dwutygodnik internetowy
6.11.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Hołownia: To ja jestem największym problemem Kościoła

Kiedy przyjmuję Eucharystię, mam poczucie, że przyjmuję i Chrystusa, i swoich braci i siostry: krwawiących, wątpiących, zadufanych w sobie, odchodzących. Gdy sobie o tym przypomnę, przechodzi mi ochota na wszystkie dyskusje i polemiki.

ilustr.: Paula Kaniewska

ilustr.: Paula Kaniewska

Z Szymonem Hołownią rozmawiają Maciej Papierski i Ignacy Dudkiewicz. Wywiad pochodzi pochodzi z 34. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Święty gniew”.

MACIEJ PAPIERSKI, IGNACY DUDKIEWICZ: Czujesz się wolny w Kościele?

SZYMON HOŁOWNIA: Tak. Jak mógłbym czuć się zniewolony w Kościele, którego głową jest Chrystus, który daje wolność?

Bywało, że czułem się niekomfortowo, ale nie należy tego mylić z poczuciem wolności. Jeśli nie odnajdywałem się w konkretnej wspólnocie, wśród określonych ludzi, to wiedziałem, że gdzie indziej wszystko ma szansę być inaczej. Nie można utożsamiać jakiegoś Kościoła lokalnego, jakiejś parafii albo wręcz wspólnoty działającej w tej parafii, z Kościołem powszechnym. Ten drugi jest znacznie szerszą rzeczywistością. I żadna grupa wiernych, która dostanie lub sama sobie przyzna przymiotnik „katolicka”, nie wyczerpuje znaczenia tego, czym jest katolicyzm.

A jednak niektórzy uzurpują sobie takie prawo…

Długoletnie bycie w Kościele nauczyło mnie dwóch rzeczy. Po pierwsze, nigdy nie wolno zabierać głosu w jego imieniu. Nie jestem do tego ani uprawniony, ani powołany. Mogę mówić o tym, w jaki sposób przeżywam swój katolicyzm jako jeden z ponad miliarda wiernych, którzy należą do Kościoła.

A po drugie, jeśli spotkasz katolików, którzy dybią na ciebie zamiast wspierać cię w rozwoju, nie warto jęczeć i brać się za ich naprawianie. Porzuć masochistyczne zapędy i po prostu zmień towarzystwo. Halina Bortnowska powiedziała kiedyś, że Kościół to wielki las, w którym każdy znajdzie swoją polankę. A w domu Ojca jest mieszkań wiele – wszyscy się zmieszczą.

Czym zatem jest wolność katolika?

Tym, że kiedy przekraczam próg świątyni, nikt nie czyni mnie innym człowiekiem. Nadal jestem autonomiczny i mogę podejmować suwerenne decyzje. Czasem budzi się we mnie zakłopotanie lub sprzeciw, czasem czegoś nie rozumiem, ale nigdy nie czuję się zniewolony, bo mogę o tym wszystkim mówić. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym miał poczucie wykluczenia z Kościoła przez to, że realizuję w nim swoją wolność. Ludzie Kościoła, którzy czasem chcą innych z niego wykluczać, to przecież jeszcze nie Kościół.

Ale oprócz poszczególnych wiernych jest jeszcze Magisterium Kościoła, które ma moc obowiązującą.

I które w wielu miejscach jest wyrażone na tyle „miękko”, by zrobić miejsce wszystkim albo przynajmniej bardzo wielu. Jasne, że są i takie obszary, w których pada wyraźne: no pasaran. Ale przecież o nich też możemy rozmawiać, dociekać, bez rozmontowywania tej ściany pytać, dlaczego tu stoi. Widzę choćby dramat moich głęboko wierzących znajomych żyjących w drugich związkach i uważam, że należałoby solidnie przemyśleć kwestię dyscypliny kościelnej, jeśli idzie o dopuszczanie niektórych z nich do komunii. Albo: dlaczego u naszych braci prawosławnych, z którymi łączy nas wszak to, co najważniejsze, czyli Eucharystia, materią sakramentu małżeństwa – w dużym uproszczeniu – jest miłość, a u nas doskonale wyrażony akt woli? Z tego, co rozumiem, gdy oni pytają, czy istnieje małżeństwo, patrzą na to, czy ludzie nie zabili miłości. A my sprawdzamy, czy dwadzieścia lat temu – mówiąc „chcę” – byli w sensie medycznym i duchowym poczytalni.

W tych pytaniach realizuje się twoja wolność?

