dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Holas: W głowach Polaków trwa wojna

Skala, dramatyczność i stosunkowo niedługi okres, jaki minął od końca II wojny światowej, czynią z niej wyjątkowe zjawisko o ogromnych, choć słabo zbadanych konsekwencjach. Odczuwamy je także dzisiaj.

ilustr.: Zofia Rogula

ilustr.: Zofia Rogula

Z Pawłem Holasem rozmawiają Hanna Frejlak i Jarosław Ziółkowski. Wywiad pochodzi pochodzi z 34. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Święty gniew”.

HANNA FREJLAK, JAROSŁAW ZIÓŁKOWSKI: Razem z prof. Marią Lis-Turlejską stworzyli państwo zespół, którego zadaniem jest między innymi weryfikacja teorii, że trauma II wojny światowej do dzisiaj w nas żyje i warunkuje nasze zachowania społeczne. Co ta teza oznacza w praktyce?

PAWEŁ HOLAS: W myśleniu potocznym panuje przekonanie, że na nasze zachowanie ma wpływ przede wszystkim to, co dzieje się na bieżąco. Kiedy zajrzymy trochę głębiej, widzimy, że na nasz sposób myślenia, postawy i zachowania wpływa znacznie więcej czynników, z których część ma charakter nieświadomy bądź utajony. Ta tylko częściowo świadoma wiedza na temat świata, nas samych i innych ludzi najmocniej kształtuje się we wczesnych latach życia albo też pod wpływem dramatycznych wydarzeń, takich jak wywracające zastany porządek rzeczy, zdarzenia traumatyczne. Mówimy tu o sytuacji, w której ktoś doświadcza bądź jest świadkiem śmierci lub zagrożenia integralności fizycznej. Przykładowo ciężkie doświadczenia życiowe które miały miejsce w dzieciństwie, takie jak porzucenie czy nadużycia seksualne, mogą prowadzić do większej podatności na stres i depresję. Co ciekawe, tę podatność mogą kształtować także czynniki o charakterze międzypokoleniowym. Postawa życiowa człowieka, jego przekonania i ogląd wydarzeń zawsze są w pewnym stopniu pochodną zespołu idei przekazanych mu w dzieciństwie – w tym przypadku przez rodziców czy dziadków, którzy pamiętają wojnę.

W jaki sposób wojna ukształtowała tamte pokolenia?

Najważniejszą długoterminową konsekwencją traumy wojennej jest PTSD, czyli Post Traumatic Stress Disorder – zaburzenia stresowe pourazowe. Kluczowy dla jego wystąpienia jest nie tylko charakter i nasilenie samych wydarzeń traumatycznych, ale też to, co stało się w okresie powojennym. Brak uznania społecznego traumy, a co za tym idzie: brak możliwości jej przepracowania i zintegrowania był równie istotnym czynnikiem, co samo cierpienie.

Jak to się dzieje, że trauma rodziców przekazywana jest dzieciom?

Najnowsze międzynarodowe badania prowadzone przez zespół Rachel Yehudy z Nowego Yorku przy współpracy z badaczami z Instytutu Maxa Plancka pokazują, że obok transmisji społecznej czy psychologicznej istnieje jeszcze transmisja transgeneracyjna na poziomie epigenetycznym. Przez epigenetykę rozumiemy zespół procesów wpływających na ekspresję genów, które zmieniają nie tyle kod genetyczny, co jego dostępność.

W badaniu Yehudy wzięły udział osoby, które przeżyły Holokaust w Europie Wschodniej oraz ich dzieci, a grupę kontrolną stanowili Żydzi, którzy w trakcie wojny byli poza Europą. Okazało się, że u osób, które przeżyły Holokaust i doświadczają PTSD, dochodzi do zmian w kluczowym dla regulacji hormonów stresowych genie, a dalej, że ta epigenetyczna zmiana jest przekazywana również ich dzieciom. Jako że zmiany w tym genie odpowiadają za zdolność do radzenia sobie ze stresem, mają duże przełożenie na funkcjonowanie jednostek i ich podatność na kliniczne zaburzenia psychiczne. Tego typu uwarunkowania są poza społecznym wpływem – mówimy tu o aspekcie biologicznym, „epigenetycznym dziedziczeniu”, w którym znaczny wpływ na rozwój dziecka mają nie jego własne doświadczenia, lecz doświadczenie traumatyczne jego rodziców.

