dwutygodnik internetowy
09.09.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Polska wieloetniczna – historia znikania

Zagłada Żydów, powojenne wysiedlenia Niemców, akcja „Wisła”. Zebranie ich razem ukazuje często przemilczany fakt – Polska jako państwo monoetniczne jest stosunkowo niedawnym i nietypowym tworem.

Grupa rabinów na pogrzebie Józefa Piłsudskiego w Krakowie, 1935 rok.

Grupa rabinów na pogrzebie Józefa Piłsudskiego w Krakowie, 1935 rok.

Najpierw z miasteczka zniknęli Żydzi. Część wyjechała jeszcze przed wojną, być może zmęczona ulotkami „Nie kupuj u Żyda”, a może przeczuwając zbliżający się kataklizm. Tym, którzy pozostali, któregoś dnia po prostu nakazano opuszczenie domów i przeniesienie się do getta w sąsiednim mieście, a stamtąd wywieziono do Treblinki. Kiedy już po zakończeniu wojny nieliczni ocaleni wrócili do miasteczka, zastali swoje domy zajęte przez nowych lokatorów, a macewy z lokalnego kirkutu zastąpiły kostkę brukową na jednej z głównych ulic. Szybko więc korzystali z okazji do wyjazdu i migrowali do Izraela.

Potem zniknęli Niemcy. Część uciekała razem z cofającymi się wojskami III Rzeszy, innych zaraz po wojnie skierowano do obozów pracy. Pozostali z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę, dostawali nakaz opuszczenia domów. W szafkach zostawiali rodzinną zastawę, a na stole wazę niedojedzonej jeszcze zupy. W ich domach już po kilku dniach pojawiali się nowi mieszkańcy, którzy w podobny sposób wyjechać musieli ze swoich rodzinnych miejscowości na Kresach Wschodnich.

Na koniec z miasteczka zniknęli Ukraińcy. Kilka lat po wojnie, kiedy wszystkim wydawało się, że najgorsze już za nimi. Oskarżeni o nacjonalizm i banderyzm, wspomaganie zbrojnych band UPA, nagle stali się swoim sąsiadom zupełnie obcy. Ponownie mechanizm był prosty – nakaz wyjazdu z dnia na dzień, konieczność porzucenia lokalnej społeczności i domu zamieszkiwanego od pokoleń.

Oczywiście, opisane powyżej miasteczko nigdy nie istniało. Jednak doświadczeniom jego mieszkańców trudno odmówić autentyczności. Każda z opisanych powyżej historii wydarzyła się przecież w jakimś miasteczku w Polsce. Zagłada Żydów, powojenne wysiedlenia Niemców, akcja „Wisła” skierowana przeciwko zamieszkującym Polskę Ukraińcom. Zebranie ich wszystkich razem unaocznia często przemilczany i zapominany fakt historyczny – Polska jako państwo monoetniczne jest stosunkowo niedawnym tworem. Przez stulecia na ziemiach polskich zamieszkiwały ze sobą (w zgodzie lub nie) różne narodowości i wyznania, a wielokulturowość była często poważnym problemem, z którym mierzyć się musiały władze, zarówno na poziomie krajowym, jak i lokalnym.

Słyszane ostatnio coraz częściej hasła typu „Polska dla Polaków” wydają się nawiązywać do przeszłości, w której Polskę zamieszkiwała spójna etnicznie wspólnota, i sugerują, że pojawianie się w kraju imigrantów czy uchodźców stoi w sprzeczności z naszą historyczną tradycją i tożsamością. Jest to jednak narracja głęboko ahistoryczna – w perspektywie ostatnich kilku wieków historii Polski monoetniczność była wyjątkiem, a nie regułą. Ostatnie osiemdziesiąt lat państwa narodowego „zawdzięczamy” z jednej strony okupacji niemieckiej w czasie wojny, a z drugiej znienawidzonym przez polską prawicę komunistom. Ci ostatni na hasłach „Polska dla Polaków” budowali społeczną legitymizację swojej władzy na długo, zanim politycy prawicy zaczęli za ich pomocą walczyć z wyimaginowanymi wrogami – „uchodźcami” czy „imigrantami”. Poszukując polskiej tradycji i dziedzictwa, powinniśmy więc raczej zwrócić się w stronę wielokulturowości i w historycznych doświadczeniach (nie zawsze pozytywnych czy łatwych) szukać inspiracji do mierzenia się ze współczesnymi wyzwaniami.

