dwutygodnik internetowy
07.04.2014
magazyn papierowy


Gdy zniknie ostatni turysta

Eko-wyprawa to safari po parku narodowym, wśród setek innych jeepów wypatrujących kilku żyjących jeszcze leopardów

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Pół wieku temu każda podróż na globalne Południe była powodem uznania. Później stała się powszechna i utraciła atut ekskluzywności. Jej miejsce zajęły alternatywne oferty turystyki zrównoważonej, wolontariatu, eko-turystyki, które z kolei coraz bardziej tracą swoje wartości stając się masowe.

Na zdjęciu mała dziewczynka w żółtej sukience zbliża rękę do łba wielkiego tygrysa. Jeśli przyjrzeć się uważnie, widać, że jej ręka zawisła kilka centymetrów nad grzbietem zwierzęcia. Boi się. Być może jej ręka drży.

Tego nie pamiętam. Ten dzień przypominam sobie teraz tylko dzięki temu zdjęciu. Dziesiątki osób stały w kolejce. Stanęłam i ja, a raczej ustawili mnie tam rodzice. Każdy chciał mieć zdjęcie z tygrysem bengalskim. Wtedy i ja chciałam. Na zdjęciu widać jeszcze ciężki łańcuch, przywiązany do szyi tygrysa i zamglone oczy zwierzęcia. Bałam się do niego podejść, choć był przecież tak otumaniony lekami, że ledwie podnosił głowę. Tego dnia pozowałam jeszcze z krokodylem na rękach, przechodząc pod słoniem i trzymając w objęciach skutą łańcuchem małpkę.

To zdarzyło się ćwierć wieku temu podczas mojego pierwszego wyjazdu do Azji. Dziś sama nie zrobiłabym sobie takiego zdjęcia. Dziś nie zdecydowaliby się na to również moi rodzice. Wiele zmieniło się w sposobie naszego podróżowania przez te dwadzieścia pięć lat. Choć, gdy ostatnio natknęłam się na blog znajomego, który zdjęcie swojego małego synka wyciągającego rączkę w stronę skutego łańcuchem słonia zatytułował „odwaga”, poczułam się, jakby czas się zatrzymał.

Kto wybiera nową turystykę

Powiedzieć, że turystyka zmieniła świat, to nie powiedzieć nic. Filozofia podróżowania dla samego wypoczynku zmiotła nasze przyzwyczajenia, przeorganizowała nasze życie, przekraczając możliwości pojmowania. Zmiany widać na każdym polu: naszych możliwości, szans, aspiracji, ambicji, postrzegania i reagowania na świat, budowania relacji. Dorastałam w czasach, kiedy rodzice zabraniali mi mówić o egzotycznych wakacjach w szkole, a Turcja kojarzyła mi się tylko z wypchanymi kryształami walizkami. Dziś zdjęcia z podróży znajomi zamieszczają w Internecie, jeszcze stojąc pod zabytkiem, zaś urlop to dla nich niezbywalne prawo. Zmienił się sposób, w jaki podróżujemy, tempo, ale przede wszystkim motywacje i skutki, jakie nasze podróże wywołują. W Pierwszym Świecie urlop to stały element roku. Tym ciekawszy, jeśli spędzany w Świecie Trzecim.

Jeszcze pół wieku temu jakakolwiek podróż na Południe, to globalne, bo już nie zawsze geograficzne, była powodem uznania i zazdrości. Potem stała się powszechna, wręcz masowa. Straciła swój główny atut – ekskluzywność. Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy dostrzegli alternatywę dla turystyki masowej już ponad dekadę temu. Powstały pierwsze biura organizujące wypoczynek w małych grupach do miejsc oddalonych od głównego szlaku. Pojawił się wybór między safari w Kenii a opieką nad orangutanami na Borneo, między noclegiem w pięciogwiazdkowym kurorcie a spaniem na bambusowej macie w wietnamskiej chałupie. Wybór pojawił się jako zapowiedź nowej turystyki – odpowiedzialnej, czasem zwanej zrównoważoną. Taka turystyka miała być odpowiedzią na turystykę masową, świadomym wyborem i ograniczeniem. Elementy społecznie zaangażowanego działania biznesu pojawiły się wcześniej we wszystkich już niemal branżach: farmaceutycznej, spożywczej, odzieżowej. Ale rewolucji w turystyce wciąż nie widać, choć to zaskakujące, bo to największa gałąź gospodarki – prawie 10% światowego PKB. Już teraz co roku na urlop rusza ponad miliard ludzi. Co roku zasilają kasy hoteli, restauracji i centrów rozrywek. Zasilają jednak również portfele tajskich alfonsów, afrykańskich kłusowników i milionów indyjskich naciągaczy.
Chcąc przekonać się, jaki stosunek do nowej turystyki mają biura podróży w Polsce, napisałam wiadomość do dwudziestu z nich. Wybrałam te, które znalazły się wśród liderów turystyki wyjazdowej w rankingu „Rzeczpospolitej”, oraz kilka mniejszych, które z racji małych obrotów w rankingu nie zostały uwzględnione, ale których klientów spotykam na całym świecie, od wielu lat oprowadzając grupy. Z dwudziestu firm, z którymi chciałam się skontaktować, odpowiedziały na moją wiadomość dwie.

