fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Górski: Uwierz w dzieci!

To, co przekazujemy dzieciom, nigdy nie będzie idealne. Zawsze popełnimy jakiś błąd. Wychowanie religijne, jak każde wychowanie, to nie zbiór prostych wskazówek. To otwartość na nieznane.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski


Z Krzysztofem Górskim rozmawiają Ignacy Dudkiewicz i Ignacy Święcicki. Wywiad pochodzi z 35. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Czyje są dzieci?”.
IGNACY DUDKIEWICZ, IGNACY ŚWIĘCICKI: Czy rodzice powinni być dla dziecka jak Bóg?
KRZYSZTOF GÓRSKI: Czy powinni? Rodzice po prostu są dla małego dziecka jak Bóg. Nie ma innej drogi. To rodzice są pierwszą matrycą obrazu Boga czy relacji z Nim. Pierwszą więź dziecko tworzy z nimi i to na jej bazie kreuje później swoją więź i obraz Boga. Rolę mogą jeszcze odgrywać inni znaczący dorośli w życiu dziecka, ale na ogół są to jednak rodzice.
Nie znaczy to jednak, że powinni być jak Bóg idealni.
Dlaczego?
Prowadząc warsztaty dla rodziców, zniechęcam ich do idealności. Ważne jest, żeby pozwolić sobie na niedoskonałość i błędy, być świadomym ich popełniania. Dlatego dążenie do bycia równie idealnym, co Bóg, może być paradoksalnie ograniczające. Myśląc w ten sposób, skupiamy się na sobie, na tym, jakim mam być rodzicem. A to oddala od kontaktu z dzieckiem. Nie warto siebie oceniać i porównywać. Lepiej poświęcić ten czas na bycie blisko swojego dziecka.
Kreowanie obrazu Boga u dziecka to jednak spora odpowiedzialność.
Jak całe wychowanie. Ale tak – jest to pewna dodatkowa warstwa tej odpowiedzialności, z której warto sobie zdawać sprawę. Zbytnie skupienie się na tym aspekcie może jednak prowadzić do tego, że będziemy się tak tą myślą stresować, tak analizować nasze działania, że ominie nas to, co najważniejsze. To, że chcielibyśmy przekazać dziecku jak najlepszy wzorzec tej relacji, nie znaczy, że nie powinniśmy pamiętać o naszych ograniczeniach. Traktujmy siebie łagodnie. Bo choć jesteśmy dla dziecka jak Bóg, to przecież nie jesteśmy Nim. Jesteśmy rodzicami.
Jak ważna jest spójność między tym, co mówimy o Bogu, a tym, jacy sami jesteśmy?
Warto jej szukać. Jeśli wyznaczamy dziecku niezwykle sztywne reguły, potem je ostro egzekwując i stosując całą paletę kar, a później opowiadamy mu o Bogu, który jest łagodny i miłosierny, to sami w dziecku tworzymy zamieszanie. Myśli wtedy: „Opowiadasz mi o Bogu, który jest piękny i kochający, a doświadczam karania, bycia ocenianym, krytyki, surowości. To mnie będzie oddzielało od ciebie, rodzicu”.
A od Boga?
Też. Bo na wczesnym etapie rozwoju, jeśli coś nas oddziela od rodzica, to oddziela nas też od Boga. Spójność między tym, co mówimy, a tym, jacy jesteśmy i co czujemy, to podstawa wychowania. Czuję bliskość, więc cię przytulam. Zezłościłeś mnie, więc mówię ci o tym, później mi przechodzi, więc ci przebaczam. W sferze wychowania religijnego ta spójność ma swoje dodatkowe znaczenie. Bo jej brak budzi w dzieciach lęk. Również przed Bogiem, z którym dziecko nie potrafi zbudować prawdziwej i prostej relacji. Zamiast tego zastanawia się: czy także Bóg nie chce mnie krytykować, oceniać i karać za to, co robię nie tak.
A jak na wizerunek Boga u dziecka wpływają relacje między rodzicami?