Jak to się ma do naszego społeczeństwa?

Przy obecnym stanie wiedzy trudno odpowiedzieć na to pytanie, odwołując się do danych naukowych. Pokusiłbym się jednak o hipotezę, że mierzymy się dziś w Polsce z poważnymi konsekwencjami traumy wojennej, przekazywanymi międzypokoleniowo zarówno w wyniku procesów psychologicznych, jak również na poziomie biologicznym.

Można pójść dalej i włączyć do tej hipotezy szerszy kontekst historyczny. Jak to wyraził Timothy Snyder, Polska jest „skrwawioną ziemią”, gdzie dwa reżimy, Hitlera i Stalina, spowodowały ogrom cierpienia wielokrotnie przewyższający to, co znamy z dziejów Europy Zachodniej. Pamiętajmy, że Polska podczas II wojny światowej straciła około 17 procent obywateli, co stanowi najwyższy odsetek spośród wszystkich krajów dotkniętych wojną. Przysłowiowy Kowalski mógł widzieć mordowanych Żydów i gwałconą matkę. Ilość różnych zdarzeń wojennych spełniających kryteria traumatycznych prawdopodobnie była w Polsce większa niż gdzie indziej. Myślę, że to powszechne wystawienie na czynniki będące przyczyną PTSD, a także niski stopień społecznego uznania traumy po wojnie kształtuje nas dziś w sposób fundamentalny.

Teza, że dodatkowym czynnikiem traumatyzującym społeczeństwo polskie był fakt, że Polacy byli świadkami Zagłady, budzi moje wątpliwości. Najnowsze badania historyczne prowadzone między innymi przez Elżbietę Janicką czy Jana Tomasza Grossa dekonstruują kategorię Polaka jako biernego świadka Zagłady. Problem polegał na tym, że Polacy niestety rzadko kiedy byli bierni wobec mordowania Żydów, prezentując postawę bliższą biernej aprobacie niż biernemu sprzeciwowi. Sendlerowa była raczej chlubnym wyjątkiem niż regułą.

Zgoda, ale to nie przeczy mojej tezie. Wydaje mi się, że widok rozstrzeliwanych sąsiadów przy jednoczesnej świadomości, że jakakolwiek reakcja stanowi nieuchronne zagrożenie dla całej społeczności, wpływa na poziom traumatyzacji. Agresja mogła być formą radzenia sobie z tym doświadczeniem wewnętrznym, które było nie do wytrzymania. W kontekście naszej rozmowy warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób Polacy radzili sobie – i wciąż sobie radzą – z doświadczeniem bycia świadkiem lub aktywnym uczestnikiem Holokaustu. Są to często postawy dwubiegunowe, nacechowane albo poczuciem winy i wstydu, albo odwrotnie – złością wobec ofiar i nadmierną idealizacją ofiarności polskiego społeczeństwa wobec Żydów.

Czym różnią się objawy zaburzenia stresowego pourazowego po doświadczonej osobiście traumie od tych, które występują w przypadku wtórnej traumatyzacji w kolejnych pokoleniach?

To oczywiście nie są identyczne zjawiska i między innymi w celu ich zbadania powołaliśmy zespół. Niestety, w Polsce cały czas bardzo mało jest badań sprawdzających rozpowszechnienie PTSD wśród ludzi, którzy przeżyli II wojnę światową. Te, którymi dysponujemy, przeprowadzone zostały w grupie nie większej niż pięćset osób. Nie wiadomo zatem, na ile są reprezentatywne. Pamiętając o tym zastrzeżeniu, trzeba jednak powiedzieć, że ich wyniki są szokujące, mówią bowiem, że około 30 procent ludności cywilnej, która przetrwała wojnę, cierpi na PTSD. Dla porównania: badania w Europie Zachodniej pokazują rozpowszechnienie PTSD na poziomie średnio 5 procent.

