dwutygodnik internetowy
23.04.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Granie Marcem

Wymowa spektakli Smolar i Zadary sprowadza się do banalnych, moralizatorskich tez i konstatacji. Czy pokazywanie wydarzeń roku ’68 na scenie musi być drażniące i niesatysfakcjonujące?

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Pierwsze tygodnie wiosny 2018 roku upływały pod znakiem obchodów 50. rocznicy wydarzeń Marca ’68. Temat podjęty został także przez twórców teatru – Annę Smolar i Michała Zadarę – którzy z różnych perspektyw przyjrzeli się wydarzeniom sprzed pół wieku. W refleksji nad dwoma warszawskimi produkcjami konieczne wydaje się zrozumienie, co specyfika teatru może zaoferować aktualnej debacie, na jakie sposoby przepracować obecne i minione doświadczenia. Czy teatr istotnie wzbudza refleksję, proponuje wyzwanie intelektualnego przepracowania trudnej i – jak się okazuje – nie do końca minionej przeszłości?

Odegrać, żeby zrozumieć

Produkowany przez Teatr Żydowski i wystawiany na scenie Teatru Polskiego (co samo w sobie jest znaczące: to pierwsza w historii koprodukcja tych instytucji) spektakl Anny Smolar w dużej mierze opiera się na wywiadach przeprowadzonych przez Mike’a Urbaniaka z mieszkającymi w Europie, Stanach Zjednoczonych i Izraelu potomkami emigrantów roku ’68. Podjęcie tematu przez artystkę wydaje się zainspirowane także jej własną, blisko związaną z Marcem biografią – emigracją ojca-opozycjonisty i jego życiem rozdartym między dwoma krajami: Francją i Polską. Poruszając temat Marca, Smolar przygląda się własnemu pokoleniu, czyli historiom ludzi, którzy doświadczyli go przede wszystkim jako wypowiedzianej lub przemilczanej traumy swoich rodziców. W „Kilku obcych słowach w języku polskim” twórcy zastanawiają się nad niejasną tożsamością tych ludzi: rozdwojonych przez podwójne narodowości, języki i kultury. Ogarniętych wieloma sprzecznymi emocjami: niejasnym poczuciem winy, niechęci czy miłości.

W spektaklu dzieci emigrantów spotykają się na uroczystości poświęconej obchodom 50. rocznicy Marca. Cele są wzniosłe – wymiana doświadczeń, świętowanie trochę wspólnej, a trochę rozbieżnej przeszłości i w końcu: pojednanie mimo różnic. Okaże się to niełatwe, bo przy jednym stole spotykają się nie tylko dzieci emigrantów i tych, którzy mimo prześladowań zostali w kraju, lecz także przyjaciół, którzy pomóc nie chcieli lub nie potrafili, i tych, którzy w nagonce uczestniczyli. Przyjęcie to oczywiście tylko pretekst, a dramaturgia Michała Buszewicza przewiduje bardziej skomplikowaną formułę – dzieci kolejno odgrywają historie opowiadane przez rodziców, w większości znane tylko fragmentarycznie, są więc improwizowane podwójnie: w treści i scenicznej formule. Aktorzy mówią wieloma językami: francuskim, angielskim, jidysz, szwedzkim i polskim – rysując tym samym mapę marcowej emigracji. Ale teraz są tu, w Polsce, a tu mówi się po polsku. Ich spotkanie na pierwszy plan wysuwa właśnie ten problem – stopniowo indywidualne losy i nigdy nieopowiedziane do końca historie roztapiają się na tle niekończącej się debaty tożsamościowej o tym, co to właściwie znaczy być lub nie być Polakiem.

