dwutygodnik internetowy
10.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Historia a zmartwychwstanie

Żaden prawowierny ikonograf nie odważy się napisać ikony przedstawiającej moment zmartwychwstania, gdyż zgodnie z opinią teologów jest to tajemnica tak wielka, że nie można jej oddać za pomocą narzędzi odwołujących się do zmysłów. Tymczasem to, co stanowi granicę dla ikonografów, postanowili przekroczyć bibliści.

ilustr.: Zuzia Wicha

ilustr.: Zuzia Wicha

Mimo że artykuł dotyczy zmartwychwstania, to trzeba rozpocząć go od zjawiska, które możemy zaobserwować podczas świąt Bożego Narodzenia. Zdarza się, że w owym okresie czytelnicy mogą przeczytać artykuły (pisane zarówno przez profesjonalnych biblistów, jak i historyków, którym często brak dostatecznej wiedzy o paradygmatach oraz metodach badawczych współczesnej biblistyki) na temat tego, co „naprawdę” wydarzyło się przeszło dwa tysiące lat temu w pewnej betlejemskiej stajence. Trend ten nie ogranicza się oczywiście tylko do Polski, ale jest widoczny również w innych krajach – o czym świadczy między innymi „kontrowersyjny” artykuł opublikowany kilka lat temu w „Newsweeku” przez doświadczonego biblistę Barta Ehrmana.

Zastanawiające jest, dlaczego nie obserwujemy podobnego trendu podczas świąt Wielkiejnocy. Owszem, zdarzają się filmy oraz artykuły pisane przez historyków, ale są one nieco odmiennej natury: starają się przybliżyć konwencjonalną narrację rezurekcyjną, a nie ją odkodować czy wyjaśnić przy użyciu wywiedzionej z oświecenia metodologii historyczno-krytycznej.  Przyczyn tego zjawiska można się dopatrywać w świadomości społecznej (ale nie chrześcijańskiej), w której święta bożonarodzeniowe przewyższają rangą Wielkanoc. Mają przecież niepowtarzalną, magiczną oprawę, której ulegają także ateiści (o czym może świadczyć zabawny artykuł Richarda Carriera z poprzedniego roku zatytułowany „The Real War on Christmas: The Fact that Christmas is Better than Christ”, czyli „Prawdziwa wojna o święta Bożego Narodzenia: fakt, że święta te są lepsze niż Chrystus”). W porównaniu z tym wielkanocne zajączki czy koszyczki ze święconką wypadają zwyczajnie blado.

Inny jeszcze powód jest natury czysto teologicznej, a do jego zilustrowania najlepiej posłuży przykład ikon. Podobnie jak Pismo Święte, mają one na celu przedstawienie za pomocą środków zmysłowych świata idealnego, są więc niejako pomostem pomiędzy człowiekiem a Stwórcą. Przed ich napisaniem mnisi często zachowywali długi post, a – jak wierzono – podczas tworzenia ręka mnicha była prowadzona przez samego Boga. Nietrudno doszukać się analogii z autorami ksiąg biblijnych, piszących również pod natchnieniem boskim. Żaden prawowierny ikonograf nie odważy się jednak napisać ikony przedstawiającej moment zmartwychwstania, gdyż zgodnie z opinią teologów jest to tajemnica tak wielka, że nie można jej oddać za pomocą narzędzi odwołujących się do zmysłów. Tymczasem to, co stanowi granicę dla ikonografów, postanowili przekroczyć bibliści.

Zmartwychwstanie – największe fałszerstwo w historii?

W 1774 roku Gotthold Ephraim Lessing rozpoczął publikację dzieł Hermanna Samuela Reimarusa (1694–1768), uważanego przez wielu badaczy za ojca współczesnej biblistyki. Wywołały one nie lada poruszenie w środowiskach intelektualnych tamtego okresu, gdyż twórczość otwarcie atakująca religię i propagująca światopogląd ateistyczny wciąż traktowana była jako kulturowe kuriozum. Reimarus, próbując osadzić Jezusa w jego kontekście historycznym – od czego odejdą dziewiętnastowieczni niemieccy bibliści – świadomie zerwał z ikonograficznymi przedstawieniami Chrystusa, które widziały w nim przede wszystkim, a niekiedy wyłącznie, transcendentalnego Zbawcę. Korzystając z wypracowanych w okresie oświeceniowym narzędzi historycznych, Reimarus próbował wyjaśnić powstanie chrześcijaństwa w sposób czysto naturalistyczny. Jego rekonstrukcja nie jest zgodna z chrześcijańską ortodoksją, ale wskazuje na ten sam moment jako początek, bez którego chrześcijaństwo nigdy by się nie narodziło. W opinii Reimarusa apostołowie porzucili wszystko, aby podążyć za apokaliptycznym głosicielem przemian polityczno-religijnych. Po jego pojmaniu i egzekucji rozgoryczeni uczniowie nie potrafili oraz nie chcieli powrócić do swoich poprzednich obowiązków. Ich dalsza działalność nie miałaby sensu, chyba że potrafiliby ją na nowo uprawomocnić. Pod wpływem tego impulsu – jak twierdzi Reimarus – wykradli ciało Jezusa, rozgłaszając jego zmartwychwstanie.