Podobnie jak nasze relacje z dzieckiem. Potrzebna jest spójność. Jeśli mówimy dziecku, że Bóg jest miłością i jej źródłem, to warto, by widziało naszą miłość. Wtedy też dziecko jej doświadcza i lepiej rozumie, co ta abstrakcyjna formuła oznacza. Widzi, że nie tylko mama je kocha i tata je kocha, co jest bardzo istotne, ale też, że oni kochają się nawzajem. Skoro tak, to Bóg je kocha i kocha też rodziców. To wprowadza dziecko w świat społeczny, pokazuje, że miłość Boga nie jest skierowana tylko do mnie, że inni też mogą z niej czerpać. Bóg okazuje się Tym, który nie tylko dba o mnie, ale także o wspólnotę, która się wtedy pojawia.
Analogicznie, jeśli między rodzicami jest konflikt, a dziecko słyszy o miłości, to znów pojawia się w nim zamieszanie, znika poczucie bezpieczeństwa.
Trudniej jednak budować w dziecku dobry wizerunek Boga, jeśli samemu ma się ten obraz mało przepracowany. A to przecież doświadczenie wielu z nas – jesteśmy w drodze…
Dlatego warto pamiętać, że ta droga nie kończy się wraz z bierzmowaniem czy jakąś inną umownie wyznaczoną granicą. Że jeśli chcemy dziecku pokazywać Boga, to potrzeba przepracowywać w sobie ten Jego obraz, jaki mamy. Uświadamiać sobie, że na przykład nasze przekonanie o surowości Boga może wynikać właśnie z doświadczeń rodzinnych, a nie z tego, jaki On rzeczywiście jest. Uporządkowanie tego sobie samemu pomaga też w towarzyszeniu dzieciom.
Na ile w ogóle ten pierwszy, wyniesiony z domu obraz Boga w nas tkwi i reprodukujemy go potem sami w naszych rodzinach?
Relacje z bliskimi osobami z dzieciństwa zawsze z nami zostają, a tym samym wyniesiony z nich obraz Boga. Ale jako dorosłe osoby możemy się do tego „dziedzictwa” różnie ustosunkować. Złościmy się na rodziców, oddalamy od nich, zbliżamy, ale więź – być może trudna, skomplikowana, pełna zranień – pozostaje. Tak samo jest z Bogiem – jeśli zbudowaliśmy z Nim relację w dzieciństwie, to ona będzie trwała. Nawet jeśli zerwiemy z Nim kontakty, będziemy się oddalać, wracać, odchodzić.
Czyli da się to „dziedzictwo”, o którym mówisz, przepracować?
Da się, choć zawsze jest to wymagające. Podobnie jak z relacjami rodzinnymi właśnie. W przypadku obrazu Boga na pewno może pomóc – od strony duchowości – po prostu dbanie o kontakt z Nim.
A z punktu widzenia psychologii?
Warto badać te obszary w sobie, zajmować się nimi. Po pierwsze, uświadomić sobie, że ten obraz jakiś mamy. I że nie zawsze jest to obraz dobry. Po drugie, zrozumieć, że mój obraz Boga nie jest tożsamy z Bogiem. To pierwszy krok do zmiany.
A czasem przydatna w tym procesie może być terapia, przyglądanie się i przepracowywanie tego z pomocą profesjonalisty.
Ludzie przychodzą do terapeuty z takimi problemami?
Mało kto definiuje swój problem w ten sposób. Raczej przychodzą, bo mają problem z samym sobą, małżonkiem, dziećmi czy rodzicami. A temat obrazu Boga wychodzi czasem przy okazji. I jeśli dla pacjenta sfera duchowości i religii jest ważna, to możemy się także tym zajmować.
Bo z problemami z obrazem Boga ludzie idą do księdza, nie do psychologa?
Tak. Jest zresztą wąska grupa księży, którzy są równocześnie psychologami czy psychoterapeutami. Czasem warto byłoby, żeby ksiądz zajął się swoją działką, ale nie bał się zasugerować komuś wizyty u psychologa. Zwłaszcza gdy widzi, że problemy z obrazem Boga wpływają na funkcjonowanie psychiczne człowieka.
ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski


Skoro jest to tak ważne, a ludzie dorośli bywają pogubieni, to może Kościół powinien przejść od duszpasterstwa dzieci w stronę duszpasterstwa całych rodzin? Zamiast przygotowywać dzieci do Pierwszej Komunii, starać się przygotować do tego wydarzenia również ich rodziców?