W „Kilku obcych słowach…” Smolar wykorzystuje bliską sobie formułę musicalową: celowo patchworkowa i chybotliwa konstrukcja dramaturgiczna przerywana jest scenami śpiewanymi i tańczonymi. W pewnym sensie to momenty najbardziej interesujące – przełamują patos, czynią opowiadane historie mniej dosłownymi, nie odbierając im przy tym ambiwalencji czy dramatyzmu. Duża w tym zasługa choreografa, Pawła Sakowicza, który pojawia się także na scenie. Jego rola jest ważna, bo najmniej oczywista. To mistrz ceremonii, mówiący wieloma językami, wcielający się w różne postaci – od kochanka po psa. Choć początkowo mówi w jidysz i przedstawia się jako Żyd, jako jedyny pozbawiony jest afiliacji narodowościowej, przez co zyskuje rys symboliczny – wskazuje na absurdalny, umowny i krzywdzący wymiar podziałów i wynikających z nich konsekwencji. Staje się elementem łączącym poszczególne historie. Zabierając kolejnych bohaterów do tańca, równocześnie wprowadza ich na scenę. W kilku momentach daje także szansę spotkania, gdy do wspólnej choreografii zaprasza wszystkie postaci. Ostatecznie jednak do spotkania dojść nie może. Gdy na przyjęciu wznoszony jest toast i wszyscy pozują do pamiątkowej fotografii, podziały pozostają w mocy. Stoły są dwa, a ci, którzy wyrażają wolę pojednania, budują ją na lepszości własnego miejsca, zapraszając współtowarzyszy, by opuścili swoje – w domyśle gorsze.

„Kilka obcych słów…” to spektakl męczący, posługujący się formułą redundancji, zbudowany wciąż nawracającymi sytuacjami, rozmowami i scenami. Poszczególne biografie, choć indywidualne i różne, stają się w końcu powieleniem tego samego, nieszczęśliwego schematu. Trudno powiedzieć, czy jest to efekt zamierzony. Z jednej strony interesujący, bo budzi ważną refleksję – że taka właśnie jest ta historia – mnoga, niejednorodna, ale oparta na wspólnym mechanizmie nienawiści i obojętności, który powtórzył się w zbyt wielu biografiach. Z drugiej strony niweluje indywidualizm losów, sens ludzkich dramatów, czyniąc z tych opowieści miałką tkankę skarg, win i ofiar. Wszechobecny jest tryb przypuszczający, który okazuje się stanem faktycznym. Taki jest właśnie los tego pokolenia: skazanego na domysły, insynuacje, drażliwe powroty do przeszłości. Smolar sugeruje, że nie ma na to żadnego remedium, a już zwłaszcza tu, w Polsce, kraju, który tożsamościową jednoznaczność obrał sobie na narodowy wyróżnik. Nie jest moją rolą, by oceniać, czy to prawda, czy faktycznie skazani jesteśmy bądź to na chybotliwy stan konfliktu, bądź obojętne machnięcie ręką. Czuję się wyłączona z tej dyskusji, jakby namysł nad Marcem nie miał nic wspólnego ze współczesnością, dotyczył tylko wewnętrznych sporów kolejnych pokoleń emigracyjnych. Jak sądzę, żeby zrozumieć historię roku ’68 jako wydarzenia zakorzenionego w realiach społecznych, mogącego się potencjalnie powtórzyć, konieczna jest refleksja nieco szersza i bardziej inkluzywna.

Po co taka sprawiedliwość?

Ambicje zaproponowania refleksji szerszej i nieco mniej inercyjnej miał niewątpliwie spektakl Michała Zadary. Praca nad „Sprawiedliwością”, która nazywała się wówczas bardziej adekwatnie („Wypędzenie Żydów z Polski w roku 1968”) rozpoczęła się jesienią 2017 roku. Ambitny projekt wymagał żmudnej pracy zespołu historycznego i prawnego. Przeszukiwano na przykład archiwa w celu znalezienia sprawców wydarzeń marcowych. Ostatecznie jednak nie komponent analityczny zdominował estetykę spektaklu, co, jak sądzę, mogłoby zadziałać na jego korzyść. Potrafię wyobrazić sobie projekt obrazujący daremność badań nad przeszłością, naginający ramy teatralnej reprezentacji przez powielenie tego, co każdorazowo okazuje się niesatysfakcjonujące: śledztwa dotyczącego rzeczywistości sprzed pięćdziesięciu lat. Czy o tym właśnie nie jest „Edyp” jako tekst tragiczny (na Sofoklesa gęsto powołuje się dramaturgia spektaklu): historią powtórzenia nieuniknionego losu, któremu mimo to wciąż na nowo pragnie się zapobiec? W rzeczywistości jednak faktograficzno-prawny mozół dociekania prawdy i sprawiedliwości zastąpiony został patetyczną emfazą i mocno populistycznym zacięciem. Teza spektaklu jest jednoznaczna i wykrzyczana ze sceny: należy pociągnąć do odpowiedzialności karnej osoby, które przyczyniły się do wydarzeń z lat 1968–71. Zespół ustalił, że każde zachowanie o charakterze antysemickim było częścią szerzej zakrojonych działań, które przyjęły charakter zbrodni przeciwko ludzkości. Większość odpowiedzialnych osób (członkowie partii, urzędnicy państwowi, pracodawcy) już nie żyje. Autorom udało się dotrzeć jedynie do publicystów, z których grona zarzuty postawić można tylko jednej osobie: autorce antysemickich artykułów, a obecnie posłance opozycyjnej PO. „Sprawiedliwość” jako projekt estetyczny może zatem udać się jedynie, gdy dokona się sprawiedliwość – winni zostaną postawieni przed sądem. Co się zresztą dzieje, bo efektem pracy nad spektaklem (w istocie jej zasadniczym celem) jest wystosowanie pozwu przeciwko rzeczonej posłance.