Największym problemem związanym z innowacyjnym ujęciem tego biblisty było to, że jego rekonstrukcja nie opierała się w wystarczającej mierze na materiałach źródłowych. Szukano więc innych hipotez, które tego mankamentu by uniknęły. Z biegiem czasu w środowiskach dziewiętnastowiecznych biblistów-racjonalistów zaczął dominować pogląd, że o żadnej kradzieży nie mogło być mowy, gdyż Jezus zwyczajnie nie umarł, a po prostu został za zmarłego uznany. Zwrócono uwagę, że stosunkowo krótko przebywał na krzyżu, co najdobitniej oddawało zdziwienie Piłata (Mk 15, 44), gdy ten usłyszał o jego szybkiej śmierci. Przywoływano świadectwo Józefa Flawiusza (Autobiografia 75, 420-421), mówiące o tym, że ukrzyżowanie dało się przeżyć.  Interpretacje te oparte były na dosłownym odczytywaniu ksiąg Nowego Testamentu – przykładowo, Jezus miał powrócić do życia wskutek trzęsienia ziemi, odpowiedzialnego również za odsunięcie kamienia blokującego wejście do grobowca (Mk 16, 4).

Kres temu położył David Friedrich Strauss (1808–1874), odpowiedzialny za wprowadzenie słowa „mit” do badań biblistycznych. W jego rozumieniu mit nie był sprytnie skomponowaną fikcją, wręcz przeciwnie – próbował uchwycić te obszary rzeczywistości, które poprzez to, że dotykały świata idealnego, mogły być wyłącznie przedstawione w sposób nieprecyzyjny za pomocą niedoskonałego języka ludzkiego. Nie oznacza to jednak, że dla autorów Nowego Testamentu i ich czytelników historie te nie były prawdziwe. Owszem, nie odpowiadały one „prawdzie”, do której dochodzą współcześni historycy, musimy jednak pamiętać, że natura ksiąg biblijnych jest inna od natury zwykłych podań historycznych – odnosi się ona nie tylko do tego, co doczesne, mierzalne i zmysłowe, ale także do tego, co wymyka się ludzkiemu poznaniu. Zmartwychwstanie jest tego zobrazowaniem par excellence. Na podstawie religijnych pism żydowskich uczniowie Jezusa doszli do wniosku, że ich Mistrz nie został opuszczony przez Boga, ale wręcz przeciwnie – realizował jego wolę, która obecnie stała się dla nich zrozumiała. Dojście do takiej konkluzji możliwe było poprzez oddzielenie opowieści apostołów od spisanych treści ewangelicznych. Podkreślano, że pomiędzy doświadczeniami a ich spisaniem minęło odpowiednio dużo czasu, co zaowocowało powolnym ich przekształceniem. Nie traktowano tego bynajmniej w kategoriach intencjonalnego fałszerstwa, ale raczej uważano za próby zobrazowania czegoś w swej istocie niewypowiadalnego.

Dzisiejsza biblistyka wobec zmartwychwstania

Jednym ze współczesnych orędowników podejścia, które charakteryzowało Straussa, jest emerytowany biskup episkopalny (anglikański) John Shelby Spong. W książce „Resurrection: Myth or Reality” („Zmartwychwstanie: mit czy rzeczywistość”) buduje wizję apostołów, którzy po powrocie do swoich obowiązków dopiero stopniowo (na przestrzeni kilku miesięcy, a może nawet i lat) zaczęli sobie uświadamiać, co się tak naprawdę wydarzyło. Rozważając pisma religijne, doszli do wniosku, że Jezus jednak żyje, a jego misja wcale się nie skończyła.

