dwutygodnik internetowy
14.11.2016
magazyn papierowy


Fudala i Karpińska: Tożsamość na kredyt

W kwestii mieszkalnictwa dochodzimy obecnie do ściany. Jeśli nie rozwiążemy dotychczasowych problemów, będą one jedynie narastać. A frustracja nimi wywołana sprawia, że zaczynamy szukać kozła ofiarnego.

materiały prasowe

materiały prasowe

Z Tomaszem Fudalą i Martą Karpińską, twórcami wystawy „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, rozmawiają Ala Budzyńska i Szymon Rębowski.

ALA BUDZYŃSKA, SZYMON RĘBOWSKI: Czym różni się dom polski z 1989 roku od domu polskiego z roku 2016?

TOMASZ FUDALA: Tworząc wystawę, nie stawialiśmy cezury roku 1989. Szukając korzeni klasy średniej, sięgnęliśmy głębiej – do lat 70. Epoka Edwarda Gierka, rozbudzanie potrzeb konsumenckich, podłączenie Polski pod globalny system ekonomiczny, pojawienie się nierówności, kluczowych później w transformacji, to wszystko miało ogromny wpływ na to, jak wyglądała sytuacja mieszkaniowa w roku 1989.

MARTA KARPIŃSKA: Podstawową zmianą w porównaniu z latami 70. jest to, że sami zaczęliśmy budować nasze domy. Obecnie jedynie 2 procent mieszkań powstaje na innych zasadach niż komercyjne. Istnieją TBS-y, mieszkania socjalne budowane przez gminy, ale to margines. Poza nimi cała reszta to mieszkania deweloperskie. W latach 80. uwierzyliśmy, że musimy stworzyć sobie nową przestrzeń do życia. Środkiem do tego miało być sprywatyzowanie sektora mieszkaniowego. Uznaliśmy PRL za państwo zupełnie nieefektywne pod tym względem. Tylko że jeżeli popatrzymy na twarde statystyki zamieszczane przez GUS, to najwięcej mieszkań w historii Polski zbudował Gierek w latach 70.

TF: Dzisiaj budujemy mniej więcej tyle, co w roku 1958, czyli przed prefabrykacją.

Jeśli chodzi o sam okres transformacji, duży wpływ na nasz sposób myślenia miała oczywiście ocena estetyczna mieszkań PRL-owskich. Wydawało się nam, że wielka płyta to najgorsze, co może nas spotkać, a na gierkowskich osiedlach brakuje zieleni. Ocena budownictwa lat 70. zmieniła się, gdy zaczęliśmy porównywać ją z tym, co obecnie oferują deweloperzy i co wcale nie okazało się lepsze.

Jakim zmianom uległy wnętrza naszych mieszkań?

TF: Duży pokój, w którym siedzimy, zmienił nazwę na „salon”. Pojawiła się w nim „serialowa sofa”, na której może siedzieć czternaście osób, a która często została kupiona na kredyt. Rynek wykreował nowe potrzeby konsumpcyjne. Staramy się pokazać to ze strony antropologicznej w kolejnych częściach wystawy. Wszędzie przebija się ten sam problem – te sztucznie wykreowane potrzeby nie mogą zostać zaspokojone w ramach systemu, który mamy obecnie.

Zauważyliśmy dwa podstawowe wzorce architektoniczne, które pojawiły się po roku 1989. Mały, biały domek na przedmieściach i dworek nawiązujący do tradycji szlacheckiej. Oba te jednorodzinne modele nie są tak naprawdę dobrym rozwiązaniem. Wielu architektów mówi – i od tego wyszliśmy, tworząc wystawę – że promowanie domu jednorodzinnego jest wręcz szkodliwe. Rozbudza on aspiracje, których większość społeczeństwa nie jest w stanie zrealizować. Ja sam wychowałem się w takim niedokończonym gierkowskim domu, moich rodziców nie było stać na to, by go wykończyć. Ewidentnie więc ta forma mieszkaniowa nie była dla nich.

Domy jednorodzinne to również problem ekologiczny. Z przedmieść, gdzie się znajdują, trzeba wszędzie dojechać samochodem.

TF: Halina Skibniewska, która zaprojektowała osiedle Sady Żoliborskie, pytała mnie o to, czy ktoś sobie w ogóle zdaje sprawę z tego, jak fatalnie wpływa budowanie domów jednorodzinnych na warszawską  zieloną otulinę. Takie wille obniżają poziom wód gruntowych i szykują ekologiczną katastrofę dla Warszawy. A akurat nasze miasto jest ogromnie rozbite w przestrzeni, więc swobodnie można wykorzystać wolne miejsca bliżej centrum do budowy nowych mieszkań.