Akt oskarżenia, proces, a nawet ewentualne skazanie wydarzą się w rzeczywistości, śledztwo natomiast toczy się na scenie. W tym cały problem – spektakl Zadary jest projektem nieciekawym artystycznie. Aktorzy trochę grają, a trochę nie – zachowują się na poły prywatnie, tekst czytają z kartek albo ekranów stojących przed widzami. Wyświetlają slajdy, puszczają filmy, analizują statystyki. Co chwila zastanawiają się, czy to, co robią, ma właściwie sens (trudno powiedzieć, czy mają na myśli śledztwo, czy może sam spektakl?). Metateatralność, gęsto obecna w spektaklu Zadary, okazuje się narzędziem słabym, jakby nie starczyło czasu na ciekawszą oprawę zgromadzonego materiału. Czy etycznie jest krytykować spektakl mający cele tak wzniosłe jak wymierzenie sprawiedliwości? Oczywiście, można założyć, że robienie teatru interwencyjnego służy jedynie działaniu, edukowaniu czy prowokowaniu. I na to w „Sprawiedliwości” znalazło się miejsce. Dowiemy się z niej, jacy działacze partyjni są odpowiedzialni za dyskryminacyjną atmosferę roku ’68, kto odpowiada za prześladowania, a także jak napisać tekst antysemicki (aktorzy zdanie po zdaniu analizują wybrane artykuły). Dowiemy się też, co należy z tą wiedzą zrobić. Zaraz po wejściu na salę wita nas zapisane wielkimi literami zdanie: „W tym spektaklu wszystko jest prawdziwe”. Trochę to przykra konstatacja, że teatr podnoszący istotne politycznie kwestie musi od razu operować retoryką spod znaku „mówimy, jak jest”. Mam wrażenie, że to język niepewny, który ostateczną niemożliwość osądu ukrywa pod publicystycznym patosem wołania o sprawiedliwość.