Bardziej konserwatywni bibliści – przykładowo, również emerytowany biskup anglikański, N. T. Wright – zwracają uwagę na niedociągnięcia owej teorii. Apostołowie nie mogli zaczerpnąć wizji straconego Mesjasza z ksiąg hebrajskich, gdyż takiej koncepcji zwyczajnie tam nie było. W opinii krytyków stanowiła ona novum, którego nie dało się ot tak wprowadzić do myśli teologicznej, bez zakorzenienia w realnych, historycznych wydarzeniach. Liberalni bibliści nie wydają się jednak przekonani – spora ich część, włączając w to Johna Dominica Crossana czy Barta Ehrmana, rozważa możliwość, że ciało Jezusa mogło podzielić los innych „kryminalistów” i trafić do masowego grobu, do którego nikt nie miał dostępu. Najwcześniejsze podania rezurekcyjne (1 Kor 15, 3-8) nie wspominają pustego grobu, ale wyłącznie fakt pochowania Jezusa. Owszem, mówią o objawieniach i zmartwychwstaniu, ale ponieważ nie rozróżniają pomiędzy doświadczeniami pierwszych apostołów a doświadczeniami Pawła, to niektórzy bibliści zwykli je traktować z pewną dozą rezerwy.

To zostawia dużą swobodę tym, którzy jak Dale Martin w arcyciekawej książce „The Corinthian Body” („Ciało korynckie”) snują rozważania na temat natury ciała Jezusa po zmartwychwstaniu. Czy było one spirytualistyczne, czy może fizyczne? I czy w starożytności w ogóle posługiwano się takim dwubiegunowym podziałem? Martin twierdzi, że ciało Jezusa zgodnie z przekonaniami Pawła i innych myślicieli chrześcijańskich było co prawda fizyczne, ale zbudowane z innej materii niż nasze biologiczne ciała, to jest z materii astralnej, z której zbudowane są między innymi gwiazdy.

Zostawiając techniczne sprawy na boku, warto zauważyć, że zarówno bibliści ateistyczni (na przykład Bart Ehrman), jak i wierzący (jak Tom Wright), spierając się co do szczegółów, pozostają natomiast zgodni w jednym – że nie ma mowy o intencjonalnym fałszerstwie. Ta koncepcja, która wyłoniła się w początkach biblistyki, została już wypchnięta ze świadomości i uznana za niewartą dalszych rozważań. Apostołowie przeżyli coś, co skłoniło ich do diametralnej zmiany swojego stanowiska, nie ukradli ciała, nie posługiwali się oszustwem – oni naprawdę doszli do przekonania, że ich Mistrz, pomimo dokonanej na nim egzekucji, zmartwychwstał, a jego misję należy kontynuować. Co do tego żaden profesjonalny biblista nie wydaje się mieć już dzisiaj wątpliwości.

Podstawą wiary – nauka?

Ojciec Jerome Murphy-O’Connor, wybitny katolicki archeolog i biblista, komentując rewelacje na temat znalezienia rzekomego grobu Jezusa – który miał zawierać jego szczątki – powiedział, że nie można przy użyciu współczesnych metod badawczych osiągnąć pewności co do tego, czy ciało Jezusa uległo rozkładowi. Gdyby jednak było to możliwe i gdyby dowiedziono poza wszelką wątpliwość, że nastąpił taki proces, miałoby to kolosalne skutki dla wiary chrześcijańskiej. Możliwe, że całkowicie by ją zniszczyło. Cóż, jest wielu, także wierzących chrześcijan, którzy nie zgodziliby się z takim postawieniem sprawy. W książce „Bóg urojony” Richard Dawkins (który oczywiście nie jest chrześcijaninem, a antyteistą) przekonuje nas w odniesieniu do dziewiczego poczęcia, że gdyby ustalono w sposób pewny za pomocą analizy DNA, iż biologicznym ojcem Jezusa był Józef, to chrześcijanie i tak znaleźliby jakieś pokrętne sposoby, aby pozostać przy swoim stanowisku.

Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi? Może, jak chciał Stephen Jay Gould, religia i nauka to dwa oddzielne magisteria, które nie powinny przekraczać swoich granic (ani w pozytywnym, ani w negatywnym znaczeniu tego sformułowania)? Kiedy w 2003 roku N. T. Wright opublikował swoje monumentalne dzieło „The Resurrection of the Son of God” („Zmartwychwstanie Syna Bożego”), spróbował uczynić coś, co wykraczało poza kompetencje przeciętnego historyka. Starał się uprawomocnić tezę o zmartwychwstaniu jako najbardziej racjonalny sposób wyjaśnienia tego, co się wydarzyło z ciałem Jezusa po ukrzyżowaniu. Jakkolwiek książka ta jest nieprzecenionym źródłem informacji, dostarcza wielu błyskotliwych spostrzeżeń, demaskuje błędy innych autorów i po prostu dobrze się ją czyta, to jednak uważam, że może ona wyrządzić wierze tyle samo szkód, ile przyniesie pożytku. Wiele razy spotykałem się z biblistami, którzy z uśmiechem na ustach cytowali Wrighta, piszącego o tym, że „niektóre historie są tak nieprawdopodobne, że mogą być historycznie prawdziwe”. Ja widzę tutaj analogię z wypowiedzianą przez Tertuliana maksymą „prorsus credibile est, quia ineptum est”, którą można przetłumaczyć jako „powinno się temu dać wiarę, gdyż jest to paradoksem (absurdem)”. Te słowa mogą być prawdziwe w swojej istocie, ale nie powinny być wykorzystywane w badaniach historycznych, gdyż może to wprowadzić wyłącznie chaos i zamieszanie, a nawet doprowadzić do kompromitacji historyków zajmujących się tą kwestią.

