dwutygodnik internetowy
27.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Granice łaski. „Milczenie” Martina Scorsese

W swoim najnowszym filmie Scorsese porusza prawdziwie chrześcijański problem teologiczny: granice łaski. By je odkryć, musi posłużyć się postacią Judasza – kogoś, wobec kogo Bóg „przegrał” – i zbadać, jak bardzo rozstrzygająco możemy się o tej klęsce wypowiedzieć.

kadr z filmu

kadr z filmu

O „Milczeniu” – zarówno o filmie Martina Scorsese, jak i powieści Shūsaku Endō wznowionej ostatnio z okazji ekranizacji – napisano i powiedziano już bardzo wiele. Rzecz opowiada  o dwóch siedemnastowiecznych jezuickich misjonarzach, którzy przedostają się do Japonii, aby nawiązać kontakt z prześladowanymi, żyjącymi w ukryciu wiernymi oraz odnaleźć swego zaginionego mistrza, ojca Ferreirę, który – jak niesie wieść – wyparł się wiary. Problematyka utworu jest najcięższej wagi: dotyczy zdrady, miłosierdzia, męczeństwa, obecności Boga w świecie, sensu chrześcijaństwa. Wszystko to zostaje podane całkowicie z wewnątrz katolickiej duchowości: narracja książki w dużej części jest epistolograficzna i składa się z listów głównego bohatera, ojca Sebastião Rodriguesa; tak samo obrazowi Scorsese w wielu momentach towarzyszy prowadzona przez księdza narracja zza kadru.

Dla osób, które odrzucą utożsamienie się z perspektywą misjonarzy, „Milczenie” może się wydać opowieścią o bezsensie religii jako takiej – ponieważ bohatersko walczy ona z problemami, które sama stwarza. Z takiego punktu widzenia dramat „Milczenia” musi się wydawać zupełnie niezrozumiały. Z drugiej strony, nie jest to dzieło apologetyczne i uładzone: z pewnością nie powstało po to, aby pozostawić wierzących w samozadowoleniu, przedstawia bowiem historię upadku i stawia wobec tego, co najbardziej bolesne. „Milczenie” jest więc narażone na odrzucenie – dobiegające z różnych stron głosy oskarżające dzieło o „nudę”, „dziwaczność”, „kicz religijny” czy „heretyckość” pokazują, że „Milczenie” jest do pewnego stopnia transgresyjne zarówno dla Hollywood, jak i dla katolików: dla jednych i drugich bywa „niestosowne” i „w złym guście” – skoro opowiada o upadłych księżach, a jednocześnie wprowadza na przykład uderzająco bezpośrednie wyznania o miłości do Najświętszego Oblicza. Tym większe szczęście, że Scorsese odważył się na spełnienie swego marzenia i realizację bezkompromisowej ekranizacji powieści Endō – ale pewnie było to możliwe wyłącznie dlatego, że ze względu na swoją pozycję w świecie filmowym reżyser po prostu mógł sobie na to pozwolić. Warto zatrzymać się więc przy „Milczeniu” na dłużej, bo prawdopodobnie przez dłuższy czas nie zobaczymy niczego podobnego.

Chrystus i Judasz

O czym „Milczenie” nie jest? Otóż nie jest – jak można tu i ówdzie usłyszeć i przeczytać – o dylemacie, czy katolik może dokonać apostazji w imię jakkolwiek zdefiniowanego „wyższego celu” lub, inaczej mówiąc, czy apostazja może być w jakichś warunkach dobrym czynem. Te pytania pojawiają się wprawdzie za sprawą jednego z bohaterów, ojca Ferreiry, ale zostają rozstrzygnięte negatywnie i nie one okazują się sednem dzieła. Apostazja bowiem jest przedstawiona wprost jako zdrada, upadek, ulegnięcie pokusie: ojciec Ferreira staje się człowiekiem złamanym, zakłamanym, zaplątanym w nieprzekonujące nawet jego samego usprawiedliwienia i do tego kuszącym innych, aby zyskać sobie towarzyszy w odstępstwie; także ojciec Rodrigues po apostazji nie żyje w spokoju sumienia, w poczuciu spełnienia niezrozumianego wprawdzie, ale dobrego i heroicznego „czynu miłości” – wręcz przeciwnie: odrzuca wszelkie możliwe samousprawiedliwienia i całe jego życie staje się torturą. W najmniejszym stopniu nie ma tutaj, jak zdarzyło mi się przeczytać, podważania sensu męczeństwa – świętość i ofiara umęczonych wieśniaków czy ojca Garupe nie zostaje zakwestionowana – i usprawiedliwiania apostazji jako „dobra”.

