dwutygodnik internetowy
20.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Hannah Arendt

„Hannah Arendt” nie jest całkowicie nieudana, ale niewykorzystany potencjał rozczarowuje. von Trotta chcąc zrobić film o wszystkim, sprawiła, że jest on w zasadzie trochę o niczym.

 

Biograficzny film o jednej z najwybitniejszych i najsłynniejszych filozofek XX wieku, autorce między innymi książki “Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła”, miał możliwość być ciekawym portretem genialnej kobiety. Niestety z kilku powodów nadzieje zostały pogrzebane.

 

Zgodnie z obowiązującą od jakiegoś czasu w kinie tendencją, film Margarethe von Trotty zamiast obrazować całe życie wybranej postaci, skupia się na jakimś jego ważnym wycinku. Jak łatwo można się domyślić, w tym przypadku jest to proces Eichmanna , pisanie przez Arendt książki oraz reakcja świata na publikację . Problem polega na tym, że jest to robione niekonsekwentnie i nie do końca wiadomo o czym jest film. Po pierwsze, mamy tu też trochę retrospekcji pokazujących relację Arendt z Martinem Heideggerem. Wiadomo, że ich wieloletni, specyficzny związek był nie tylko interesujący, ale i niejednoznaczny – w końcu Arendt wyemigrowała z Niemiec, zaś Heidegger poparł NSDAP. Twórcy wyraźnie nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Nie chcąc poświęcić temu tematowi całego filmu, a jednocześnie nie decydując się na jego pominięcie, dokonali najgorszego możliwego wyboru. Efektem jest to, że sprawa została ledwie naszkicowana i nie do końca pasuje do reszty obrazu.

 

Po drugie zaś, postać Arendt przedstawiona jest tu mocno schematycznie. Jej życie podzielono na kilka etapów – wahanie czy jechać do Jerozolimy na proces Eichmanna, sama rozprawa, tworzenie książki, zmaganie się z, łagodnie rzecz ujmując, nieprzychylnymi reakcjami i zarzutami, że Arendt nie tylko wybiela nazistowskiego zbrodniarza, ale też i przerzuca trochę winy na część Żydów, którzy zginęli w Holokauście. Niby więc wszystko jest na swoim miejscu, ale jednak wydaje się być zbyt oczywiste, banalne, a przez to zupełnie nie angażujące.

 

“Hannah Arendt” jest też chyba, mimo swej tematyki, zbyt filozoficzna. Przy całej standardowości historii, dialogi są naszpikowane skomplikowaną problematyką i logiką. Nie mam nie przeciwko filmom “gadanym”, ale jednak jakiś umiar trzeba zachować. Jakby tego było mało większość wypowiedzi wydaje się mocno napuszona – trochę na zasadzie, że oto rozmawiają ze sobą arystokraci, prawdziwi inteligenci, którzy z pogardą będą traktować każdego, kto ich nie zrozumie. Problem polega na tym, że tym “każdym” może być duża część widzów, co może mocno zniechęcić do tej produkcji.

 

Na szczęście film Margarethe von Trotty ma też dwie duże zalety. Pierwszą jest Barbara Sukowa w tytułowej roli. Gra naprawdę fantastycznie, doskonale portretując swoją bohaterkę – jej nastroje, nadzieje, obawy i wątpliwości. W zasadzie tylko ona sprawia, że opowiadana historia jest choć trochę ciekawa.

 

Drugim, dla mnie znacznie ważniejszym, atutem są fragmenty procesu Adolfa Eichmanna. Do tej pory nigdy nie miałem okazji zobaczyć, jak to wyglądało i nie miałem pojęcia, jak wielkie wrażenie potrafi zrobić. Oglądanie kompletnie beznamiętnego Eichmanna jest porażające. Jego spokojne tłumaczenie, że wykonywał tylko rozkazy, logiczne odpowiadanie na pytania i udowadnianie, że akt oskarżenia nadaje się do kosza jest jednocześnie fascynujące i przerażające. Aż szkoda, że twórcy nie zdecydowali się położyć większego akcentu na ten fragment filmu.

 

“Hannah Arendt” nie jest całkowicie nieudaną produkcją, ale przez niewykorzystany potencjał, który w niej tkwił rozczarowuje. Margarethe von Trotta chcąc zrobić film o wszystkim, sprawiła, że jest on w zasadzie trochę o niczym. I chociaż podejrzewam, że może się bardzo spodobać filozofom, to jednak większość publiczności zwyczajnie się wynudzi. Tym bardziej, że postać tytułowej bohaterki też jest niespecjalnie fascynująca. Może więc dobrym pomysłem byłoby dodanie do tytułu filmu dopisku “rzecz o banalności geniuszu”.