Warto, by także Kościół uczestniczył w przekazywaniu religijności dzieciom. Pod warunkiem, że odbywa się to w dobrej, bliskiej relacji. Wtedy może się nawet okazać, że ktoś ma w domu trudne doświadczenia, ale spotkał siostrę na religii, która ma w sobie ciepło i żyje tym, co mówi. To również może być ważny etap budowania swojej wiary i obrazu Boga. Na pewno warto też, żeby Kościół tworzył miejsca, w których rodzice mogą rozwijać swoją wiarę, również przy takich okazjach jak Pierwsza Komunia ich dzieci. Bo jeśli sami będziemy pogłębiali naszą religijność i będziemy coraz bardziej świadomi różnych zakamarków naszych dusz, to łatwiej nam będzie pracować z dziećmi nad odkrywaniem ich zakątków.
Ale skupiłbym się nie tylko na tym, czy Kościół w ogóle ma pracować z rodzicami, ale również na tym, jak ma to robić…
A zatem: jak?
Warto, aby Kościół był świadomy swojej roli wspierającej rodzinę w wychowaniu religijnym dziecka. Dobrze jest, gdy wierzy rodzinie i traktuje rodziców po partnersku. Najlepszy komunikat z ust księdza brzmiałby: „Jesteście przekazicielem wiary dla swoich dzieci, róbcie to, a my będziemy wam pomagali”. To też rodzaj upodmiotowienia świeckich, którzy też powinni zajmować się sprawami duchowości – zwłaszcza wobec dzieci.
To też zapobieganie ucieczce, przekazaniu księżom wszelkiej odpowiedzialności za wychowanie religijne dziecka.
Niektórzy rodzice rzeczywiście doświadczają pokusy abdykacji z zajmowania się tym tematem, skoro dziecko chodzi na religię, jest przygotowywane do Pierwszej Komunii, potem do bierzmowania. Sprawa załatwiona. Zresztą – myślą – to Kościół się na tym zna, a nie oni. Dlatego tak ważne jest, by rodzic usłyszał: „Słuchaj, to twoje dziecko, wiesz albo nie wiesz, jak je wychowywać religijnie, ale za to odpowiadasz. Szukaj, pytaj. To ty jesteś specjalistą od duchowości swojego dziecka. Nie siostra na religii”.
Taki specjalista musi sobie odpowiedzieć na wiele pytań…
Niewątpliwie.
Na przykład o to, jak opowiadać dziecku historie biblijne, w których nie zawsze Bóg pokazuje swoje miłosierne i łagodne oblicze. Taki ten Bóg kochany, ale kazał zalać cały świat, ocalając jedynie kilka osób.
Trzeba dobrze wybrać moment na przekazywanie takich treści. Słyszałem kiedyś, jak dziecko przyszło z przedszkola, skądinąd katolickiego, do domu i powiedziało rodzicom, że nie chce iść do nieba. Zapytane dlaczego, odpowiedziało: „Bo was tam nie będzie”. Ktoś mu opowiedział o niebie w sposób bardzo intelektualny, nieadekwatny do doświadczenia, nieoparty o bliskość i miłość.
Podobnie jest z trudnymi fragmentami Pisma. Nie ma co epatować małego dziecka kawałkami związanymi z przemocą czy karą.
Ale jest pokusa, by pokazać Arkę Noego – tyle tam zwierzątek: lwy, hipopotamy, żyrafy… W sam raz dla dziecka!
To nawet nie tyle pokusa, co utarta praktyka, którą czasem warto podać w wątpliwość. To, że nam mówiono w dzieciństwie o potopie, nie znaczy, że my także musimy o tym rozmawiać z dziećmi na tym samym etapie ich rozwoju. Za rzadko się nad tym zastanawiamy. Daj Boże, że myślą o tym chociaż autorzy programów nauczania religii.