Też. Rozmawiam o tym, niekiedy szukam nowych odpowiedzi. Ale nigdy nie nastąpił w moim życiu moment, w którym nauczanie Kościoła zadałoby mi gwałt. Mam zaufanie do Ducha Świętego, którego towarzyszeniem cieszy się Kościół i który w ciągu tych dwóch tysięcy lat był obecny w sporach o to, w jaki sposób odczytywać Boże Objawienie. Muszę też powiedzieć to jasno: we wszystkich sprawach, z którymi musiałem się w życiu mierzyć, ostatecznie okazywało się, że to Magisterium ma rację. Kropka.

Stanisław Staszewski śpiewał, że „każdy ma prawo wybrać źle”, ale chrześcijańska definicja wolności mówi, że jest to „możliwość wyboru dobra”. To dwie różne wizje. Do którejś jest ci bliżej?

Najbliżej mi do konstatacji, że w sensownym działaniu najbardziej przeszkadzają dwie rzeczy: niedomiar i nadmiar refleksji. Kiedyś zajmowałem się pomocą przedszpitalną, która w całości opiera się na ścisłych algorytmach. Odnajduję się w metaforyce pierwszej pomocy: dla mnie to są proste rzeczy. Nie będę się zastanawiał, czy mogę wybrać zło, skoro wiem, że mogę i że lepiej jest wybrać dobro. Z drugiej strony: co to by była za wolność, gdyby człowiek mógł wybierać tylko dobrze, by ją zachować? Skoro Pan Bóg ograniczył swoją wszechpotęgę, tworząc w niej swoistą bańkę, którą jest moja wolna wola, dzięki której mogę pójść dokądkolwiek chcę, to wolność musi wydarzać się ciągle, w każdym pojedynczym wyborze.

A czy są wybory, które nie mieszczą się w ramach wolności w Kościele? Które z niego wykluczają?

Pytajcie speców od prawa kanonicznego. Mi bliskie jest stwierdzenie Evdokimova, który pisał, że wiemy wprawdzie, gdzie jest Kościół, ale nie wiemy, gdzie go nie ma. Nie nadaję się na stróża kościelnych granic, bo ja bym wpuszczał do niego kogo tylko się da. A wychodzącym mówił nie: „żegnaj”, ale: „do zobaczenia”. Jasne, w myśl naszego prawodawstwa i rozumienia to nie tyle Kościół wyklucza, co człowiek na skutek swoich suwerennych wyborów sam stawia się poza nim. Tylko – czy nawet ktoś taki wychodzi z przestrzeni Bożej Opieki? Przecież nawet ci, których Kościół ekskomunikuje (albo oni sami się ekskomunikują), nie zostają „odchrzczeni”! Sądzę, że gdybyśmy mocniej skupili się na włączaniu ludzi w Kościół, mielibyśmy mniej okazji do zajmowania się tymi, którzy chcą się z niego wykluczyć.

Inaczej rzecz się ma z pojedynczym człowiekiem, a inaczej z całymi wspólnotami czy ruchami, które pozostają w konflikcie z Watykanem.

Ale przejmując się tym, martwisz się za kogoś – żyjesz życiem innych ludzi.

Jeśli wziąć na poważnie słowa Świętego Pawła, że gdy jeden członek choruje, to i całe ciało cierpi, to chyba trzeba to uznać za powody do zmartwień.

Martw się więc. Ja mam na razie inne zmartwienie – to ja jestem największym problemem Kościoła. Zanim zajmę się lefebrystami – choć okazjonalnie przyjemnie jest to zrobić – muszę zrozumieć, że za wcale nie tak odległy czas będę rozliczany z tego, co sam zrobiłem w Kościele: na ile go zbudowałem, a na ile zniszczyłem. Ci, którzy dziś mówią, że oto my, rycerze światła, mamy się teraz zbroić, bo nadchodzą wrogowie Kościoła: cywilizacja śmierci, gender i tym podobne, stawiają błędną diagnozę. Największe zagrożenie nie przychodzi z zewnątrz, jest wewnątrz. Jeśli ja i ty będziemy mieli dostatecznie silną motywację, by w Kościele pozostać, mogą przyjść wszystkie „uberliberalne” koszmary świata, a i tak nic nam, jako Kościołowi, nie zrobią.

W tej optyce podziały wydają się bardzo powierzchowne, bo wszyscy powinniśmy się w końcu „spotkać w Chrystusie”.