Dlaczego jednak zamiast za głównego bohatera dostajemy nie świętych i budującą opowiastkę o nich, ale ojca Rodriguesa? Bo tematem Shūsaku Endō jest prawdziwie chrześcijański problem teologiczny: granice łaski. O tym właśnie – między innymi, ale głównie – jest „Milczenie”.

W eseju „Granice polityki” Harry V. Jaffa, intepretując „Króla Leara” Szekspira, pisał, że ta sztuka traktuje o „największym czynie największego króla. […] Aby Shakespeare mógł sprawić, żebyśmy zrozumieli, jak wygląda największy czyn największego króla, nieodzownie musi nam to pokazać za pomocą czynu, który «zawodzi». Gdyby bowiem odniósł sukces, nie utożsamialibyśmy go z największym czynem. Nie zdalibyśmy sobie wówczas sprawy, że wyzwanie, przed jakim stanął Lear, wymagało użycia największych spośród ludzkich cnót. Aby sprawdzić wytrzymałość sznurka na rozciąganie, trzeba znaleźć najmniejszy ciężar, który doprowadzi do jego pęknięcia. W ten sposób dowiemy się, jaki ciężar sznurek utrzyma. Shakespeare zatem musiał pokazać nam punkt, w którym najlepsza polityka najlepszego króla pęka, aby pokazać i zdefiniować granicę królewskiej cnoty”.

Analogicznie, szukając granic łaski, Shūsaku Endō musi pokazać – mówiąc wprost – Judasza: kogoś, wobec kogo Bóg „przegrał”, i zbadać, jak bardzo rozstrzygająco możemy się o tej klęsce wypowiedzieć. Cała powieść krąży wokół słów Jezusa wypowiedzianych do Judasza: „Co chcesz czynić, czyń prędzej!” (J 13, 27) – z tym że ojciec Rodrigues najpierw myśli o sobie jak o Chrystusie i dopiero po swoim upadku zaczyna rozumieć, że jest Judaszem – bardziej niż Kichijiro, którego sam z pogardą utożsamiał z apostołem-zdrajcą; bo w końcu sam Rodrigo staje się adresatem słów przeznaczonych dla Judasza. Do tych słów jeszcze wrócę – teraz warto zwrócić uwagę, że opór, jaki wśród części katolików wzbudził ten film, wynika prawdopodobnie z emocjonalnej wolty, która nieprzygotowanych może zszokować. Śledząc losy ojca Rodriguesa, odbiorca – przyjmując jego własną perspektywę – zaczyna utożsamiać go z Chrystusem, by z czasem zorientować się, że cały czas oglądał przypadek i drogę Judasza. Uwaga kolejna: Judasz nie jest tu znów przywoływany na heterodoksyjny sposób, znany od Ewangelii Judasza przez Borgesa po „Ostatnie kuszenie Chrystusa” samego Scorsese, jako samo-poświęcający się boski powiernik i tak dalej, ale ortodoksyjnie: jako figura zdrajcy.

Gdzie kończy się Kościół

Aby wysondować granice łaski, Endō postawił swojego ojca Rodriguesa w sytuacji charakterystycznej na dwa sposoby: po pierwsze, w kondycji „upadłej wiary” – świętość nie sprawdza granic łaski, ale żyje w jej centrum, dla niewiary z kolei łaska nie jest w ogóle tematem. „Upadła wiara” jest, najkrócej mówiąc, uznawaniem czegoś za prawdę i dobro bez wyciągania z tego praktycznych konsekwencji. Druga charakterystyczna cecha kondycji Rodriguesa to jego graniczne położenie: nawet Kichijiro ma jeszcze upadłego księdza Rodriguesa, u którego może się wyspowiadać; Rodrigues nie ma już nikogo – jest ostatnim, samotnym, uwięzionym, upadłym księdzem odłączonym od Kościoła; nawet jego ewentualne nawrócenie nie miałoby się jak dopełnić w ramach wspólnoty wiernych; bez względu na wszystko jest nieodwołalnie wyłączony z porządku sakramentalnego.