Czy warto czytać biblistów?

Historia zatacza koło i chyba nie ma dla ludzi wierzących lepszego argumentu niż ten, który przedstawili dziewiętnastowieczni apologeci chrześcijańscy, a przed nimi chociażby Orygenes. Z pewnością w odczuciu strapionych, bezsilnych i przerażonych uczniów wydarzyło się coś na tyle niezwykłego, że zmienili się oni w niestrudzonych głosicieli zmartwychwstałego Jezusa. I stwierdzenie tego faktu, w opinii wielu, powinno zamknąć pracę historyka. Jeżeli chce posunąć się dalej, do czego ma prawo, to powinien przynajmniej zabezpieczyć się wstępem w rodzaju: „W odczuciu ówczesnych…”. Nie ma w tym podejściu nic antychrześcijańskiego – co więcej, zawiera się w nim głęboki szacunek do tajemnicy, tak jasno zrozumiany przez rzesze ikonografów, teologów oraz hierarchów kościelnych, o których była mowa na początku.

Jaka jest więc przyszłość studiów historyczno-krytycznych nad zmartwychwstaniem i czy mogą one przynieść jakąkolwiek korzyść dla człowieka religijnego? Jeśli odpowiemy na to drugie pytanie twierdząco, powinniśmy poczynić odpowiednie kroki. Po pierwsze, musimy raz na zawsze przyjąć, że studia tego rodzaju nie mogą zanegować wiary w zmartwychwstanie, ale również nie mogą powołać jej do istnienia. Po drugie, należy zdać sobie sprawę z tego, co studia historyczne już uczyniły do tej pory, pozbywając się wielu niewiarygodnych koncepcji, jak na przykład tej mówiącej o wykradzeniu ciała. Po trzecie, przed nami jest jeszcze wiele pytań, które nie uzyskały żadnej odpowiedzi, albo takich, na które odpowiedź wymaga ponownego przeanalizowania. Jeżeli koncepcja zmartwychwstałego Mesjasza była novum w religijnej myśli pierwszego wieku, to jaka jest relacja pomiędzy tą koncepcją a innymi koncepcjami pochodzącymi z ksiąg hebrajskich oraz pogańskich? Jeżeli zmartwychwstanie miało naturę cielesną, w co wiarę wyraził ostatnio chociażby papież Franciszek, to jak starożytni myśliciele rozumieli naturę tego ciała? Do tego rodzaju analizy potrzebna jest znajomość starożytnych tekstów oraz wszelkich subtelności związanych ze starożytnymi językami, co powinno cechować każdego historyka piszącego o takich problemach. Innym zadaniem dla historyków może być przedstawienie, jak idea zmartwychwstania była wykorzystywana przez chrześcijan oraz ateistów na przestrzeni wieków do osiągnięcia ich celów politycznych czy nawet ekonomicznych. Dajmy na to, konwersja Wikingów mogłaby okazać się kompletnym fiaskiem, gdyby nie odwołanie do obrazu wielkiego wojownika pokonującego największego wroga ludzkości – samą śmierć. Patrząc z innej strony, błędne zrozumienie koncepcji zmartwychwstania przez charyzmatycznego Davida Koresha wskutek całkowitego zignorowania kontekstu historycznego doprowadziło do wielu ofiar śmiertelnych w Waco w 1993 roku.

Dla ludzi wiary na zawsze najważniejsze pozostanie jednak to, co wydaje się również najbardziej istotne dla wczesnych uczniów Jezusa – odzyskanie zaufania, nadziei, wiary i miłości. Do tego bowiem nawiązuje zmartwychwstanie, największa z tajemnic chrześcijaństwa.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

  • elesel

    świetny tekst ! W wielkim poszanowaniu wiary jak i nauki. Bardzo dobrze się czyta. Niech więc trwają wiara, nadzieja i miłość. A zaufanie niech wzmacnia chrześcijan w rozumieniu tej wielkiej tajemnicy.

    • Damien Cyrocki

      Dziękuję bardzo za tą pochlebiającą opinię :) Wesołych Świąt! Może jeszcze właściwy moment na te pozdrowienia nie nadszedł, ale z drugiej strony dla chrześcijan każda pora, aby wypowiedzieć “Christos anesti!” jest słuszna :)