Jedna z ciekawszych refleksji „Sprawiedliwości” wybrzmiewa w spektaklu najciszej. Odniesienie do „Edypa” jest dość oczywiste, ale jak sądzę, mogłoby okazać się nośne dramaturgicznie. W tragedii Sofoklesa Edyp jako jedyny żąda sprawiedliwości, bo wierzy, że póki nie znajdzie się winny zabójstwa Lajosa, Teby nie zaznają spokoju, zły los znów się powtórzy, a obywatele nie wyciągną z niego żadnej lekcji. Wysiłki doprowadzają do tragicznego rozpoznania – sam okazuje się odpowiedzialny za zabójstwo. Zbrodnia jest zawsze efektem faktycznych ludzkich działań, więc także wina przynależy konkretnym podmiotom. Nigdy nie należy rozmywać odpowiedzialności. To, co wydarzyło się w Marcu ’68 i w kolejnych latach było wynikiem decyzji bardzo wielu ludzi. W przypadku jednych były to działania zakrojone na szeroką skalę, brzemienne w konsekwencje, a w przypadku innych oparte na ignorancji i obojętności. Poza ofiarami nagonki sprzed pięćdziesięciu lat konsekwencje Marca najdotkliwiej dotknęły społeczeństwo Polski. Warto zadać sobie pytanie, czy wydłubanie sobie oczu powinno polegać dziś na postawieniu zarzutów Iwonie Śledzińskiej-Katarasińskiej? Tegoroczne obchody pięćdziesięciolecia wydarzeń marcowych mają na celu nie tylko przypomnienie i pamięć o tragicznych, powojennych losach polskich Żydów. Chodzi także o zaktualizowanie płynącej z nich lekcji. Obawiam się, że kanalizowanie całej negatywności na pojedynczym ludzkim akcie paradoksalnie rozmywa odpowiedzialność. Przede wszystkim rodząc poczucie, że nas samych to nie dotyczy, bo nam nikt nigdy nie postawi zarzutów. Pojęcie odpowiedzialności zbiorowej jest niebezpieczne, ale nie musi znaczyć, że ostatecznie nikt nie jest winnym, ale że w trudnym czasie – choćby przez bierność – każdy może się nim stać. Myślę, że to adekwatniejsza lekcja na dziś. Ale być może zbyt zniuansowana, by wykrzyczeć ją ze sceny?

Przemyśleć Marzec

Oba spektakle są w pewnym sensie pesymistyczne, ponieważ wskazują na inercyjność nie tylko refleksji i debaty, lecz także potencjalnego działania. Oba charakteryzuje także pewien bezwład estetyczny, jakby samo podejmowanie tematu Marca spychało na dalszy plan kwestie dramaturgiczne i inscenizacyjne. Budzą refleksje, ale raczej na mocy własnej negatywności, kierując spojrzenie za kulisy, na to, czego nie udało się opowiedzieć, co nie wybrzmiało, co nie zostało poddane namysłowi, ale sprowadzone do banalnych, moralizatorskich tez i konstatacji. Być może pokazywanie wydarzeń roku ’68 na scenie musi być drażniące i niesatysfakcjonujące? Być może to temat zbyt jeszcze gorący, wzbudzający w twórcach emocje za duże, by mogli w pełni wykorzystać swój warsztat krytyczny? Oczywiście, to dobrze, że temat polskiego antysemityzmu – który wciąż na nowo okazuje się strukturą nieśmiertelną, stale obecną w naszej kulturze – podejmowany jest także na scenie. Można by sobie jednak życzyć, by była to refleksja głębsza, nastawiona na badanie i roztrząsanie przeszłości, ale równocześnie skierowana także na teraźniejszość.

Odpowiedzialność za równe traktowanie obywateli kraju ciąży na każdym. Teatr posiada środki uświadamiania. Posługując się bezpośrednią obecnością, żywym, ludzkim głosem, ma szansę włączania do debaty, a także bezpośredniego apelowania do emocji widza. Nie chodzi jednak o to, by wygłaszać banalne czy jednoznaczne tezy, ale raczej kreować sytuację performatywną, która poruszy i skłoni do refleksji. Tymczasem ze spektaklem Zadary można się co najwyżej zgodzić lub nie, ot cała głębia namysłu. Spektakl Smolar pozostaje mniej oczywisty, nie ma zresztą tak moralizatorskich czy demagogicznych ambicji. Wynika z niego, że sytuacja Marca nieodwracalnie dzieli ludzi na sprawców, świadków i ofiary, a kolejne pokolenia skazane są bądź to na reprodukowanie wzorców, bądź wieczne zmaganie się z własną tożsamością. Efemeryczna polskość – tych, którzy zostali, i tych, którzy wyjechali – staje się nie tylko niepokojącym widmem i ciężarem, ale wręcz czystą negatywnością. Jak sobie z nią poradzić, oczywiście nie wiadomo. Dochodzi więc do tego, że spektakl wygłasza jako własną tezę zdanie, z którym pierwotnie chce się mierzyć: że ta polskość to jest jednak przekleństwo – czy się ją kocha, czy się nienawidzi, trzeba się męczyć, bo się nie da się z niej po prostu zrezygnować.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

Bagaż niepokoju

„Lepiej być obcym w obcym kraju aniżeli we własnym”. Wokół trzech książek Henryka Grynberga