W zespole zadaliśmy sobie kluczowe pytanie: skąd tak wielkie rozpowszechnienie PTSD wśród Polaków i jaki ma ono wpływ na nas dzisiaj? Aby znaleźć odpowiedź, chcemy ponownie przeprowadzić badanie rozpowszechnienia PTSD, ale tym razem na większej próbie i z odniesieniem do grup kontrolnych. Takim punktem odniesienia mogliby być na przykład Polacy, którzy przeżyli wojnę jako emigranci w spokojniejszych częściach świata.

Jakie są objawy PTSD?

Objawy PTSD obejmują przede wszystkim „odtwarzanie” traumy, między innymi w postaci koszmarów sennych i wdzierających się wspomnień (flashback), przy jednoczesnym unikaniu wszystkiego, co się z nią wiąże – miejsc, osób czy rozmów. Oznaki PTSD to często także odrętwienie emocjonalne lub nasilone pobudzenie. Ostatnia edycja liczącego się amerykańskiego podręcznika zaburzeń psychicznych wprowadziła nową grupę objawów PTSD – negatywne zmiany dotyczące myślenia i nastroju. Jest ona szczególnie ważna dla naszych rozważań, ponieważ obejmuje postawy i przekonania, które mogą być przekazywane bezpośredniemu otoczeniu osoby doświadczającej traumy. Objawy te obejmują negatywne przekonania na temat siebie, innych ludzi i świata – postrzeganie siebie jako ofiary, kogoś słabego i gorszego, a innych jako niebezpiecznych, podejrzanych i niegodnych zaufania. Do tego utrzymujące się negatywne stany emocjonalne, w tym strach, gniew, poczucie winy lub wstydu oraz skłonność do obwiniania siebie i innych.

Wszelkie odniesienie tych objawów do teraźniejszości jest oczywiście spekulatywne. Nasuwa się jednak pytanie, czy w tym opisie nie możemy rozpoznać postaw i poglądów tak bardzo obecnych w oficjalnym i nieoficjalnym dyskursie w dzisiejszej Polsce.

Na ile mówimy o dziedziczeniu samej traumy, a na ile o dziedziczeniu jej skutków? Istnieje syndrom Dorosłych Dzieci Alkoholików, w którym – o ile mi wiadomo – chodzi nie tyle o przekazywanie choroby alkoholowej, a o wykształcenie konkretnych mechanizmów działania u dzieci. Mechanizmy te umożliwiają życie w dysfunkcyjnej rodzinie, ale utrudniają funkcjonowanie poza nią. Na ile zatem PTSD można wyodrębnić spośród różnych innych zaburzeń?

To są oczywiście nieco różne rzeczy. Tak jak powiedziałem wcześniej, trauma może być przekazana w sposób jawny, jako budząca silne emocje opowieść – na przykład historia śmierci dziadka – albo jako coś nienazwanego, tylko przeczuwanego przez dalsze pokolenia. Zdarza się jednak, że przekazywane są nie tyle treść i znaczenie emocjonalne samych traumatycznych przeżyć, co sposób w jaki nasz przodek (nie) radził sobie z nią, czyli właśnie skutek traumy: tłumienie lub unikanie trudnych wspomnień, skłonność do paranoiczności, nieufność. Nie chodzi więc o to, że dzieci dosłownie odtwarzają ten sam świat, te same traumatyczne doświadczenie, co ich rodzice. W kolejnych pokoleniach istnieje jednak pewien rodzaj pamięci czy szczególnej wrażliwości związanej z traumą przodków. Ta dziedziczona po rodzicach świadomość silnie na nas oddziałuje, czego sam jestem dobrym przykładem. Kiedy dowiedziałem się, już jako dorosły człowiek, że mam korzenie żydowskie, doświadczyłem silnego strachu. Nagle uświadomiłem sobie, że jeszcze niedawno za to mordowano i że ta tożsamość wiąże się z całym bagażem postaw i uprzedzeń! Nie twierdzę, że mam PTSD, ale temat Zagłady jest dla mnie szczególnie trudny i budzi we mnie silne emocje – z jednej strony staram się go omijać, z drugiej – ogromnie mnie ciekawi!

ilustr.: Zofia Rogula

ilustr.: Zofia Rogula

Jaka jest zatem różnica w doświadczeniu bezpośrednim i pośrednim? Chodzi o nasilenie doświadczanej przemocy czy może o to, że obecność symptomów PTSD u rodziców wywołuje większą podatność u dzieci?