Krążymy wokół tematu aspiracji. Czy zauważyliście, w tendencjach związanych z mieszkalnictwem, szczególną chęć wyróżnienia się spośród innych, które możliwe stało się właśnie po transformacji?

MK: Myślę, że przede wszystkim musimy sobie powiedzieć, co wpływa na wybory ludzi związane z meblowaniem i wyposażaniem wnętrz. Bardzo ważną kwestią jest potrzeba zaznaczenia swojego statusu społecznego, potwierdzenia przynależności do konkretnej grupy społecznej – udało mi się w życiu, stać mnie na designerską lampę. Moi wielkomiejscy znajomi, którzy podążają za tymi samymi trendami co ja, będą doskonale wiedzieli, gdzie i za ile kupiłam moją drogą kanapę, jak przyjdą do mnie na modną sałatkę. Próbujemy w ten sposób budować swoją tożsamość na nowo. Tożsamość klasy średniej, która zaczęła rodzić się w Polsce na dobre dopiero po przełomie 1989 roku, choć jej geneza sięga epoki Gierka. Kluczowym elementem konstytuującym przynależność do tej grupy jest własność, do której ludzie aspirujący do klasy średniej dążą kosztem ogromnych wyrzeczeń.

Tematem wystawy jest, jak sami mówicie, przede wszystkim polska klasa średnia, która buduje swoją tożsamość na mitach wyobrażonych – jak ten związany z dworkiem – o czym pisze chociażby Leder.

TF: Życie na kredyt ma faktycznie niewiele wspólnego z szlacheckością, do której odwołują się często przedstawiciele klasy średniej.

MK: Jeśli mówimy o wnętrzach, o designie, to nie interesują nas kwestie architektoniczne ani estetyczne. Uważamy, że są drugorzędne. Chcemy zastanowić się nad tym, co wnętrza mówią o ich właścicielach. To jest najważniejszy aspekt naszej wystawy. Kluczem jest, jak słusznie zauważyłaś, książka Ledera i pytania o tożsamość, które stawia. Ale bardzo nie chcemy, żeby to zostało odebrane, jakbyśmy wyśmiewali się z tych dworków. Z jednej strony to naturalne, że czerpiemy z tego wzorca – w większości jako społeczeństwo wywodzimy się z warstwy chłopskiej, do czego mieli aspirować mieszkańcy folwarku, jak nie do dworu? Z drugiej strony współcześnie dworek jest jednak tak samo sztucznym wyobrażeniem o nas jak to, że jesteśmy tacy światowi, że wszyscy będziemy mieszkali w przeszklonych willach z wykoszonymi trawnikami. Obydwa te konstrukty są równie sztuczne i pokazują brak pewności co do naszej własnej tożsamości.

materiały prasowe

materiały prasowe

Czy w rozwiązaniu problemu tożsamości pomóc może polityka państwa?

MK: Zdecydowanie. Musi być jednak prowadzona wieloaspektowo. Nie załatwi tego jeden program. A te ostatnie były wręcz szkodliwe, bo dopłacały tylko bankom; pokazywały, że istnieje tylko jeden schemat: weź kredyt.

Przykład szedł z góry, od prezydenta. Rozumiem, że chcecie włączyć problemy mieszkalnictwa w szerszą debatę o polityce społecznej?

TF: Na wystawie prezentujemy film o życiu w kontenerach, który pokazuje przykładowe wyzwania z pogranicza mieszkalnictwa i polityki społecznej. Obecnie zazwyczaj jest tak, że rozwiązuje się tylko problemy związane z mieszkalnictwem socjalnym, mimo że one są przecież często połączone z kwestiami takimi jak problemy alkoholowe, zdrowotne, związane z opieką nad dziećmi.

Nie wystarczy – jak twierdzą niektórzy – przetłumaczyć jakiejś książki i zastosować proponowanych w niej rozwiązań u nas. To nie zadziała ze względu na naszą specyfikę, nie przełamie resortowego podziału, jaki mamy w Polsce. Polityka mieszkaniowa powinna scalać, a nie dzielić, dlatego musi być połączona z innymi politykami społecznymi państwa.

MK: Wchodząc w transformację, mieliśmy wizję tego, że będziemy mogli korzystać z wolnego wyboru, przebierać w ofertach. Tymczasem wolny rynek w przypadku mieszkalnictwa, które jest kluczowe, sprawił, że nie mamy tego wyboru – jeśli nie mamy zdolności kredytowej, nie mamy właściwie żadnych możliwości pozyskania mieszkania.

Ten problem dotyczy około 60 procent Polaków. A jak przekłada się to na tkankę miejską?