Pytanie o granice łaski staje się pytaniem o zbawienie kogoś takiego jak Rodrigues-Judasz. I tu dochodzimy do sedna problemu, do rozdarcia między doczesnym a eschatologicznym. Z jednej strony Kościół ogłasza świętych, z drugiej – nie ogłasza potępionych; z jednej strony pewnych rzeczy – póki ludzkiego życia – nie usprawiedliwia i usprawiedliwić nie może, wzywając do pełnego nawrócenia, z drugiej – nigdy nie porzuca nadziei, że z końcem życia te same rzeczy usprawiedliwi sam Bóg. I tutaj, gdzie kończy się ortodoksja – gdzie ona sama zakreśla swoje granice, gdzie zawiesza sąd, uznając własną niezdolność do orzekania – wchodzi Endō ze swoją sztuką: nie po to, żeby ogłaszać herezję, ale żeby za pomocą sztuki zbadać tę przestrzeń, którą w niedopowiedzeniu zostawia sama teologia. Prawdopodobnie dokładnie to jest głównym powodem dezorientacji i niezrozumienia dla „Milczenia” wśród części katolików.

Tak w kwestii Judasza wypowiadał się Benedykt XVI: „Tajemnica staje się jeszcze bardziej nieprzenikniona co do jego [Judasza] wiecznego przeznaczenia, bo wiemy, że Judasz «opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: ‘Zgrzeszyłem, wydając krew niewinną’» (Mt 27, 3-4). I chociaż później oddalił się, poszedł i się powiesił (por. Mt 27, 5), nie do nas należy ocena jego czynu, ale do Boga nieskończenie miłosiernego i sprawiedliwego”. Ten właśnie niedookreślony moment, w którym ocena należy do Boga, a nie „do nas” (czyli nie do widzialnego Kościoła!), interesuje Endō; właśnie dlatego w swej artystycznej wizji kazał się wypowiedzieć samemu Bogu: „Twoja noga boli cię chyba teraz. Boli tak samo, jak nogi tych wszystkich, którzy aż po dziś dzień deptali moją twarz. I ten ból stóp już mi wystarczy. Bo ja znam i dzielę z wami wasz ból i waszą mękę. Po to przecież jestem. […] Bo serce Judasza bolało tak samo, jak boli twoja noga”. Czy można powiedzieć, że Endō występuje przeciw ortodoksji? Przecież jego interpretacja słów Chrystusa „Co chcesz czynić, czyń prędzej!” nie polega na przewrotnej próbie pochwały zdrady ani na uznaniu grzechu za nie-grzech, ale na uczepieniu się nadziei, że i te słowa zostały powiedziane z miłością i wybaczeniem ludzkiej słabości. Czy nie chodzi o tę samą nadzieję, którą przenika choćby taki cytat ze świętej Tereski, piszącej o mającym właśnie zostać powieszonym zatwardziałym mordercy Pranzinim: „[…] jestem najzupełniej pewna, że [Bóg] przebaczy biednemu nieszczęśnikowi Pranziniemu i wierzyć w to będę nawet wtedy, gdyby nie wyspowiadał się i nie okazał żadnego znaku skruchy, jednak o ten znak proszę jedynie dla zwykłej mojej pociechy […]”.

Nadzieja

„Milczenie” Endō to artystyczna wizja, która po prostu przedstawia jedną z możliwych opcji w ramach ortodoksji. JEŚLI Judasz jest zbawiony, to przecież sub specie aeternitatis nie znaczy to nic innego jak to, że ostatecznie Bóg pogodził się ze zdrajcą, że ostatecznie usprawiedliwił jego czyny. Nie ma tutaj pochwały grzechu, a jedynie nadzieja na jego odpuszczenie. I chociaż, jak pisałem wcześniej, ortodoksja zawiesza tutaj swój osąd, a Endō i Scorsese wybierają konkretny kierunek – to przecież jest artystyczna fikcja teologiczna, co do której każdy katolik jest zobowiązany żywić nadzieję, że wyraża ona prawdę. To przecież ta sama nadzieja, której wyrazem jest modlitwa fatimska włączona w różaniec: „…zaprowadź wszystkie dusze do nieba, a szczególnie te, które najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. W tym sensie „Milczenie” jest najczystszym katolickim dziełem. Więcej, jest dziełem z rodzaju najwyższych, granicznych, ostatecznych; jest katolickim „Królem Learem”. O ile jednak Szekspir pisał o ludzkim królu, a więc mógł dokładnie opisać jego porażkę, o tyle Shūsaku Endō i Martin Scorsese, mówiąc o Bogu i jego wykolejonym słudze, zostawiają odbiorców ze wszystkimi pytaniami i nadziejami płynącymi z Ewangelii.

