dwutygodnik internetowy
12.11.2012
magazyn papierowy


Gdzie dwóch się bije

Wyczerpani dotkliwymi skutkami huraganu Sandy nowojorczycy odetchnęli z ulgą, gdy Empire State Building zaświecił się na niebiesko, co oznaczało, że Barack Obama wygrał wybory prezydenckie. Jednak pomimo jego wygranej, demokraci nie mogą świętować pełnego zwycięstwa

ilustr.: Olga Micińska

 

Wyczerpani dotkliwymi skutkami huraganu Sandy nowojorczycy odetchnęli z ulgą, gdy Empire State Building zaświecił się na niebiesko, co oznaczało, że Barack Obama wygrał wybory prezydenckie. Jednak pomimo jego wygranej, demokraci nie mogą świętować pełnego zwycięstwa, bowiem układ sił w Kongresie niewiele się zmienił. Republikanie umocnili się w Izbie Reprezentantów, a Demokraci lekko zwiększyli przewagę w Senacie. Oznacza to utrzymanie status quo, w jakim Ameryka tkwi od 2010 roku. Amerykańskie społeczeństwo jest spolaryzowane, jak nigdy dotąd, a scena polityczna coraz bardziej zradykalizowana.

Te wybory pokazały, że amerykańska polityka znalazła się na rozdrożu. Partia Republikańska przegrała nie tylko walkę o Biały Dom, ale też powtórnie nie zdołała zdobyć Senatu. Strategia funkcjonująca od lat 60., opierająca się na elektoracie południa, mid-westu, stanów górzystych oraz poparciu białych protestantów, okazała się już nieskuteczna. Demokraci również nie mają powodów do zadowolenia, bowiem wygrywają jako tzw. „mniejsze zło”. Barack Obama jest pierwszym od czasów Woodrowa Wilsona prezydentem, który uzyskał niższe poparcie (wśród wyborców i elektorów), gdy ubiegał się o reelekcję. Paradoksalnie jednak to nie administracja Obamy i demokraci będą nadawać bieg dynamice amerykańskiej polityki. Wiele zależy od kierownictwa Grand Old Party, w której już rozpoczęła się walka o przywództwo i kurs, jaki obiorą republikanie na najbliższe lata.

 

Głównym powodem klęski Romneya i republikanów jest znacząca radykalizacja poglądów, jakie zaprezentowali w swojej kampanii. Z początku dość liberalny, Gubernator Romney i jego sztab postanowili postawić na radykalne skrzydło partii oraz wykonać ukłon w kierunku Tea Party, która już w 2010 roku dała znać o swojej sile w wyborach do Kongresu. Ich skrajne poglądy i język odstraszyły przede wszystkim elektorat, który republikanie muszą zdobyć, myśląc o zwycięstwie w tych i każdych następnych wyborach. O wyborcach niezależnych, kobietach, młodych, mniejszościach, a w szczególności Latynosach (najszybciej rosnącą demograficznie mniejszość w USA). Do tej pory większość tych wyborców wybiera „Blue Dogs”, czyli konserwatywne skrzydło Partii Demokratycznej. Republikanie zmarnowali więc szanse na przekonanie do siebie nowych grup wyborców ku niezadowoleniu umiarkowanych polityków partii, a także milionów sympatyków. Ta dezaprobata znalazła nawet swoje urzeczywistnienie w najnowszym serialu HBO „Newsroom”, w którym główny bohater – prezenter wiadomości nazywa Tea Party amerykańskimi talibanami, którzy radykalizują scenę polityczną, a przede wszystkim Partię Republikańską.

Nie jest to opinia odosobniona, podzielają ją również czołowe postacie partii. Jeb Bush przyznał, że przy tak radykalnej linii, jego brat – G. W. Bush i Ronald Reagan mieliby spore trudności z uzyskaniem nominacji. Z kolei według republikańskiego senatora Marca Rubio (syna Kubańskich imigrantów), jeżeli partia nie wypracuje z Obamą wspólnej polityki imigracyjnej, GOP ryzykuje utratę poparcia nawet we własnych bastionach takich, jak choćby Arizona. Przy tak ekstremalnym skręcie w prawo Republikanie nie pozyskają konserwatywnych Latynosów, podobnie jak konserwatywnych gejów, singli, kobiet itd.

 

Nie oznacza to jednak, że nie słychać również głosów przeciwnych, mówiących o tym, że kampania Romneya była za mało radykalna. Jako dowód podają zdobyte przez Tea Party miejsca w Senacie. Obwiniają Romneya o zbyt łagodną kampanię: takich, jak on – umiarkowanych republikanów – „Talibowie” nazywają Rino („Republican in name only”). Te głosy są tylko potwierdzeniem polaryzacji samej GOP, a jednocześnie poważnego rozdźwięku w zmieniającym się społeczeństwie. W dniu wyborów w kolejnych trzech stanach Amerykanie wyrazili poparcie dla małżeństw osób tej samej płci, w Wisconsin fotel senatora zdobył gej, a w Kolorado i Waszyngtonie zalegalizowano marihuanę. Można oczywiście wskazać, że to i tak żelazny elektorat demokratów, jednak nie da się już tym wytłumaczyć 38% przewagi Obamy wśród samotnych kobiet i 10% wśród kobiet w ogóle.

Czy Republikanie zwrócą się w prawo, czy ku centrum? Czy sięgną po poparcie kobiet, młodych i mniejszości, sięgając tym samym po kawałek tortu koalicji demokratów? Jeżeli chcą zdobyć Senat i Biały Dom republikanie muszą stać się bardziej otwarci na nowy elektorat i postawić na ludzi takich jak Marc Rubio, którzy przyciągną przede wszystkim Latynosów oraz imigrantów. W innym wypadku Amerykę czeka coraz większa polaryzacja polityczna i społeczna. Co ciekawe, już teraz w dużym stopniu przypomina ona obraz znany nam doskonale z polskiego podwórka, w ramach którego podziały polityczne przeniosły się już do domów czy mediów, a politycy nie występują we wrogich stacjach telewizyjnych (jak Obama w FoxNews od 2010 roku). Paradoksalnie, dalsze umacnianie się Partii Herbacianej, którą setkami milionów dolarów finansują libertarianie – bracia Koch, jest tylko nabijaniem kapitału społecznego Ruchu Occupy, który pulsuje poza mainstreamem. Głównym celem Occupy jest bowiem wyjście ze skorumpowanego systemu politycznego, w którym ten, kto ma więcej pieniądze, ten rozdaje karty. A miniona kampania pobiła właśnie wszelkie rekordy: wydano na nią 6 miliardów (sic!) dolarów.

 

Przed Ameryką niezwykle interesujący politycznie okres dwóch i czterech lat, w którym Partia Republikańska musi się na nowo zdefiniować, a demokraci, by dalej rządzić, muszą dokonać zapowiadanej przez Obamę zmiany. Czas pokaże, czy na politycznej mapie USA znajdzie się miejsce dla trzeciego koloru. Póki co, Ameryka wciąż jest niebiesko-czerwona.

 

Przeczytaj inne teksty tego Autora.