TF: W Warszawie nadal mamy tę zaletę, że nasze Śródmieście jest różnorodne, mieszkają tu seniorzy, są mieszkania w przystępnej cenie. Ale niedługo, w wyniku nieprowadzenia sensownej polityki dogęszczenia mieszkaniowego i balansowania różnych sfer, skończy się to bardzo źle. Już teraz Śródmieście powoli staje się miejscem nie dla człowieka, ale tylko dla firm i biurowców.

Z kolei osiedla budowane przez deweloperów są odgrodzone od reszty terenów miejskich wysokimi ogrodzeniami.

TF: Ogrodzenie wiąże się z pojęciem własności, wydzieleniem mojego kawałka przestrzeni i z poczuciem bezpieczeństwa. Ważnym elementem tych ogrodzonych osiedli jest garaż, wielka brama z automatycznym otwieraniem.

MK: Te typy zamieszkiwania po 1989 roku wiążą się z podziałami, jakie wtedy się wykształciły, z posegregowaniem społecznym na tych, którzy sobie poradzili, i na tych, którzy odpadli z wyścigu. Unaocznienie tego podziału jest jednym z celów wystawy.

Jaka jest więc wasza wizja tego, co powinno się zmienić w polskim domu?

TF: Przede wszystkim powinniśmy przestać myśleć o naszych mieszkaniach w sposób totalny. Czyli na przykład zrezygnować z planów zbudowania domu dla trzech pokoleń do przodu, którego budowa zatrzyma się na fundamentach z powodu braku środków.

Wydaje się, jakbyśmy jako społeczeństwo zdali sobie z tego sprawę dopiero niedawno, po przeczytaniu „13 pięter” Springera.

MK: Tak, tu chodzi również o to, że problem mieszkań zaczyna narastać, bo rynek nieruchomości jest częścią koła zamachowego, które kręci globalną gospodarką. Mieszkania stają się coraz droższe, nie tylko w Polsce. Paradoks polega na tym, że obecnie mieszkania wybudowane w ramach programów społecznych w latach 70. czy 80. na przykład  w Wielkiej Brytanii osiągają ceny, które są poza zasięgiem osób ze średnimi dochodami. A te mieszkania pierwotnie powstały dla pielęgniarek, kierowców autobusów, nauczycieli. Przez swoją atrakcyjną lokalizację przestały być dostępne dla średnio zarabiających ludzi. Rynek tak wygórował ich ceny. W efekcie obecna sytuacja zaczyna przypominać tę przed drugą wojną światową, kiedy ludzie z powodu frustracji wywołanej między innymi warunkami mieszkaniowymi zaczęli głosować na radykałów.

TF: Od tego czasu standard mieszkań teoretycznie bardzo się zmienił, ale nadal co dziesiąty Polak ma mieszkanie bez łazienki albo z przeciekającym dachem. Wskaźnik deprywacji mieszkaniowej, czyli liczba mieszkań z jedną poważną wadą, jest nadal bardzo wysoki.

Jak będzie zmieniał się polski dom w najbliższym czasie?

TF: Moim zdaniem będzie niestety coraz uboższy. Zmiany, jakie zachodzą w Europie, będą niewątpliwie przekładały się na sytuację mieszkaniową.

MK: Myślę, że dochodzimy do ściany. Mieszkalnictwo jest tak wielkim problemem społecznym, że to się po prostu musi jakoś rozwiązać.

TF: Na naszej wystawie pojawia się zdanie: „Kryzys migracyjny to też jest problem mieszkaniowy”.

Nasz czy osób migrujących?

MK: Już wyjaśniam. Ewa Porębska, redaktorka naczelna magazynu Architektura-murator, cytuje kuratora pawilonu miejskiego na tegorocznym Biennale w Wenecji, który powiedział, że nie mamy „problemu z uchodźcami”, ale mamy realny problem mieszkaniowy. Chodzi o to, że jeśli nie zaczniemy rozwiązywać naszych kluczowych problemów, w tym przede wszystkim problemu mieszkalnictwa, to dojdzie do tego, co dzieje się już w tej chwili – zaczniemy szukać kozła ofiarnego w imigrantach i uchodźcach.

Chodzi o strach przed obcymi, u podstaw którego leży obawa o to, że sami nie mamy swojego miejsca?

MK: Tak, absolutnie! Mieszkanie to podstawowa potrzeba, którą musimy zaspokoić. Znaleźć nowe formy, które na to pozwolą. Nie musi być od razu na własność, ale ważna jest pewność, że nie zostanie się z dnia na dzień z niego wyrzuconym.

***

Wystawę „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji” można oglądać do 20 listopada w ramach ósmej edycji festiwalu WARSZAWA W BUDOWIE.