Widzisz, wypowiedziałeś to zdanie i wszyscy czujemy, jak bardzo jest górnolotne i nieprzystające do rzeczywistości. A przecież to prawda! Do jakiego stanu się doprowadziliśmy, skoro, słysząc prawdę, mamy takie wrażenia?

ilustr.: Paula Kaniewska

ilustr.: Paula Kaniewska

Mamy „w końcu spotkać się w Chrystusie”, ale tu i teraz niektórzy w reakcji na słowa papieża Franciszka mówią, że nie są one katolickie. To prowokuje pytania o „rdzeń katolickości”.

Kłóćmy się nadal o to, kto jest bardziej rytualnie czysty, a na pewno daleko zajdziemy. Rozumiem, że wrażliwość czy sposób bycia albo wypowiadania się Franciszka może komuś nie odpowiadać, ale z tego, że ktoś inaczej niż ja rozkłada akcenty, nie wynika jeszcze, że powinien zostać ekskomunikowany. Mam czasem wrażenie, że są ludzie, dla których największym problemem jest różnorodność Kościoła, jego nieprawdopodobna wręcz wielobarwność. Odbiera im ona poczucie bezpieczeństwa. Wszystko, co nie jest ich wizją Kościoła, uznają za anty-Kościół. Ja wspaniale odnajdywałem się w Kościele i z profesorskim i bardziej tradycjonalistycznym zacięciem Benedykta XVI, i z błyskawicznym pastoralnym refleksem Franciszka. Karmię się tą wielością spojrzeń, inspiruje mnie ona, a sprowadzanie jej do wojskowego monolitu wywołuje mój głęboki sprzeciw.

I rzeczywiście każdy może się w niej zmieścić?

Tak, każdy ma tu swoje miejsce. Kościół od początku był wspólnotą ludzi wątpiących i przeobrażających go od środka. Przecież pierwsze trzy wieki, przed edyktem Konstantyna, to nieustanny spór między milionem różnych kierunków, prądów i idei. Potem było jeszcze gorzej, bo Kościół stał się instytucją państwową, targaną masą politycznych interesów czy społecznych zobowiązań. Gdy ktoś mówi mi, że współczesny Kościół jest w kryzysie – pokazuję mu, że to trwa od dwóch tysięcy lat. Kryzys to naturalny stan naszego Kościoła. Jego historia widziała już wszystko. Kiedy więc słyszę biskupa, który plecie z ambony rzewne głupoty, to moim antidotum nie jest odpalanie publicystyki i ciskanie grzmotów, a posłuchanie trzech innych biskupów, którzy mówią czystą Ewangelią. I jesteśmy w tym samym Kościele. Czyż to nie wspaniałe: mieć poczucie, że jest grunt, na którym coś łączy cię i z Jeanem Panierem, i z Benedyktem XVI, i z panem Cejrowskim, Terlikowskim, księdzem Rydzykiem i księdzem Lemańskim? Tylko z niektórymi poszedłbyś wypić drinka. A Kościół nas łączy!

Gdzie jest granica między różnorodnością a podziałem?

Różnorodność jest wtedy, kiedy w ramach jakiejś wspólnoty ja wygłaszam sąd, a ty go słuchasz i zgadzasz się z nim albo nie. Podział mamy wtedy, gdy ja coś mówię, a ty odpowiadasz, że jestem głupi i ze względu na to nie powinienem być już w jakimś gronie. To, że jesteśmy różni, nie oznacza jeszcze, że wyrosły mury między nami. Ale gdy po zauważeniu tych różnic mówisz, że powinienem zostać oznakowany i wydzielony – masz podział.

Czyli polski Kościół jest podzielony.

Tak. Podobnie jak polskie społeczeństwo. Przecież Kościół nie wisi w próżni – nie jest tak, że przychodzimy do kościoła, a potem robimy sobie „przerwę na życie”. Dlatego kiedy ludzie szeroko rozumianej prawicy mówią dziś, nie ukrywając schadenfreude, że „wspólna Europa umiera”, odpowiadam, że nie ma się z czego cieszyć. Przecież to oznacza, że umiera także Kościół europejski, którego tkanką są ludzie. Skąd pomysł, że zła Europa obumrze, a on przetrwa?

