dwutygodnik internetowy
12.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gehla sen o Warszawie

Przesiadka na rower to często nie tylko pójście do sklepu, na giełdę i kupienie pojazdu , ale głęboka zmiana myślenia o sobie i swoich codziennych przyzwyczajeniach. Niektórym się to po prostu w głowie nie mieści.

ilustr.: Magdalena Szulczyk, Totu rysuj


 
Humanistyczny rozwój miast według prof. Jana Gehla, wybitnego duńskiego architekta, zaproszonego przez urząd miasta i ambasadę Danii na wykład do Warszawy, oznacza radykalne odwrócenie miasta w stronę mieszkańca. Architekt, aby to zrozumieć, musi porzucić abstrakcyjne formy i przyjąć perspektywę pieszego, który będzie spacerował powolnym krokiem po zaprojektowanej przez niego ulicy. Dotychczasowa architektura inspirowana modernizmem lat 60 skupiała się natomiast na formie, która ma atrakcyjnie wyglądać z lotu ptaka, a może nawet helikoptera, czy samolotu. „Czas zejść na ziemię i możliwie jak najbardziej wczuć się w użytkowników własnych budynków” – apelował profesor do zebranej publiczności.
 
Jan Gehl podczas 90 minutowego filmu „Ludzki wymiar” (reż. Andreas M. Dalsgaard), a następnie wykładu oraz debaty w Muzeum Historii Żydów Polskich, usilnie przekonywał, że powinniśmy przebudować nasze miasta na nowo. Centrum miasta będzie bardziej przyjazne mieszkańcom, gdy poszerzymy chodniki, wytyczymy ścieżki rowerowe kosztem szerokich arterii samochodowych i ciągnących się wzdłuż ulic parkingów. Stworzymy przestrzeń, w której przyjemnie będzie mógł spędzać czas mieszkaniec niezmotoryzowany. Oznacza to, że przynajmniej część kierowców musiałaby zamienić cztery kółka napędzane kilkudziesięcioma końmi mechanicznymi na dwa kółka wprawiane w ruch za pomocą ludzkich mięśni. To będzie również zdrowsze – przekonuje Gehl. Potrzeba jest zmiany w priorytetach wydatków na komunikację miejską, tworzenie małej architektury, umieszczanie wygodnych ławek, które zachęcałyby przechodniów do pozostania na ulicy chwilę dłużej niż wymaga tego przemieszczenie się z domu do pracy, z pracy na obiad, lub z obiadu na spotkanie. Słowem, skopenhagenizujmy miasta, aby stały się podobne duńskiemu ideałowi.
 
Szarlatańsko proste
 
O skuteczności porad Gehla ma świadczyć sukces miast, którym doradzał: Nowego Jorku, Sydney, czy Melbourne. Wszystko ma działać dzięki wprowadzeniu kilku “szarlatańsko” prostych zasad. Im węższe ulice, tym mniej korków. Im szersze chodniki, tym chętniej ludzie się nimi przechadzają, częściej wybierają spacer zamiast jazdy samochodem, lub siadają ze znajomymi na ławkach. Wystarczy główne skrzyżowania miasta wyłączyć z ruchu samochodowego i postawić wygodne meble, a ludzie sami zaczną się w tym miejscu gromadzić. Przysiądą, wypiją kawę, a nawet spontanicznie zorganizują bitwę na śnieżki – podkreśla architekt.
 
Brzmi to prawie jak inżynieria społeczna. Ale przecież wszyscy chcielibyśmy być Włochami. Cieszyć się na co dzień niepowtarzalną atmosferą pełnych ludzi antycznych ulic czy gwarem w małych kawiarenkach. Przestrzeń powinna być zaprojektowana tak, aby nikt nie czuł się w niej gościem. Wielkość ulic powinna pozwalać usiąść na ziemi, zatrzymać się i w lekkim ścisku spędzić miło czas ze znajomymi. Zauważmy – najlepsza impreza jest w ciasnej kuchni, a nie w przestrzennym salonie. To w niej ludzie są blisko siebie i czują się niezobowiązująco. I takie właśnie powinno być miasto.
 

Ilustr.: Magdalena Szulczyk, Totu rysuj


 
Gehl przekonywał… przekonanych.
 
Jasne i banalne są idee Gehla. Nie sądzę, aby ktokolwiek z siedzących na sali podczas spotkania w MHŻP kwestionował jego główne tezy. Z filmu przedstawiającego różne przykłady przebudowy miast na świecie wynikało, że gdyby tylko, w formie przyjaznych konsultacji społecznych, zapytać ludzi, jakiego miasta chcą, to na pewno, odpowiednio “uświadomieni”, wskażą idealny model zarysowany przez profesora. Z przyjemnej drzemki obudziła mnie dopiero pierwsza rozmowa z “samochodziarzem”.
 
Gryzą mnie pewne nieścisłości. Gehl używa określenia “zhumanizować miasto”. Jak rozumiem, inne interpretacje miejskie nie są, według niego, humanistyczne. Tymczasem siedzi przede mną człowiek z krwi i kości, który na każdą z tez zaczyna burczeć co raz głośniej, na koniec przypominając dźwięk silnika swojego auta. I wtedy przypominam sobie całą śpiewkę Gehla, że trzeba wczuć się w sytuację człowieka, że miasto to nie idealne wizje architektów. Rozwiązanie “humanistyczne” brzmi pięknie, ale przykrywa problemy, które mamy tu i teraz urbanistyczną idyllą o “trzeciej drodze”.
 