Trudne doświadczenia wieloetniczności

Międzywojenny rocznik statystyczny nie podaje jednoznacznych danych o narodowości, a jedynie o języku ojczystym i wyznaniu, ale można z niego wnioskować, że w 1931 roku tylko 68 procent obywateli II RP było Polakami. Około 15 procent stanowili Ukraińcy, a 8,5 procent Żydzi. Polskę zamieszkiwali również Niemcy, Białorusini czy Czesi, a także lokalne mniejszości etniczne, jak Łemkowie czy Ślązacy. Jakkolwiek w teorii konstytucja gwarantowała prawa obywatelom wszystkich narodowości, w rzeczywistości stosunek państwa polskiego wobec mniejszości narodowych podlegał wielu zmianom i był często daleki od przyjaznego. Przykładem może być akcja niszczenia cerkwi prawosławnych w 1938 roku czy wymierzony w studentów żydowskiego pochodzenia numerus clausus.

Jednak warto również pamiętać o tym, że – mimo konfliktów i napięć – państwo polskie w okresie międzywojennym funkcjonowało jako państwo wielonarodowe. W Sejmie zasiadali przedstawiciele różnych narodowości, choć naturalnie Polacy stanowili większość. Przykładowo, w drugiej kadencji (lata 1928–1930) koło żydowskie liczyło 13 posłów, a Niemiecki Klub Parlamentarny 19. Ponad 40 posłów związanych było ze środowiskami ukraińsko-białoruskimi, wicemarszałkiem Sejmu zaś został Wołodymyr Zahajkewycz, przewodniczący sejmowego Klubu Ukraińsko-Białoruskiego. Z kolei wojewoda wołyński Henryk Józewski starał się na podległych mu terenach budować ukraiński samorząd czy wspierać szkolnictwo w języku ukraińskim. Na Śląsku funkcjonował osobny Sejm, a województwo cieszyło się daleko posuniętą autonomią. Nastawienie władz polskich do problemu wielokulturowości zależało jednak w dużej mierze od partykularnych interesów (jak w przypadku autonomii Śląska, będącej narzędziem budowania poparcia dla Polski w okresie przedplebiscytowym) czy zmieniającej się konfiguracji sił politycznych.

„Element narodowo niepewny”

Pierwszym ciosem dla wielonarodowej Polski była druga wojna światowa. W efekcie niemieckiej polityki eksterminacji w obozach koncentracyjnych zginęli polscy Żydzi. Na Wołyniu podsycane przez okupantów konflikty między Polakami a Ukraińcami wybuchły z całą siłą w 1943 roku podczas tak zwanej rzezi wołyńskiej i w następujących po niej akcjach odwetowych. Jednak czystki i konflikty etniczne nie ustały wraz z zakończeniem działań wojennych. Wręcz przeciwnie, okres tużpowojennego chaosu był czasem zawieszenia wielu norm współżycia społecznego. Pogromy ocalałych Żydów, lokalne samosądy, szabrownictwo czy gwałty na przedstawicielkach mniejszości narodowych – zjawiska te wpisały się w krajobraz Polski 1945 czy 1946 roku.

W likwidowaniu wieloetniczności pomógł również ład jałtański. Ustalone podczas konferencji „wielkiej trójki” granice powojennego państwa polskiego zostały znacząco przesunięte na Zachód. W efekcie tej „zdrady jałtańskiej” (jak często określane są w języku prawicy postanowienia konferencji) spełnione zostało marzenie o „Polsce dla Polaków”. Jedyną przeszkodą w pełnej jego realizacji była ludność niemiecka zamieszkująca dawne terytoria Trzeciej Rzeszy, które zostały włączone w skład państwa polskiego. W związku z tym rozpoczęto masową akcję wysiedleń, która objęła około 3,5 miliona Niemców. Do porzuconych przez nich domów właściwie od razu wprowadzali się Polacy – przede wszystkim mieszkańcy dawnych województw wschodnich II RP, ale także ci pochodzący z innych rejonów kraju, a skuszeni poniemieckimi majątkami czy propagandową wizją budowy polskości na tak zwanych ziemiach odzyskanych. Represje wobec ludności niemieckojęzycznej objęły również tereny będące przed wojną częścią państwa polskiego. Już w 1945 roku województwo śląskie utraciło prawo do autonomii, a przedstawicieli grup etnicznych uważanych za „element niepewny” prześladowano, umieszczano w obozach pracy lub nawet deportowano.

