muzycznej, ale też nieprędko przestanie być na niej unikatem.

Domowe Melodie to trio, na które składają się Justyna (Jucho) Chowaniak, wokalistka akompaniująca sobie na pianinie i autorka wszystkich utworów, a także grający na gitarach i perkusji Kuba Dykiert oraz kontrabasista Staszek Czyżewski. W rzeczywistości koncertowej każdy z członków zespołu „obsługuje” po kilka instrumentów – w kolejnych piosenkach da się usłyszeć dźwięki dzwonków chromatycznych, cymbałów, akordeonu, syntezatora, marakasów czy ukulele, więc uczciwie można określić melodyjnych domowników mianem multiinstrumentalistów.

We wszystkich próbach klasyfikacji muzyki Domowych Melodii pojawia się robiący obecnie zawrotną karierę przymiotnik „alternatywny”. Mimo że zazwyczaj jestem nastawiony sceptycznie tak do niego, jak i do samego pojęcia “muzyki alternatywnej”, sądzę, że Domowe Melodie, jak mało kto zasługują na podobne miano. I nie wynika to wyłącznie ze słownej i muzycznej treści piosenek, jakie prezentują twórcy “Grażki”, “Zbyszka” i “Jacósia”. Nie są związani z żadną wytwórnią, sami zajmują się managementem, produkcją, dystrybucją i promocją swojej twórczości (choć można przypuszczać, że Jucho i spółka nie przystaliby nawet na tego rodzaju terminologię). Stanowią więc spójną alternatywę dla tego wszystkiego, co bywa zbiorczo nazywane przemysłem muzycznym lub fonograficznym. W końcu Domowym Melodiom do PRZEMYSŁU jest tak daleko, jak to tylko możliwe – Domowe Melodie są… DOMOWE.

Domowe, czyli…

Co to oznacza w praktyce? W czym przejawia się postulat „domowości”, do którego bohaterów tego felietonu zobowiązuje nazwa ich projektu? Ja dostrzegam w nim konsekwentną (co wcale nie oznacza, że nie spontaniczną) postawę, przenikającą szereg aspektów artystycznej działalności Domowych Melodii. Piosenki składające się na pierwszą płytę zespołu powstały bez wyjątku w pieleszach Jucho, a nadto zostały nagrane nie w sterylnym, wygłuszonym studiu nagraniowym, lecz w mieszkaniu (a teledyski na pomoście nad jeziorem czy w podwórku kamienicy). Te okoliczności rejestracji skłaniają do przyprawienia nietuzinkowej grupie etykietki „Lo-fi” (ang. low fidelity) – nagrywających dźwięk niskiej jakości, w sposób amatorski – w odróżnieniu od nieznającego technicznych zniekształceń brudów i zakłóceń nagrywania „Hi-fi”. Ale czy na pewno termin oznaczający niski stopień wierności rzeczywistości w nagraniu odnosi się do trzech nagranych przez trio krążków? Aranżacja utworu, miksowanie nagrania, albo nawet wywoływanie fotografii mają za zadanie między innymi wydobycie na wierzch tego, co w zarejestrowanym dziele rzeczywiście ważne, zgodnie z zamysłem twórcy. Być może Domowe Melodie poszły o krok dalej. Niewykluczone, że sama obróbka, “wywoływanie” zostało uznane przez muzyków za coś zbędnego; w końcu zapis oddał energię wykonania, wyraźne słowa i akompaniament, słychać okalające całość ściany pokoju – naszą rzeczywistość. Niepożądana syntetyczna cisza ustępuje skrzypieniu stołka, urywkom rozmów, odgłosom potrącanych przedmiotów.

Domowe melodie opisane zostały przez muzyków nie mniej swojskimi harmoniami – prostymi, przyjaznymi i rozpoznawalnymi dla ucha. Zespół gra po kilkanaście koncertów w ciągu miesiąca – na swoim koncie ma zarówno występy na wielkich scenach (festiwal Opener 2013 i 2014), jak i w mniejszych lokalach. Występował w całej Polsce, ale jego trasa koncertowa obejmowała także recitale w Hiszpanii czy na Islandii – sądząc z entuzjastycznych reakcji zagranicznej widowni atmosfera bliskości i specyficzny rodzaj ciepła płynącego ze sceny udziela się także słuchaczom nie znającym ani słowa w języku polskim. Domowi wychodzą na scenę w jednoczęściowych piżamach „pajacach” (chciałoby się powiedzieć: symbolicznym przeciwieństwie gwiazdorskich ciemnych okularów), grają nie roztaczając wokół siebie aury wzniosłej tajemnicy, nie kreując się na niedostępnych profesjonałów, ale (jak się wydaje) dobrze się ze sobą bawiąc.

Razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetką

Kolejnym fenomenem piosenek tria Chowaniak, Czyżewski, Dykiert są teksty – nie wierzę, by ktokolwiek odważył się nazwać je wypełniaczem przestrzeni akustycznej. Mało tego: nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto o słowach piosenek Domowych Melodii pomyślałby: „zaangażowane, ale pretensjonalne”. To za sprawą wyjątkowego języka poetyckiego, którym w swoich utworach posługuje się Jucho. Gdybym poetykę wokalistki musiał opisać kilkoma hasłami lub porównać do zaistniałego wcześniej literackiego zjawiska, wspomniałbym może o Skamandrytach – witalizmie, zwrocie ku codzienności, koncepcji poety-uczestnika, języku potocznym. Ale każde tego rodzaju zestawienie w ostatecznym rozrachunku okazałoby się zwodnicze. Teksty Jucho opowiadają świat, w którym nie potrzebne są ładne koszule, bajera i kariera. Pisane są nie o Bradach Pitach, Marylin Monroe ani Audrey Hepburn[1], ale o Grażynach i Zbyszkach:

“Grażyna zrobiła dziecko,

A teraz chce je wywalić

Ze swojego ciała

Oddać komuś za nic

 

“Tu nie było takiej co nie znała Zbyszka

ciągnął w krzaki i całował je z opryszczką

pod paznokciem trzymał serce i swój świat

które zjadał jak mu wódki było brak”

 

Za pomocą słów i odpowiedniego wykonania ich sylwetki nakreślone zostały w taki sposób, że odbiorca instynktownie sympatyzuje z dziewczyną stojącą przed dylematem dokonania aborcji albo „brudnym wiejskim typem” o podejrzanej reputacji (czyżby idenytyfikacja? projekcja? empatia?).

O miłości utwory Jucho traktują skutecznie wyrwawszy się spod hegemonii romeojulijnej kliszy. Piosenki Justyny Chowaniak nie mówią o imprezach czy szybkich samochodach, ale o niemocy rozczesania skołtunionych włosów, głośnej sąsiadce i spalonym mięsie, a równocześnie potrafią roztoczyć wizję beztroskiego mieszkania z pięknym Borsukiem w lesie czy podróży na korabiu z orzechowej łupiny.

Zgodna niezgodność

Autorka opisując swój projekt na facebookowym profilu zespołu stwierdza, że utwory składające się na płytę tria zostały „nabazgrane i skomponowane […] razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą. Ja dodałbym do tego obrazu także towarzyszące im: magiczny pył, cukier, tajne rzeczy pod poduszką i suknię z jeżyn. Całe Domowe Melodie są jednocześnie zwykłe i niezwykłe, codzienne i magiczne, dojrzałe do niedojrzałości i dowcipnie prawdziwe.

Concors discordia vel discors Concordia. Amen.

 

[1] Wybór gwiazd nieprzypadkowy. Patrz: Domowe Melodie, „Brzydala” oraz „Tak Dali”