Myślę, że na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo w obydwu wariantach jest sporo prawdy. Na pewno dziedziczona jest podatność na problemy i zaburzenia, na przykład lękowe. Wspomniane wcześniej badania Rachel Yehudy wykazały biologiczny mechanizm, poprzez który może się to dziać. Jeszcze istotniejszy może być mechanizm psychologiczny. Podatność może być dziedziczona także jako pewna postawa, zespół przekonań lub lęk przed czymś czy przed kimś. To już moja prywatna spekulacja, ale uważam, że obok innych postaw – takich jak paranoiczność – polska ksenofobia ma charakter obronny. Wiąże się z lękiem przed zniszczeniem, przed zagrożeniem, który z kolei może wynikać z przekazywanego doświadczenia traumy.

Jeżeli mówimy konkretnie o traumie II wojny światowej, to polskie społeczeństwo przed wojną było co najmniej równie ksenofobiczne co teraz.

Nie wiem, czy tak możemy powiedzieć, nie znam dobrze danych.

Jeśli chodzi o antysemityzm – z całą pewnością.

Być może, ale to jednak zupełnie inny kontekst, byłbym więc ostrożny z tym porównaniem. Czym innym jest sytuacja, w której stygmatyzowana grupa już nie istnieje, a czym innym, gdy społeczeństwo jest niezwykle różnorodne.

Nie przekonuje mnie tłumaczenie polskiej ksenofobii jako wyniku traumy wojennej, skoro owa ksenofobia, choć być może w innych formach, istniała także przed wojną.

Myślę, że ma pani rację, że nie da się wytłumaczyć ksenofobii czy też antysemityzmu, odwołując się wyłącznie do traumy II wojny światowej. Na to, jacy jesteśmy dzisiaj jako społeczeństwo czy naród, wpływ miały wszystkie kluczowe wydarzenia XX wieku i wcześniejszych stuleci, takie jak brak państwowości podczas zaborów czy walki o niepodległość. Nasz zespół zajmuje się traumą II wojny światowej z dwóch powodów: po pierwsze, świadkowie wojny jeszcze żyją, dzięki czemu można ją badać inaczej niż poprzez badania historyczne; po drugie, jej skala, dramatyczność i stosunkowo niedługi okres, jaki minął od jej końca, czynią z niej dość wyjątkowe zjawisko, o potencjalnie ogromnych i słabo zbadanych konsekwencjach, które odczuwamy także dzisiaj.

Paranoiczna skłonność do doszukiwania się spisków i zagrożeń oraz ogromna nieufność naszego społeczeństwa pozostają faktem, co doskonale widać w postawach wobec katastrofy smoleńskiej i uchodźców. By lepiej zrozumieć ten fenomen, powinniśmy sobie uświadomić, co robi z nami doświadczenie traumy. Niezwykle istotne jest to, co dzieje się po doświadczeniu traumy. Empirycznie potwierdzona teoria głosi, że to, czy w człowieku rozwija się PTSD, jest w dużym stopniu zależne od tego, na ile kontekst społeczny sprzyja życzliwemu, otwartemu i pełnemu współczucia przyjęciu cierpienia jednostki. Gdy ktoś przeżyje sytuację traumatyczną, ale nie ma warunków do społecznego uznania jego cierpienia, tworzą się dogodne warunki do rozwoju PTSD. Osoba zaczyna tłumić swój ból, zaś na poziomie biologicznym dochodzi do zmian hormonalnych, a nawet neuronalnych, w wyniku których rozwija się PTSD.

Jak to się ma do rozważań o polskim społeczeństwie?

