dwutygodnik internetowy
31.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Hardkor disco

„Hardkor Disko” jest dużym osiągnięciem. Film jest gorszy od historycznie złych „Big Love” i „Bejbi blues”.


Nie wsyzscy filmowcy, którzy robią świetne teledyski, sprawdzają się również w kinie. Idealnym przykładem, że nie jest to takie proste jest fabularny debiut Krzysztofa Skoniecznego – „Hardkor Disko”.
 
Ola to rozwydrzona dziewczyna z dobrego domu. Jej rodzice mają mnóstwo pieniędzy (tata jest architektem, mama spełnia się w teatrze), więc niczego jej nie brakuje. Pewnego dnia poznaje jednak Marcina, tajemniczego chłopaka, który, o czym dziewczyna nie wie, ma niejasne plany względem niej i jej rodziny.
 
Streszczenie fabuły jest tak krótkie i ogólnikowe, bo niewiele więcej da się na ten temat powiedzieć. Nie wiadomo bowiem, o czym film Skoniecznego ma być. Teoretycznie chyba o dwóch pokoleniach, które nie mogą się ze sobą porozumieć. Tak przynajmniej wynikałoby z koszmarnej sceny śniadania, które Marcin spożywa z rodzicami Oli. W ciągu tych pięciu minut, za pomocą najbardziej oczywistych kwestii, reżyser stara się wyłożyć widzowi, o co mu chodzi. Mimo tej bezpośredniości, z „Hardkor Disko” nie wynika absolutnie nic. Przykładowo o Marcinie wiadomo tylko tyle, że zależnie od swojego widzi-mi-się, czasem dobrze się czuje z kapturem na głowie, a czasem bez. Nie dowiemy się, co nim kieruje, jakie ma cele. Zresztą wszyscy bohaterowie przypominają ożywione figury woskowe. Swoją drogą Skonieczny sprawia wrażenie, jakby był mocno zafascynowany twórczością Michaela Hanekego, u którego intryga też często gra drugą rolę i jest tylko sposobem, by powiedzieć coś ważnego o rzeczywistości. Porównanie obu reżyserów, a nawet umieszczenie w jednym zdaniu nazwisk obu, bardzo mnie boli, gdyż Haneke to jeden z najwybitniejszych europejskich filmowców.
 
Skoniecznego łączy z nim również umiłowanie do długich ujęć. Tutaj są one tak przeciągnięte, że w zasadzie po piętnastu minutach ciężko jest już usiedzieć na miejscu, a wzrok coraz częściej kieruje się na zegarek. Wygląda to trochę tak, jakby Skonieczny koniecznie chciał udowodnić w ten sposób, że potrafi robić nie tylko teledyski. Co najśmieszniejsze najbardziej udane w filmie momenty, to dwie, teledyskowe właśnie, sceny imprez. I na nic zdają się całkiem ładne zdjęcia, czy nieźle dobrana muzyka – wszystko to razem zupełnie „nie gra”. Konia z rzędem także temu, kto wyjaśni dlaczego w filmie znalazły się fragmenty amatorskiego nagrania, na których widać kilkuletnią dziewczynkę, raz tańczącą, innym razem recytującą wiersz. Albo czemu mają służyć ze dwie sceny zrealizowane w zwolnionym tempie, które pojawiają się znikąd i do niczego nie pasują.
 
Jakby tego było mało, serwuje się nam tu koszmarne dialogi – w zamierzeniu pewnie miały być życiowe, jednak wszystkie bez wyjątku brzmią sztucznie. Skonieczny, najwyraźniej przekonany, że nakręcił dzieło przez duże D, karze je wypowiadać aktorom w sposób nadęty i egzaltowany, co sugerować ma chyba głębię przekazu. Nic dziwnego, że do ogólnego poziomu dostosowują się aktorzy – ani nie mają materiału do stworzenia postaci, ani nic ciekawego do powiedzenia. W efekcie snują się po ekranie z cierpiętniczymi minami, co jednak w żaden sposób nie łagodzi koszmaru, który przeżywać musi odbiorca.
 
Na swój sposób „Hardkor Disko” jest sporym osiągnięciem. Nie sądziłem bowiem, że po fatalnych „Big Love” i „Bejbi blues” coś jeszcze mnie tak negatywnie w polskim kinie zaskoczy. Jak widać, myliłem się.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.