  • Piotr Ciompa

    Pisałem już kilka razy, że w tekstach Kontaktu brakuje mi czegoś, co wyróżniałoby je od tekstów głównego nurtu (Wyborczej lub Krytyki Politycznej). Więc teraz bardzo pochwalę artykuł, bo jest to jedna z najbardziej inspirujących recenzji filmu jakie czytałem. Wprawdzie mi bliższy jest ten punkt widzenia http://christianitas.org/news/milczenie-shusaku-end-interpretacje/, to jednak u Adama Leszkiewicza czuję “ducha katolickiego”. Możemy się różnić, ale nadawajmy na tej samej częstotliwości. Cieszę się,

    • Adam Leszkiewicz

      Dziękuję za dobre słowo. Na marginesie: między tym, co mówi tekst z “Christianitas” (który, oczywiście, jest bardziej rozbudowany, erudycyjny i kreśli więcej kontekstów – jest po prostu lepszy), a tym, co sam napisałem, nie ma chyba wielkiej sprzeczności. Jeśli wyłuskać najważniejszy punkt w intepretacji, to jest tu zgoda, że narracja “Milczenia” potępia apostazję, jednocześnie starając się ocalić apostatów; jak to się zwykle mówi “potępia grzech, a nie człowieka” – myślę, że odnalezienie tego w “Milczeniu” jest sprawą najważniejszą i decydujacą, a w wielu tekstach, na które się natknąłem, brakowało tego odczytania; więc moją skromną recenzję i tekst Moniki Grądzkiej-Holvotee uznaję za zasadniczo zgodne – jeśli pojawiają się jakieś różnice, to są one chyba drugorzędne. Pozdrawiam – A. L.

      • Piotr Ciompa

        Tyle przeczytałem recenzji, że je pomyliłem. Chodziło mi o http://pl.aleteia.org/2017/02/17/biskup-barron-milczenie-martina-scorsese-i-meczennicy-znad-morza/. Nie jest to równie “wypasiona” recenzja jak ta z Christianitas lub Pana, ale artykułuje niepokój wielkiej części katolików oglądających ten film, że Scorsese stawia pytanie o sens męczeństwa po to, by podważając jego sensowność w nietypowej/marginalnej sytuacji podważyć go we wszystkich sytuacjach (tak jak szatan w Księdze Rodzaju przekonuje, że zakaz spożywania z jednego drzewa to tak, jakby Bóg zakazał wszystkich owoców, nie kochał człowieka w ogóle). Ja też to tak widzę. Jeśli nie reżyser, na co po przeczytaniu Pana recenzji mogę przystać, to z pewnością w tą stronę ciągnęli interpretację dzieła recenzenci “głównego nurtu”. Owszem, przyjmuję zarzut stawiany sam sobie, że pozwalam na narzucanie mi odbioru dzieła przez element “niekatolicki”. Ale widząc, w jaki sposób instrumentalnie traktują film liberalne media by wykorzystać go przeciw temu, co dla mnie ważne, instynktownie (z pożytkiem, jak mam nadzieję, dla tego co katolickie, ale ze stratą dla siebie), najpierw bronię katolickiego stanowiska niż jako człowiek wolny prowadzę wewnętrzną refleksję nad przesłaniem filmu, jak to Pan czyni. By doprecyzować, o co mi chodzi uzupełniam komentarz o cytat z przywołanej recenzji: “Scorsese pokazuje trupa Rodriguesa w trumnie trzymającego mały krucyfiks, co dowodzi, jak sądzę, że kapłan pozostał w pewnym sensie chrześcijaninem. Tyle tylko, że to właśnie takie chrześcijaństwo, jakie lubi panująca kultura: całkowicie sprywatyzowane, ukryte, nieszkodliwe.” Taka interpretacja przesłania Scorsese jest bardziej oczywista (narzucająca się), nawet jeśli on takich intencji nie miał. Pana recenzja nie odnosi się do kontekstu w którym film wchodzi na ekrany i jakie wywołuje dominujące recenzje, a także niepokój wśród Pana bliskich z Kościoła. Owszem, nie miał Pan takiego obowiązku, a także cały wywód tego nie wymagał dla swojej spójności, ale ten brak u Pana tego niepokoju nas różni. Niestety, naszym wypowiedziom znaczenie nadaje także kontekst, na który nie mamy wpływu, a Pan od niego abstrahuje. Dobrze, ja sobie postawię trudne pytanie, czy niepokój ten nie świadczy o tym, że nie jestem wolny. Mam nadzieję, że Pan również stawia sobie inne, trudne pytanie, bo ja nie jestem upoważniony by innym je stawiać. Różnica ta nie przeszkadza mi jednak czuć, że jestem razem z Panem w jednej wspólnocie.

  • sneakytrick

    Dziękuję za ciekawą perspektywę jednak na końcu, niestety, doświadczyłem błędu. Poprawna wersja modlitwy pozostająca w granicy ortodoksji to: “…zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”