Należy sobie uświadomić, że w powojennej Polsce mieliśmy bardzo specyficzną sytuację. Nie wyszliśmy z wojny w etap budowania społeczeństwa obywatelskiego, w którym istniałaby przestrzeń na otwartą rozmowę. Z jednej strony, ten brak uznania odbywał się na poziomie indywidualnym. Jakbyśmy się tu spotkali tuż po wojnie, mielibyśmy trudność, żeby się podzielić tym, co się stało: „Ty straciłeś matkę? A ja całą rodzinę! Co ty wiesz o cierpieniu?!”. Z drugiej strony, pewien rodzaj narracji był zabroniony także na poziomie instytucjonalnym. Nie można było mówić na przykład o Katyniu, represjach sowieckich czy o Armii Krajowej.

W społeczeństwie nasączonym poczuciem winy i wstydu, związanymi z brakiem reakcji na Zagładę, czasem z przejmowaniem mienia żydowskiego, nie było także miejsca na rozmowę o krzywdzie Żydów. Przekładając to na kontekst terapeutyczny – jeżeli stanie się wam jakaś krzywda, to jako terapeuta mogę wam towarzyszyć, współczuć oraz pomóc wam to doświadczenie uznać i zintegrować. Jeżeli jednak przeżyjecie coś strasznego, a nie ma w waszym otoczeniu ludzi, którzy mogą was zrozumieć i wesprzeć, problem zaczyna narastać i ewoluować. Wydaje mi się, że coś takiego jest dzisiaj naszym, ogólnopolskim doświadczeniem.

Mam wrażenie, że paradoksalnie pańska teza bardzo dobrze wpisuje się w martyrologiczną politykę historyczną. Ktoś mógłby przecież powiedzieć, że obecny przekaz historyczny służy właśnie przywracaniu pamięci o tych ludziach i wydarzeniach, które po wojnie były wymazywane z rzeczywistości. Najlepszym przykładem są tu Żołnierze Wyklęci.

Niestety, sądzę, że wręcz przeciwnie. Poczucie winy i wiktymizacja, czyli przeświadczenie o byciu ofiarą, są bardzo wyraźne u osób cierpiących na PTSD. Taka osoba ma wrażenie, że jej doświadczenie jest nieprzekazywalne, otorbia się w swoim wewnętrznym świecie, tracąc kontakt z resztą społeczeństwa: „Ludzie są groźni i źli, a ja jestem ich ofiarą”. Ten mechanizm dostrzegam w dzisiejszej Polsce. Uznajemy własną krzywdę, ale zapominamy o krzywdzie innych, co uniemożliwia nam pełne przetworzenie i przepracowanie traumy. Aby było to możliwe, konieczne jest szersze spojrzenie i przekroczenie prostej wizji, w której ja jestem ofiarą, a ktoś inny katem. Obecna martyrologiczna narracja, z jej idealizowaniem bohaterstwa i zamknięciem na niewygodne fakty, nie sprzyja przepracowaniu traumy wojennej. Może natomiast nasilać skrajne postawy i negatywne emocje.

Nie chcę pana pytać o to, jak powinien wyglądać plan terapeutyczny dla całego społeczeństwa, ale zastanawiam się, co możemy zrobić, żeby rzeczywiście przepracowywać te traumy?

Psychoterapia w dużej mierze polega na tym, aby uzyskać lepszy wgląd w siebie i zrozumieć mechanizmy, które nami kierują. Drugim krokiem jest zmiana stosunku do siebie, swoich słabości i porażek na bardziej akceptujący i życzliwy. Uświadomienie sobie pewnych kwestii i ich życzliwe uznanie dają nam zdolność do większej kontroli własnego życia. Świadomość jednostkowa przekłada się z kolei na świadomość społeczną. Wierzę, że uświadomienie sobie bolesnych doświadczeń i mechanizmów, poprzez które są one przekazywane dalszym pokoleniom, może wpłynąć na ich przekroczenie, sprzyjając zdrowiu psychicznemu i społecznemu Polaków.

***

Paweł Holas jest adiunktem na Wydziale Psychologii UW. Psychiatra, terapeuta i superwizor terapii poznawczo-behawioralnej oraz nauczyciel uważności.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także inne teksty z 34. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Święty gniew”:

Święty gniew

Najnowszy bestseller handlarzy strachu

Bilewicz, Majmurek, Zandberg: Lewica gra nie tylko w klasy

Hołownia: To ja jestem największym problemem Kościoła