Obie odpowiedzi nadeszły z małych biur, znanych bardziej zamożnemu klientowi, który jest w stanie wydać na wakacje kilka czy kilkanaście tysięcy złotych. Takiemu, który sam siebie woli nazywać podróżnikiem. Bo alternatywna filozofia podróżowania doprowadziła wielu do konieczności wyboru i samookreślenia: jestem turystą czy podróżnikiem, choć to wybór czysto iluzoryczny. Jednak nazywając swoich klientów podróżnikami, biura stworzyły nową klasę turystów – uczestników wycieczek objazdowych, smakoszy egzotyki, poszukiwaczy bezpiecznych przygód.

Rewolucjoniści

Jedno z biur, które zdecydowały się na kontakt ze mną, wysyła ludzi na siedem kontynentów i szczyci się pozycją lidera wśród organizatorów takich wycieczek. Jego klienci chwalą sobie innowacyjne trasy i pomysły, docierają w końcu zgodnie z obietnicą tam, „gdzie nikt inny nie dociera”, choć równie często narzekają na zmieniające się już w trakcie trwania wycieczki programy. Być może ma to związek ze współpracą z małymi lokalnymi firmami oraz korzystaniem z lokalnych środków transportu, co pozwala doskonale wpisać się w strategię zrównoważonej turystyki, utrudnia jednak czasem skrupulatne odhaczanie punktów programu, czego oczekuje większość współczesnych turystów. Z tym borykają się też inne, niewielkie biura, które chętniej sięgają po niestandardowe programy i alternatywne atrakcje, wiedząc, że konkurować z gigantami można tylko lepszymi pomysłami. I jakością, ale ta nie jest w cenie. Ponad 90% Polaków przy wyborze oferty kieruje się ceną. Innowacje, jeśli już się pojawią, muszą więc być tanie.

Małe, powstałe z młodzieńczej pasji biura to z reguły również mała liczba klientów, ale za to klientów lojalnych. Gdy ktoś raz poczuje się podróżnikiem, już nigdy nie będzie chciał być turystą. Tak myśleli właściciele drugiego biura, którzy zdecydowali się na prawdziwe rewolucje: opłaty za emisję dwutlenku węgla czy dni poświęcone pracy na rzecz odwiedzanej społeczności. Milowy krok naprzód, po którym trzeba było zrobić krok wstecz. Okazało się bowiem, że ludzie nie są gotowi na takie rewolucje, na pracę na urlopie, a w globalne ocieplenie wielu Polaków po prostu nie wierzy.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Nudno? Pomóż dzieciom w Afryce

Nowa turystyka, coraz mocniej obecna w świecie, w Polsce również wprowadziła jednak już na zawsze dodatkowego gracza – lokalną społeczność i chęć osiągnięcia korzyści dla wszystkich trzech stron: organizatorów, turystów i właśnie miejscowych, z których zasobów korzystają dwie pierwsze grupy. Wzrosła świadomość możliwości wyboru, a na turystycznej mapie świata pojawiły się nowe kierunki, jak nieznana wcześniej Gambia, Kuba czy niewielki Pitcairn. Ale równocześnie alternatywą stała się także Korea Północna, bo jako kierunek zapewnia to, co inne miejsca już dawno straciły – ekskluzywność i oryginalność. Wycieczki do tego kraju i relacje zdawane po powrocie przez turystów, to przełom w monopolu na prawdę, do tej pory pozostającego w posiadaniu instytutów badawczych, organizacji pozarządowych i uchodźców. I ogromny sukces marketingowy rodziny Kimów. Niemal każdy wracający z Korei Północnej jest, niczym Dennis Rodman, pod wrażeniem rozmachu, przepychu, nowoczesności i wspaniałej opieki. Opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę, w każdym miejscu i o każdym czasie. Wracający z Korei opowiadają najczęściej, że okropności opisywanych w raportach nie widzieli, a widzieli, jak mówią, dużo. Czy aby na pewno widzieli jednak coś więcej, niż gospodarze zdecydowali się pokazać? Po takiej przygodzie nikt nie lubi się nad tym zastanawiać.

