dwutygodnik internetowy
21.03.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Góra strachu. Recenzja „Góry Tajget” Anny Dziewit-Meller

Ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu II Wojny Światowej nabraliśmy złudnego wrażenia, że czas ten został przez nas rozpoznany i przepracowany. Pojawiające się jednak wciąż nowe historie i ofiary lat ’40 wybijają nas z tego stanu. „Góra Tajget” Anny Dziewit-Meller przyłącza się do fali przypominania o pominiętych i zapomnianych wątkach – raz opisane historie nie chcą już wyjść z głowy.

 

materiały prasowe

Anna Dziewit-Meller rozpoczyna swoją opowieść od strachu i zapomnienia. Sebastian, któremu poświęcona jest pierwsza część „Góry Tajget”, zderza się z obezwładniającym strachem o swoją nowo narodzoną córkę. Najmocniejszym uczuciem, które mu towarzyszy, jest związana z ojcostwem obawa, wyczulenie na wszystkie bliższe i dalsze zagrożenia, na historię cierpienia, okrucieństwa, zła. W tym momencie, nieco przypadkowo, dociera do niego opowieść „zza płotu”, wyparta i zapomniana przez miejscową społeczność, opowieść o lokalnym, lublinieckim rozdziale akcji T4.

To właśnie odbywająca się w Trzeciej Rzeszy „eliminacja życia niewartego życia” stanie się jednym z dwóch przypomnianych przez Dziewit-Meller wątków II Wojny Światowej. Akcja T4 była swego rodzaju wprawką przed Holocaustem. Opierając się na eugenicznych założeniach oraz czysto ekonomicznych pobudkach, hitlerowskie Niemcy zdecydowały się na masowe zabójstwo ludzi upośledzonych i niepełnosprawnych. W Lublinieckim szpitalu dla dzieci akcja T4 przeprowadzana była za pomocą luminalu, który przedawkowany powodował śmierć. W „Górze Tajget” historia ta opowiedziana jest z dwóch pozycji: ofiary oraz o wiele bardziej działającej i wstrząsającej – oprawcy.

Inspirowany książką Krzysztofa Kąkolewskiego („Co u pana słychać?”) rozdział poświęcony postaci wzorowanej na lekarce z lublinieckiego szpitala pokazuje, jak łatwo zapominamy winy swoje i innych. Schemat opowieści jest dokładnie taki sam, jak w wybitnych reportażach z poszukiwań byłych hitlerowców. Zadbane niemieckie ulice, schludne mieszkania, nienaganna opinia u sąsiadów i pamięć, która wypiera zbrodnie z przeszłości. Zatopienie się w zwykłym życiu, w operze, czasem nawet w powojennej, wybitnej karierze naukowej pozwala na pogodzenie się ze sobą. Paraliżującym uczuciem nie są wyrzuty sumienia, a strach, że ktoś przyjdzie i przypomni o zdarzeniach sprzed kilku, kilkudziesięciu lat, rozbije mozolnie budowaną bańkę spokoju.

Jednak nie tylko zabitym w lubinieckim szpitalu dzieciom Anna Dziewit-Meller oddaje głos. Ustami swojej bohaterki Zefki prowadzi również opowieść o byciu Ślązaczką podczas wojny i szczególnie okrutnym zetknięciu się ze swoją płcią i narodowością podczas wyzwolenia. W historii tej zamienione są znane przez nas porządki: Niemcy okazują się magiczną krainą, gdzie młoda wysłana na roboty dziewczyna pierwszy raz spotyka się z „macierzyńską” miłością i zainteresowaniem. Powracając na Śląsk, Zefka zderza się z niechęcią ze strony własnej rodziny, dla której jest kolejną „gębą do nakarmienia”, by po kilku miesiącach wpaść w sam środek okrutnych i brutalnych gwałtów, jakie niosły ze sobą wyzwalające Europę wojska czerwonoarmistów. To traumatyczne, wypierane i pomijane dotychczas oblicze powojnia powoli zaczyna istnieć w zbiorowej świadomości, między innymi dzięki „Róży” Wojciecha Smarzowskiego czy teraz „Góry Tajget”.

Znaczącym wydaje się, że Anna Dziewit-Meller, wyciągając na światło dzienne rzadko poruszane wątki z historii II Wojny Światowej, trafia na opowieści dzieci, kobiet, umysłowo chorych, niepełnosprawnych. Oddając im głos, wpisuje się w pewien nurt literatury, filmu, sztuki, który na nowo patrzy na jeden z najbardziej tragicznych momentów ludzkości, wyciągając zapomniane ofiary, reinterpretując. I mimo lekkiej nierówności „Góry Tajget”, języka, który czasem irytuje, czy zupełnie niepotrzebnego ostatniego rozdziału jest to książka, która nie daje spokoju i pozostaje w głowie na długo. I na tym chyba polega jej misja.