Truizmem jest stwierdzenie, że miasto to konflikt. Ale mówiąc brutalnie oznacza to, że mój mocny głos za budową buspasów, czy ścieżki rowerowej jest tyle wart, co głos za zmniejszaniem korków. Po pięciu minutach rozmowy uświadamiam sobie, że zmiana codziennej rutyny to jest coś, o co wielu z nas dałoby się posiekać. Przesiadka na rower to często nie tylko pójście do sklepu lub na giełdę i kupienie pojazdu, bądź odkurzenie starego dawno wysłanego na złom dwukółka, ale głęboka zmiana myślenia o sobie i swoich codziennych przyzwyczajeniach. Niektórym się to po prostu w głowie nie mieści.
 
Brakuje argumentów
 
Co zrobić aby mój rozmówca “samochodziarz” docenił wyłączenie z ruchu kolejnych ulic, wytyczenie nowych buspasów, zwiększenie jego czasu przejazdu do pracy, namalowanie kontrapasa rowerowego w i tak już wąskim gardle Marszałkowskiej (między pl. Zbawiciela, a pl. Konstytucji), lub co raz “bezczelniejsze” rozpanoszenie się na ulicach rowerzystów na Veturilo? Trzeba znaleźć wspólne wartości, argumenty, aby jedni drugim mogli “ustąpić” z drogi. Wskazać konkretne korzyści wynikające z “humanizacji” miasta. Jest to niezbędne, nie tylko po to, by zmian w Warszawie nie zatrzymały argumenty może mniej licznej, ale z pewnością bogatszej samochodowej mniejszości.
 

Czytaj nas w każdy poniedziałek!

  • rr

    Oj brakuje języka. Ale chyba autorowi tekstu.
    “Wskazać konkretne korzyści wynikające z „humanizacji” miasta.” czyli co?

  • GF

    właśnie sobie wyobraziłem jak na zamkniętym dla ruchu rondzie pod Rotundą wyrastają kawiarenki, kawiarenki aż po horyzont…
    Warszawa musiałaby mieć z 5 mlin mieszkańców by wszyscy tam przysiedli na kawę
    akurat żadne inne miasto w Polsce nie ma tak szerokich chodników w centrum jak Warszawa a jakoś nie widziałem na Placu Defilad kawiarenek

    • crk

      Chodników podzielonych przejściami podziemnymi, z autostradą u boku. Empik latem otwiera ogródek, ale siedzieć tam, w tych spalinach i hałasie to masochizm.

      • ali

        Gehl mówił o przeprojektowaniu miasta, wiec byc moze tam akurat w przeprojektowanej warszawie nie byłoby spalin i hałasu?

    • greg

      nie chodzi o same chodniki, a szerokość zabija. Chodzi też o ludzką skalę, proporcje. Gdzie wolałbyś usiąść na kawę/piwo pod parasolem lub spacerować: na środku wielkiego Placu Defilad (przyjmijmy, że po przebudowie- nie ma parkingów tylko chodnik) czy na Nowym Świecie? Gdyby Plac Defilad zabudować tak gęstą zabudową jak Nowy Świat (z ulicami o podobnym przekroju) na pewno byłoby przyjemniej z perspektywy pieszego ;)

  • crk

    Zatwardziałych samochodziarzy przyspawanych do kierownicy nie da się przekonać. Potrzebni są rozsądni, odważni politycy, ale nie zanosi się na to w najbliższym czasie.

  • antoni

    Autor felietonu Luft świadomie nie daje twarzy swojemu rozmówcy, samochodziarzowi burczącemu w rytm mechanicznych koni. Bo to nie o niego chodzi, to tylko figura, zza której wyłania się magma, pozbawiona oblicza zgraja, która w suvach, kabrioletach i ciężkich sedanach atakuje zbitych w przestraszoną grupkę rowerzystów, wielokrotnie mniej licznych, wmawiających sobie, że w tym ostatecznym starciu dobra ze złem, zwyciężą jak Gondor, bo wierny liliput czy też hobbit imieniem Gehl, pierścień rzuci w serce wulkanu i zapanuje wreszcie prawdziwy spokój.

  • greg

    w tym przypadku trzeba radykalnie- odważnie zmienić sytuację komunikacyjno-przestrzenną naszych miast. Bez zwracania uwagi na przyzwyczajenia i sprzeciwy przyzwyczajonych. Gehl już napotykał na opór mentalny mieszkańców, w których realizował- choćby w Moskwie czy Melbourne. Pozostaje tylko i aż dobra wola zleceniodawcy, siły wykonawczej- czyli władz (o co u nas trudno mimo, że burmistrzowie i prezydenci coraz częściej deklarują zmiany w odpowiednim kierunku).
    Dopiero po rewolucji i “malkontenckim” okresie przejściowym następuje powszechna zmiana- w sposobie poruszania się (bo nie ma wyjścia- samochód przestaje mieć sens w tych zrewolucjonizowanych obszarach), sposobie użytkowania przestrzeni (skoro pieszo lub rowerem to zacznie to żyć, powstanie więcej ogródków kawiarnianych, lokali, bo łatwiej korzystać jako pieszy, a samochodem najłatwiej minąć) i wreszcie sposobie myślenia (uświadomimy sobie, że to jest całkiem przyjemne).