Ale nawet takie ekskluzywne kierunki przestały być wystarczające. Pojawiły się nowe formy spędzania wolnego czasu, między innymi wolontariat. Młodzież z wysoko rozwiniętych państw ruszyła w świat do krajów mniej rozwiniętych, aby malować szkoły, sadzić drzewa czy uczyć dramy dzieci z obozów dla uchodźców. Ruszyli odpoczywać, ale w swoim zamiarze głównie pomagać. Dziś nie jest to już takie oczywiste. Bo choć odpoczynek był gwarantowany, to już sens i skuteczność takich zorganizowanych wyjazdów jest mocno kwestionowany.

Nową perspektywą stała się także praca na rzecz lokalnej społeczności, odwiedzanie sierocińców i domów pomocy, a w końcu także poorism, czyli zwiedzanie slumsów i dzielnic nędzy, bo odkąd skrajna bieda, która dzieciom do zabawy ma do zaoferowania tylko gwóźdź i oponę, zniknęła z naszego podwórka, stała się atrakcyjnym obiektem fotograficznym. W różnych formach wszystko to weszło już do turystycznego mainstreamu. Po dzielnicach nędzy w Rio czy w Manili oprowadzają dziś turystów przewodnicy. W Siem Reap, mieście zaledwie stutysięcznym, wrotach do Angkor Wat, jest dziś trzydzieści pięć sierocińców. Odwiedzający je turyści, zanim zostawią pieniądze, chcą zobaczyć, jak dzieci bawią się czy śpiewają, więc te przestały chodzić do szkoły, bo sezon turystyczny pokrywa się z czasem nauki. Rosnące wątpliwości co do takiej formy finansowania skłoniły niektóre biura do wycofania z wycieczki punktu programu „wizyta w sierocińcu”, choć turyści czuli się dobrze, kiedy mogli wesprzeć kilkoma dolarami ośrodek pomocy na końcu świata. W Polsce niewiele biur musiało wycofać takie atrakcje z programów, bo niewiele zdążyło je do nich wprowadzić. Z kolei poczytny u nas blog o podróżach jeszcze niedawno reklamował wolontariat hasłem: „Nie masz pomysłu na wakacje? Jedź na wolontariat”. Pomoc dzieciom w Etiopii jest w końcu lepszą opcją niż lato w mieście.

Jednak nie tylko Polak woli pozostać turystą nieświadomym. Wakacje to wywalczony przez lata święty czas wydarty codzienności. Na wakacjach należy się spokój, cisza, a nie zasady, refleksja czy stres spowodowany topniejącymi lodowcami. Turysta nie pomyśli o tym nawet na Malediwach, które pod koniec stulecia znikną pod wodą. Ciężko pracujący mieszkaniec Północy nie chce słyszeć o zamieszkach w Egipcie, o karczowanych lasach deszczowych Borneo czy o problemach z dostępem dziewcząt do szkół w Nepalu. Egipt to słońce, plaża i piasek, Borneo to raj dla nurków, a Nepal to najlepsze trasy trekkingowe świata. Jak pokazały ostatnie wydarzenia, większość przybyszów znad Wisły nie wie też, o co toczą się walki na ulicach Kairu czy Aleksandrii, ale wiedzą za to, który hotel ma najlepszą opcję all inclusive. Wiedzą też, że MSZ ma obowiązek sprowadzić ich do domu, jeśli kurorty przestaną być bezpieczne.

Eko nie dla każdego

Alternatywna turystyka jest dla wielu wciąż mało atrakcyjna. Również dlatego, że innowacyjne pomysły angażują nie tylko umysł, ale często także ciało. Ze szlaku trzeba zejść, nadłożyć drogi, ponieść bagaż, bo nie da się go już ciągnąć, na jakiś czas pozbawić się kawy i tostów na śniadanie. To dla wielu trudne, zwłaszcza że takie wczasy kosztują czasem więcej niż leżenie nad basenem.

Więcej kosztują też wczasy eko, ale jako, że do droższych jaj zielononóżek zdążyliśmy się już przyzwyczaić, to i na eko-wakacje jesteśmy w stanie wydać więcej. Choć nie zawsze wiele więcej.