Warto też jednak uwierzyć w dzieci. To, co im przekazujemy, nigdy nie będzie idealne. Zawsze popełnimy jakiś błąd. Ale ważne jest nie tylko to, co mówimy, ale też jak odpowiadamy na reakcję dziecka. Jeśli pojawia się w nim smutek, że tyle osób i zwierząt zginęło, to można mu w tych trudnych emocjach towarzyszyć. Podobnie jak przy czytaniu baśni, w których też pojawiają się przecież trudne tematy i emocje. W końcu i tak pojawią się naturalnie w dziecku pytania o śmierć. To ważne, żeby się nie tylko pojawiały, ale żeby rodzic na nie reagował, a przede wszystkim je słyszał i był wtedy przy nim. Bo wychowanie religijne dokonuje się również w życiowych sytuacjach – na przykład przy śmierci kogoś z rodziny.
Co innego jednak, gdy ktoś umiera, a co innego, gdy to Bóg wybija obóz przeciwników podczas wojny…
Albo każe Abrahamowi zabić swojego syna.
Otóż to. Sami tego nie rozumiemy, sami jesteśmy z tym niepoukładani. A później jako rodzice mamy mówić swojemu dziecku o ojcu, który idzie zabić swojego syna, bo tak mu kazał Bóg?
To bardzo ważne, co mówicie. To ważne, by uświadomić sobie, że sami się tej historii boimy, że się nie zgadzamy, że nie ma w nas akceptacji dla zalania całego świata wodą, że polecenie zabicia swojego syna jest dla nas nie do przyjęcia. I również dlatego boimy się o tym rozmawiać.
Warto samemu nad tym pracować, zanim będziemy o tym rozmawiać z dziećmi.
Tylko że nie my wybieramy ten moment. Dziecko usłyszy coś na religii albo podczas czytania w Kościele…
I właśnie dlatego lepiej pracować nad swoją duchowością. To podstawa. Bo nie jesteśmy w stanie zaimpregnować naszych dzieci przed cierpieniem, niesprawiedliwością, bólem, który jest wokół nas. Chcielibyśmy je przed tym uchronić, ale to się nam nie uda. Możemy to robić tak dalece, jak jesteśmy w stanie, ale możemy też uczyć nasze dzieci żyć ze śmiercią, cierpieniem, katastrofą, towarzysząc im, gdy przeżywają smutek, lęk czy stratę. Taka jest prawda o świecie.
Można ją jednak dziecku „serwować” albo nie. Wybierać te łagodniejsze wątki z Biblii – o narodzeniu w stajence wśród aniołów i pastuszków.
Nie da się tego całkiem wybielić i pozbawić trudnych treści. Narodziny Jezusa to przecież historia także o odrzuceniu i ubóstwie.
Trzeba być otwartym na pytania dziecka, również te bardzo trudne. I czasem odpowiadać: „Nie wiem”. Dlaczego mam wiedzieć wszystko? Też mogę się nad tym zastanawiać. Bo…
…nie musimy być jak Bóg.
Otóż to.
Zatrzymałbym się jednak jeszcze na chwilę przy Męce Chrystusa, która jest przecież kluczowym wydarzeniem dla naszej religii. Wchodzi dziecko do kościoła…
…i w centralnym miejscu widzi narzędzie kaźni i ubiczowanego trupa wiszącego na nim.
Niektórzy mówią nawet, że w kościołach powinny być wieszane krzyże bez figury Chrystusa. Właśnie ze względu na wrażliwość dzieci.
Częściowo jesteśmy już na to uodpornieni. Krucyfiks jest bardzo mocno wrośnięty w naszą kulturę, widzimy go od dzieciństwa właśnie i potrafimy do tego widoku przywyknąć.
Może to niedobrze?
Tutaj wracamy do pytania o to, jak rozmawiać z dziećmi o cierpieniu. Nie można mówić o nim w oderwaniu od opowieści o całym życiu – również o życiu Chrystusa. Przecież Jego Męka ma sens tylko w kontekście tego, co było wcześniej, i tego, co było później. Cierpienie jest elementem prawdy o życiu człowieka – także o życiu Boga, który stał się człowiekiem. Ale tylko elementem! Sens życia nie tkwi w męce, ale w jego pełni i zmartwychwstaniu.