Jesteśmy w Polsce tak podzieleni, jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Kościół ma dziś szczególną misję: lepienia tego, co się rozpadło. Nie zrobią tego ani sejm, ani armia, ani organizacje pozarządowe. I dlatego zbrodnią jest, gdy Kościół bierze ślub z jedną z partii. Jak to zgrabnie ujął ojciec Wiesław Dawidowski: taki Kościół ryzykuje, że po następnych wyborach zostanie wdową. Kościół musi dziś być miejscem, w którym zmęczeni wojną domową i sobą nawzajem Polacy przypomną sobie, jak to jest nie tyle „miłować się”, ale po prostu się lubić. Skończmy podstawówkę, zanim weźmiemy się za doktoraty.

Tyle tylko, że część podziałów, które dla jednych są tylko dyskusją o czerwonych trzewikach Franciszka, dla innych stanowią walkę o obecność sacrum w Kościele. Ci drudzy także mają dobre intencje.

Warto byłoby im pomóc zmienić optykę – sprawić, żeby zobaczyli realne problemy, a nie wydumane. Kiedyś, idealistycznie i utopijnie, sugerowałem, że każdy, kto chciałby się ubiegać o jakikolwiek mandat społeczny w Polsce, powinien odpracować trzy miesiące jako wolontariusz w hospicjum, na ulicy, w świetlicy, we wspólnocie i przedstawić w Państwowej Komisji Wyborczej stosowne zaświadczenie. Mielibyśmy wtedy choć cień nadziei, że za wspólne losy bierze odpowiedzialność osoba, która zdaje sobie sprawę, że istnieje świat poza komentarzami na Facebooku i „shitstormami” na linii „Gazeta Wyborcza” – „Gazeta Polska”. Może w Kościele powinno być tak samo? Chcesz wejść na kolejny stopień wtajemniczenia? Pokaż, jak żyjesz Ewangelią, a nie czy coś o niej wiesz albo mówisz. Ale żebyśmy w ogóle mogli o takich rzeczach rozmawiać, musielibyśmy przestawić nasz polski Kościół z paradygmatu duszpasterstwa dziecięco-katechetyczno-młodzieżowego na troskę o dorosłych. Którzy teraz – mam wrażenie – w wielu miejscach jak są, to są, a jak ich nie ma – to trudno, przecież na ślub i pogrzeb i tak wrócą.

Co z tego wynika?

Ano to, że wydaje nam się, że Kościół to zbiór idei i promowanych postaw, o które trzeba się bić. A nie wspólnota, która troszczy się, wspiera, w której ludzie różnych statusów, zawodów i wrażliwości autentycznie dzielą ze sobą życie. Droga do Kościoła i droga Kościoła to człowiek. A kto dotknie prawdziwych ludzkich problemów, zaczyna rozumieć, że dyskusja o kolorze butów Franciszka jest absurdalna. Więcej – w sytuacji, w której wielu moich braci i sióstr w ogóle nie ma butów, jest zwyczajnie niegodna.

Formacja wiernych w polskim Kościele rzeczywiście kuleje. Co do tego się zgodzimy.

A powodem tego wcale nie jest wyłącznie kłopot po stronie duszpasterzy, ale także wychowanych (przez siebie i księży) do totalnej gnuśności świeckich. Po latach czytania ogólnokrajowych projektów mam pewność, że nie tędy droga. Kościół przetrwa tam, gdzie i księża, i świeccy przełamali paraliżującą wizję, w której oni mają nas bić kijem i zaganiać, gdzie trzeba (są wszak pasterzami), a my – owce – mamy jedynie beczeć i dawać się strzyc. Tam, gdzie bracia i siostry Pana przestali być tłumem, zbudowali relacje. Sporo parafii i wspólnot w polskim Kościele po prostu wymrze. Jeżdżąc dużo po kraju, widzę jednak dziesiątki takich miejsc, w których wiara po prostu płonie. Ludzie wiedzą, że – niezależnie od swojej kondycji – mają miejsce w Kościele, bo jest on dla połamanych i pobitych, nie tylko dla wymuskanych. Oni nie tylko bili brawo papieżowi, gdy mówił, że trzeba wstać z kanapy, tylko rzeczywiście z niej wstali. Nie po to, żeby znów gadać o Panu Bogu – bo nasz Bóg zawsze, gdy mówi, od razu też robi. Chrześcijaństwo ocaleje nie dzięki katolickim publicystom, a dzięki tym, którzy codziennie, bez przerwy i urlopu, na ulicach, w szkołach, w sierocińcach, w slumsach, w hospicjach ewangelizują nie tylko słowem (bo słowa dziś kompletnie zdewaluowaliśmy, utraciły swoją komunikacyjną moc), a krwią, bandażem, uśmiechem, chlebem, nieoddaniem ciosu. I raczej miodem niż octem.