Odkryciem jest dla turystów, ostatnio również polskich, niewielki Bhutan. To himalajskie królestwo, choć otwarte dla turystów zaledwie niecałe cztery dekady temu, przyciąga coraz więcej osób. Częściowo ze względu na legendarne limity wpuszczanych turystów, których nigdy nie było, częściowo też ze względu na związaną z nim tajemnicę, która pobudza ciekawość. Bhutan nieświadomie budował otoczkę magii, która teraz pozwala turystyce w tym regionie rozwijać się w tempie przekraczającym nawet przewidywania bhutańskich planistów. Starając się powstrzymać napływ zwiedzających, władze podnoszą wciąż stawkę dzienną, która obowiązuje każdego turystę. Za jedyne 250 dolarów amerykańskich za każdy dzień otrzymuje się nocleg, pełne wyżywienie, przewodnika i kierowcę. A także zezwolenie na odwiedziny w nielicznych, udostępnionych obiektach. Władze Bhutanu wiedzą jednak, co robią, nie chcąc wpuścić do siebie mas podróżujących z plecakami, głównie młodych ludzi, zadeptujących Nepal i Indie każdego dnia. Takich szukających noclegu za kilka dolarów i sposobów, aby wejść do zabytku tylnym wejściem bez kupowania biletu, niekorzystających z usług lokalnych przewodników ani droższych niż autobusy taksówek. Bhutan trwa więc jako ostoja tradycyjnej kultury i przywiązania do tradycji, stając się równocześnie pierwszym na świecie krajem carbon neutral, czyli takim, którego ślad węglowy będzie zerowy. To jak złoty medal w kategorii na najmniejszego truciciela świata.

Wygórowane, jak na tę część Azji, koszty sprawiają jednak, że część przybywających do Bhutanu turystów spodziewa się luksusów, których za te pieniądze zaznałaby w sąsiednim Nepalu, Indiach czy w Birmie. Bywają czasem zdziwieni, kiedy luksusowy hotel okazuje się zwykłym, przypominającym bardziej schronisko obiektem, na dodatek nieocieplanym. Ale wielu w tym niewielkim kraju widzi ostatnią Shangri-la, mityczną krainę szczęścia. Skutecznie pomaga im w tym reklamowany we wszystkich broszurach współczynnik Szczęścia Narodowego Brutto, który miał zastąpić mierzony powszechnie na świecie Produkt Krajowy Brutto.

Bhutan to prawdziwy eko-kierunek, niemal wzór z Sèvres zasad zrównoważonej turystyki. Z jedną tylko wadą – ceną, która sprawia, że w odróżnieniu od jajek zerówek, nie każdy eko-turysta może sobie pozwolić na taki eko-wyjazd. Ale przemysł turystyczny w mig tworzy namiastki. Wystarczy przejrzeć oferty biur podróży, tak polskich jak i zagranicznych. Eko-nocleg? Bardzo proszę. Jeśli komuś przychodzi do głowy trawa i namiot, to jest w błędzie. Teraz eko-nocleg to noc spędzona w lesie deszczowym w kontenerze ze stali i szkła, który jest równocześnie pięciogwiazdkowym hotelem. Eko-wyprawa na Sri Lankę? Myślicie pewnie o wędrówce przez lankijskie ostępy i bezdroża? Nic bardziej błędnego. Eko-wyprawa to safari po parku narodowym, wśród setek innych jeepów wypatrujących kilku żyjących jeszcze na terenie leopardów. A może eko-wioska w Tybecie? Kiedyś byłyby to tradycyjne domostwa o pokrytych wapnem białych ścianach. Kiedyś. Teraz to wioska składająca się z wybudowanych przez chiński władze domów, w których pod ogromnym portretem Mao Zedonga mieszkający tam Tybetańczycy opowiedzą turystom, jak jest im dobrze, odkąd Tybet znów jest chiński. Tak eko-turystyka stała się dostępna dla każdego.

Większości to wystarcza. Innym nie. Lonely Planet raczej wizyty w takich miejscach odradzi. Zachęci turystów do szukania autentyczności. Turyści wycieczkowi o taką samą, „prawdziwą wioskę” poproszą swojego przewodnika lub pilota. Ten często odmówi, zdając sobie sprawę, że obecność tysięcy turystów w jakiejkolwiek „prawdziwej wiosce” po kilku wizytach odbierze jej naturalność i dziewiczość, która turystów do niej sprowadziła. Ale większość zgodzi się, licząc na napiwek albo choć zadowolenie klientów. W ten sposób kolejna wioska zainwestuje wkrótce potem w ogrodzenie i bilety wstępu. Bo niby czemu mieszkańcy mają pozować do zdjęć robionych aparatami wartymi więcej niż ich domy, a na dodatek bez przerwy się uśmiechać? Wolą postawić bramę wjazdową, za zdjęcia brać pieniądze i sprzedawać bilety. Dodatkowo jeszcze koszulki, breloczki, figurki, czapeczki, podstawki pod kubki, naklejki, potem też kiełbaski i zimne napoje. Część turystów straci takim miejscem zainteresowanie i przeniesie się dalej, do innej, nieodwiedzanej jeszcze tak często wioski. Część zostanie, bo przy okazji sklepiku z napojami pojawi się też jedyna w okolicy toaleta w stylu zachodnim.