W tworzenie nowej, jednonarodowej Polski zaangażowały się silnie władze komunistyczne, a argumenty nacjonalistyczne i ksenofobiczne wykorzystywano do legitymizacji nowego porządku. Ministrem Ziem Odzyskanych został Władysław Gomułka, a machinę propagandy zaangażowano w utrwalanie przekonania o polskości tych terytoriów i podsycanie nienawiści do Niemców. Jak mówił w maju 1945 roku Jakub Berman: „Nasz porachunek z Niemcami nie jest zamknięty. my […] musimy wzmacniać czujność do niebezpieczeństwa niemieckiego. […] Niewątpliwie nie wszyscy Niemcy są źli, są i dobrzy, ale czy warto odróżniać – to jest inne zagadnienie. Na wszystko przyjdzie czas. Ja nie widzę potrzeby”.

Szczególnym przykładem stosunku do obywateli uważanych za „element narodowo niepewny” była represje wobec zamieszkujących Polskę Ukraińców. Najpierw w latach 1944–1946 przymusowo wysiedlono do Związku Radzieckiego około 480 tysięcy osób pochodzenia ukraińskiego i białoruskiego. Przeprowadzana pod hasłem „repatriacji” akcja oznaczała de facto porzucenie przez tysiące rodzin zamieszkiwanych od pokoleń wsi i miasteczek. „Powrót do ojczyzny” był tak naprawdę przymusowym ojczyzny porzuceniem. Ci, którym udało się uniknąć deportacji, stali się ofiarami kolejnej czystki etnicznej, przeprowadzonej w latach 1947–1950 pod hasłem walki z bandami UPA. Osoby wyznaczone do przesiedlenia otrzymywały dwie godziny na spakowanie się, a następnie zbiorczymi transportami wywożone były w głąb kraju, przede wszystkim na „ziemie odzyskane”. Akcja „Wisła” objęła kolejne 140 tysięcy osób i doprowadziła do zniszczenia kultury i tożsamości polsko-ukraińskiego pogranicza.

Jedna ojczyzna, Polska (Ludowa)

Powojenne przesiedlenia, deportacje i czystki etniczne sprawiły więc, że na terytorium Polskiej Republiki Ludowej pozostali właściwie sami Polacy. Nie oznaczało to jednak końca narodowej polityki władz komunistycznych. Wręcz przeciwnie, jak pokazał w swojej książce Marcin Zaremba, nacjonalizm stał się jedną z podstawowych metod legitymizacji władzy PZPR. W 1956 roku Władysław Gomułka powrócił do władzy jako pierwszy sekretarz PZPR. W partii z kolei umacniała się frakcja tak zwanych partyzantów z Mieczysławem Moczarem na czele. Wszystko to składało się na rosnące znaczenie argumentów nacjonalistycznych w retoryce partyjnej i państwowej w latach 60.

Pierwszą ważną rocznicą, wokół której skoncentrowała się uwaga propagandowa, były obchody 550-lecia bitwy pod Grunwaldem w lipcu 1960 roku. Wielka feta na polach grunwaldzkich, połączona z odsłonięciem monumentalnego pomnika projektu Jerzego Bandury i Witolda Cęckiewicza, była okazją do zdefiniowania na nowo znaczenia patriotyzmu i nadania współczesnego wymiaru historycznemu konfliktowi. Bitwa między wojskami Władysława Jagiełły a siłami Zakonu Krzyżackiego opowiedziana została jako archetypiczne starcie Polaków z Niemcami, przejaw polskiego patriotyzmu, którego kontynuacją miało być ponad pięćset lat później sprzeciwianie się „niemieckiemu imperializmowi”.

Warto zwrócić tutaj uwagę na jeszcze jeden aspekt, szczególnie interesujący w kontekście rozważań nad wielokulturowymi tradycjami państwa polskiego. Chociaż u boku rycerzy polskich pod Grunwaldem walczyły wojska litewskie, Rusini, a nawet Tatarzy, to do powszechnej świadomości przebić się miał wyłącznie aspekt narodowy i antyniemiecki. Ahistoryczna narracja o starciu dwóch narodów (na wiele stuleci przed tym, jak narody te w nowoczesnym sensie powstały) miała legitymizować politykę komunistów i spychać w cień pamięć o wieloetniczności dawnej Rzeczypospolitej. W nowej Polsce było miejsce tylko dla jednego narodu.