Komu tej ewangelizacji potrzeba dziś najbardziej?

Każdemu. Dosłownie: każdemu. Wam i mi też, bo – żyjąc świadomie w Kościele – nasłuchaliśmy się już miliardów słów, a teraz – pewnie wszyscy – chcielibyśmy doświadczyć, że to działa.

ilustr.: Paula Kaniewska

ilustr.: Paula Kaniewska

Masz też doświadczenie Kościoła w innych częściach świata, także tam, gdzie trendy demograficzne i liczba chrześcijan są inne niż w Europie.

Gdziekolwiek bym nie pojechał, jedna rzecz jest wspólna dla wszystkich miejsc świata. Absolutnie wszędzie ludzie chcą zobaczyć działającego Boga. Powtórzę: nie gadającego, ale takiego, który ich uwolni i uleczy. Stąd ogromne pragnienie realnych znaków i cudów, a wraz z nim wysyp fałszywych cudotwórców z tak zwanych „kościołów garażowych”, biorących pieniądze za swoje usługi. Kardynał Maradiaga, opowiadając o sytuacji w Hondurasie, skarżył się: „Jak mam z nimi wygrać? Kształcę kleryka przez dziesięć lat, żeby coś wiedział i był w stanie mądrze rozmawiać z ludźmi, a tamci wynajmują garaż, kupują trochę farby, wywieszą szyld i już mają wielogodzinne kolejki do pseudouzdrawiania za pięć czy dziesięć dolarów”. A to wszystko wynika z tego, że ludzie chcą spotkać Boga, który wyciąga ich z problemów i okazuje im swoje miłosierdzie. Chcieliby spotkać takich chrześcijan. Spotykają?

Trudno jednak zrozumieć te wszystkie różnice bez znajomości kulturowego kontekstu.

Owszem. Niektórzy chrześcijanie w Afryce wciąż zmagają się z dziedzictwem animistycznym – bywa, że wierni działają na zasadzie „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Z kolei Kościół południowoamerykański, z którego wywodzi się Franciszek, ciągle pyta o przezwyciężenie nierówności społecznych, bo ich kontynent od lat jest prywatną własnością garstki ludzi, którzy idą do kościoła w białych rękawiczkach, podczas gdy reszta społeczeństwa, klęcząca w tych samych ławkach, głoduje. W Europie z kolei doświadczyliśmy tylu ludobójstw, że wciąż powracamy do kwestii bioetycznych, zadajemy pytania o początek, koniec i wartość życia.

Dostrzeżenie, jakie problemy mają dziś chrześcijanie na świecie, może być początkiem „eklezjalnego nawrócenia”. Być może teologowie ukrzyżują mnie za to, co powiem, ale kiedy przyjmuję Eucharystię, mam poczucie, że wraz z Chrystusem przyjmuję cały Kościół. On jest Głową Kościoła, a Głowa nie może być odłączona od żywego Ciała. Przyjmuję więc i Jego, i swoich braci i siostry: krwawiących, wątpiących, zadufanych w sobie, odchodzących. W tej samej chwili, gdy sobie o tym przypomnę, natychmiast przechodzi mi ochota na wszystkie dyskusje i polemiki, bo spada na mnie ciężar odpowiedzialności za coś, co dalece przekracza wszystko to, co jesteśmy w stanie opublikować w Internecie.

Wiele czasu zajęło ci dojście do takich wniosków?

Zobaczyłem po prostu, ile jest do zrobienia. Okładanie innych kijem jest zwyczajnie nieopłacalne. Chcesz wciąż badać granice dobra i zła, stawiać tam budki graniczne? Żyjąc na takiej granicy, godzisz się na życie pod ciągłym obstrzałem. Idź w swoją stronę, załóż swój dom, wspólnotę, przyłącz się do kogoś, zbuduj coś tak, by ludzie zaangażowani jedynie w demonstrowanie zaczęli odłączać się od pochodów i przychodzić, by zrobić coś konstruktywnego. Chrystus, który jest naszym Mistrzem i Nauczycielem, wywyższył się nad światem jeden jedyny raz: na Krzyżu. Robił swoje, a ludzie do Niego przychodzili, a także od Niego odchodzili. I dokonał, czego miał dokonać. Zbawił nas i pokazał nam drogę.

***

Szymon Hołownia jest publicystą, dziennikarzem i działaczem społecznym. Autor licznych książek o tematyce religijnej. Twórca Fundacji Kasisi i fundacji „Dobra Fabryka”.