Tych, którzy zostaną, miejscowi będą chcieli zatrzymać, nakarmić, przenocować i rozerwać, organizując pokaz folklorystyczny. W ten sposób między innymi odrodził się w chińskim Yunnanie taniec „trzech kroków herbaty”, a Masajowie przypomnieli sobie, że lepiej wyglądają, stojąc na jednej nodze. Ale Masaj, nawet stojący na jednej nodze, w dżinsach to żadna atrakcja. Do pracy Masaj przebierze się więc w tradycyjny strój. W ten sposób do programów wycieczek trafiają pokazy folklorystyczne w każdym niemal kraju na świecie. Jeśli lokalna tradycja nie ma nic do zaproponowania, taniec się wymyśla, stroje zamawia w fabrykach, także tworzy legendy, które potem powielają przewodniki na całym świecie. Pokazy folklorystyczne cieszą oczy turystów, wzbogacają program wycieczki i dają pracę. Stan z pozoru idealny, bo korzystają wszyscy. Tylko czy o taką iluzję nam chodziło?

Mówi się, że podróże kształcą. Może, choć wydaje się, że tylko pod warunkiem, że przygotowania do nich trwają tygodniami, miesiącami, jeśli książki zaczynają spadać z półki przy łóżku, jeśli szukanie noclegu zajmuje całe noce, a czytanie relacji wiele dni. Podróże kształcą, jeśli godziny spędzone w lokalnym autobusie zaowocują historiami, opowieściami, jeśli spotkani na szlaku ludzie zafascynują i wypalą ślad. A wycieczka? No cóż, ta jest z reguły urozmaiceniem czasu wolnego, oderwaniem, czasami ucieczką. Szansą wrzucenia fotek na bloga, ale jeśli szybko nie pojawią się lajki, pojawi się z kolei wątpliwość, czy ta podróż odbyła się aby na pewno.

Podróżując, na razie patrzymy na wspaniałości świata, jego piękno, brzydotę, kolory, odcienie. Na razie rzadko spoglądamy za kurtynę iluzji trwania, którą stworzyła nam turystyka. I na razie ta iluzja trwa, bo chcemy by trwała, ale moment przebudzenia zbliża się wielkimi krokami. Aby nasz świat mógł się kręcić, musimy wydobywać wciąż więcej ropy, choć oil peak, czyli moment, od którego jej zasoby nie powiększają się, a już tylko maleją, mamy dawno za sobą. Tak samo przemysł turystyczny. Aby mógł przynosić dochody, potrzebuje swojego paliwa, rzesz turystów szukających wciąż nowych wrażeń, nowych atrakcji. Ale tych będzie już tylko mniej, bo nie budujemy już konstrukcji na miarę Taj Mahal, piramid czy Wielkiego Muru, nie rodzą się nowe, ukryte w dżungli plemiona, do których można by zorganizować wyprawę. Zasoby turystyczne świata kurczą się szybko. Za sześćdziesiąt lat pod wodą znikną Malediwy, ciepła woda oceanów zabije rafy koralowe, cześć buddyjskiego dziedzictwa Jedwabnego Szlaku zaleje woda z budowanych wciąż nowych tam, a Taj Mahal nie wytrzyma liczby odwiedzających i na zawsze zamknie swoje podwoje.

Co więc zobaczymy, gdy kurtyna iluzji opadnie?

Miło nam poinformować, iż za powyższy artykuł Ewa Gajewska otrzymała wyróżnienie w konkursie Pióro Odpowiedzialności dla dziennikarzy piszących o społecznej odpowiedzialności biznesu, organizowanym przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Autorce serdecznie gratulujemy!

Artykułu pochodzi z 23. numeru naszego kwartalnika. Jeśli chcą Państwo otrzymywać najnowsze numery, w którym znajdą Państwo więcej podobnych tekstów, zachęcamy do wykupienia prenumeraty.

  • Pingback: Koniec turystyki jaką znamy? | Magazyn Kontakt()

  • an

    Podróże kształcą, jeśli godziny spędzone w lokalnym autobusie zaowocują historiami, opowieściami, jeśli spotkani na szlaku ludzie zafascynują i wypalą ślad – tak bardzo w punkt, brawo!!