Kilka lat później propagandowe proklamacje zyskały bardzo realny wymiar. W efekcie wojny sześciodniowej w PZPR odżyły tendencje antysemickie. Nagle okazało się, że w Polsce dwadzieścia lat po Holokauście Żydów jest wciąż zbyt wielu. Do historii przeszły słynne słowa Gomułki o piątej kolumnie, wygłoszone w czerwcu 1967 roku: „W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, które nawet z tej okazji urządzały libacje, pragnę oświadczyć, że nie czyniliśmy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę, Polskę Ludową”. Kolejne miesiące przyniosły realizację tego ultimatum i antysemickie czystki w partii, urzędach czy na uczelniach wyższych. Studenckie protesty w marcu 1968 roku jedynie utwierdziły partyjnych przywódców w przekonaniu, że drogą do zaprowadzenia porządku i spokoju jest pozbycie się z kraju „niepewnego elementu”. W efekcie marcowych czystek z kraju wyjechało ponad trzynaście tysięcy osób. Po zrzeknięciu się obywatelstwa polskiego (co było warunkiem uzyskania zgody na wyjazd) otrzymywały specjalnie dokumenty podróżne z adnotacją, że ich posiadacze nie są obywatelami państwa polskiego. Aby nie było już żadnych wątpliwości.

Nieoczekiwani beneficjenci

Kto poza komunistami skorzystał na powstaniu monoetnicznej Polski? Odpowiedź może być jednocześnie paradoksalna i trudna do zaakceptowania. Z jednej strony niewątpliwie zyskała skrajna prawica. Problemy, które w latach 20. i 30. zajmowały znaczącą część polskiej myśli konserwatywnej – takie jak kwestia żydowska czy ukraińska – zostały „rozwiązane”, poniekąd cudzymi rękoma. I choć antysemityzm czy ksenofobia są wciąż obecne w ideologii grup skrajnie prawicowych (a nawet ostatnio niepokojąco zyskują na sile i przebijają się do dyskursu głównego nurtu), to jest to wciąż antysemityzm w kraju bez Żydów czy retoryka antyuchodźcza w kraju, które nie przyjmuje prawie żadnych uchodźców. Łatwo budować nienawiść wobec obcego, którego nie ma się nawet szansy spotkać. Tę wygodną pozycję do obrony „Polski dla Polaków” polska prawica zawdzięcza wydarzeniom sprzed osiemdziesięciu lat.

Z drugiej jednak strony zniknięcie z Polski przedstawicieli innych narodów czy grup etnicznych umocniło również pozycję Kościoła katolickiego. Przed II wojną światową jedynie niecałe 65 procent obywateli było wyznania rzymskokatolickiego, obecnie liczba ta sięga prawie 87 procent. W efekcie równanie Polak=katolik stało się jeszcze bardziej oczywiste niż kiedykolwiek. Mimo prześladowań ze strony władz komunistycznych okres PRL-u w ostatecznym rozrachunku przyniósł polskiemu Kościołowi umocnienie hegemonicznej pozycji: wobec innych wyznań i wobec projektu narodowej wspólnoty, której w latach 80. stał się emanacją. Polscy biskupi, mówiąc i pisząc o katolickich tradycjach państwa polskiego i opierając na tym swoje postulaty i pretensje polityczne, często przemilczają to, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu katolicyzm nie był wcale jedyną tradycją religijną społeczeństwa polskiego.

Historia pojawiania się?

Według różnych szacunków w Polsce obecnie mieszka i pracuje ponad milion Ukraińców. Nie wszyscy przyjeżdżają na stałe, nie wszyscy mogą legalnie pracować. Niewątpliwie jednak biorą udział w budowaniu polskiej gospodarki i kultury, a język ukraiński coraz częściej usłyszeć można na ulicy czy w sklepie. Chociaż daleko jeszcze do skali znanej z okresu międzywojennego, to Polska powoli staje się na nowo państwem wielokulturowym. Jak tym razem poradzimy sobie z tym wyzwaniem? Czy uda się stworzyć państwo, w którym przedstawiciele różnych narodowości i wyznań będą czuli się u siebie?

Pierwszym krokiem do odpowiedzi na te pytania i zmierzenia się z nowymi wyzwaniami powinno być podważenie ahistorycznej narracji o „naturalności” projektu państwa monoetnicznego. Warto przywracać pamięć o przedwojennych tradycjach wielokulturowych, ale też pamiętać o późniejszych politycznych decyzjach i tragediach, które doprowadziły do obecnego kształtu społeczeństwa polskiego. Bez mitologizowania czy pudrowania tradycji Drugiej Rzeczypospolitej warto podjąć próbę krytycznej refleksji nad tym, jak te trudne doświadczenia można przepracować i wykorzystać współcześnie. Dzięki temu możliwe będzie dopisanie kolejnych rozdziałów do smutnej historii znikania – tym razem o pojawianiu się.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru internetowego „Kontaktu” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Klęska narodu państwowego. Refleksja wokół książki Pawła Brykczyńskiego

Chcemy całej historii!