Cała ta opowieść powinna się też odbywać w bliskiej relacji z dzieckiem, o której tyle mówiliśmy. Sami musimy zdecydować, ile jesteśmy gotowi powiedzieć, ale musimy też odpowiadać na dziecka emocje. Jeśli Męka Chrystusa budzi w dziecku smutek, to pozwólmy mu go przeżywać. I mówmy o naszym własnym doświadczeniu.
Czasem trudno jest przełożyć opowieść o Męce na powiedzenie, czym ona jest dla mnie…
Zwłaszcza w taki sposób, by nie zalać dziecka swoimi wątpliwościami, niewiedzą, kontrowersjami i bólem.
To kolejny ważny wątek – na ile rodzic może dzielić się z dzieckiem swoimi wątpliwościami, również tymi związanymi z nauczaniem Kościoła?
Warto uważać z wnoszeniem ich do relacji z dzieckiem. Niepoukładanie z Kościołem to jednak nasza sprawa. Podobnie jest w małżeństwie. Gdy pojawiają się konflikty między rodzicami, to nie powinni oni obciążać nimi swoich dzieci. I tak, jak nie ma sensu żalić się dziecku na małżonka, tak nie ma sensu wylewać na nie swoich żali i wątpliwości wobec Kościoła. Nie znaczy to, że nie można o nich rozmawiać, zwłaszcza jeśli to dziecko rozpocznie temat. Ale wymaga to dużej mądrości, tak, by dziecko mogło wypracować swoją własną drogę do Boga i Kościoła. Noszenie naszych wątpliwości może mu w tym nie pomagać.
Zwłaszcza, że może mieć również własne.
I nie należy ich bagatelizować. Warto być ich ciekawym, a nie je oceniać. Przede wszystkim się nimi po prostu zajmować. Bo wychowanie religijne, tak jak każde wychowanie, to nie zbiór prostych wskazówek, co należy robić. To raczej otwartość na nieznane. Dlatego zaciekawiajmy się Bogiem, Kościołem, nawet wątpliwościami. Cieszmy się, gdy ich nie ma. Szukajmy radości z wiary. Dzieci świetnie wyczuwają, czy chodzimy do kościoła, bo musimy, czy dlatego, że chcemy. Jeśli widzą na przykład, że adoracja sprawia, że jesteśmy inni, spokojniejsi, szczęśliwsi, to zaczynają być ciekawe, skąd się to bierze, czują, że to coś dobrego.
Dlatego należy chodzić z dziećmi razem na mszę, nawet jeśli trudno znaleźć taką, która byłaby dopasowana do potrzeb i naszych, i dzieci?
Rodzice są różni, nie ma jednej odpowiedzi. Dla niektórych lepszym wyjściem będzie pójście razem z dziećmi na mszę przygotowaną pod kątem ich wrażliwości, a inni pójdą osobno. Ale pamiętajmy, że wspólna praktyka religijna – w kościele czy w domu – też jest bardzo istotna. To, że w czymś ważnym uczestniczymy razem, razem prosimy i dziękujemy, jest bardzo znaczącym elementem wychowania religijnego. Dzieci się tego uczą od nas. A dzięki temu wspólnemu otwieraniu się na Boga otwieramy się też na siebie nawzajem.
W towarzyszeniu dziecku w rozwoju, także religijnym, najważniejsze są te same trzy elementy, które są istotne przy budowaniu związku: zaangażowanie, dostępność i uważność. Jeśli dla nas temat religii jest ważny, to i dla dziecka ma szansę taki być. Jeśli mamy dla dziecka czas i nie boimy się jego pytań, to mamy szansę razem dojrzewać. Jeśli szukamy kontaktu z nim i uważnie przyglądamy się jego reakcjom i potrzebom, może uda nam się mu więcej przekazać.
To podstawa. A resztę zostawmy Panu Bogu.
***
Krzysztof Górski jest psychoterapeutą, pracuje w Fundacji Sto Pociech w Warszawie, gdzie prowadzi psychoterapię indywidualną i współtworzy warsztaty i grupy wsparcia dla rodziców. Mąż, tata trzech córek i syna.
***
Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.
***
Polecamy także pokrewne teksty:

W słabości kształtuje się moc

Gatunek: ksiądz celebryta

Cierpliwie znosić drugiego

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×