dwutygodnik internetowy
30.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Frank

Porządny komediodramat – mający niezłe tempo, dobrze zagranych, intrygujących bohaterów oraz wciągającą fabułę. Czego chcieć więcej?

Porządny komediodramat (z przewagą tego drugiego) – mający niezłe tempo, dobrze zagranych, intrygujących bohaterów oraz wciągającą fabułę. Czego chcieć więcej?
 
Jon jest muzykiem, który w każdej chwili swojego życia stara się ułożyć piosenkę mającą stać się hitem. Częściej jednak wychodzi mu komponowanie utworów, które ktoś już kiedyś napisał. Pewnego dnia w jego mieście ma zagrać zespół, którego klawiszowiec przechodzi załamanie nerwowe i to właśnie Jon ma go zastąpić. Szybko dołącza on do grupy, której przewodzi tajemniczy, wiecznie noszący przypominający trochę klocki LEGO model głowy.
 
Co go ciągnie do tej wyraźnie dysfunkcjonalnej i mocno dziwacznej ekipy? Z pewnością umiłowanie do muzyki i chęć robienia tego, co się kocha. Wydaje się jednak, że nie tylko – w pewien sposób Jon jest do nich podobny, również ma kłopot z odnalezieniem się w rzeczywistości i chciałby ten szary świat zmienić na coś dającego poczucie sensu. Z drugiej jednak strony właśnie ta chęć zmiany jest tym, co odróżnia go od reszty i ostatecznie spowoduje, że przygoda potoczy się nie tak, jak by tego sobie życzył. Bo „Frank” to opowieść nie tyle o muzykach grających razem, by osiągnąć sukces, tylko o ludziach z problemami, dla których komponowanie utworów jest formą terapii. Tylko czy ciągłe przebywanie z tak samo „uszkodzonymi” osobami, chociaż na pewno daje jakieś poczucie bezpieczeństwa, może na dłuższą metę komukolwiek pomóc?
 
Pytanie to najlepiej obrazuje postać tytułowego Franka. „On zawsze był utalentowany muzycznie, jeśli już, to cierpienie mu w tym przeszkadzało” – powie jego matka, gdy Jon zasugeruje, że Frank siłę swojego artyzmu czerpie z trudnych przeżyć. Także on z całego zespołu najbardziej sprawia wrażenie osoby chcącej coś osiągnąć, wyrwać się z zaklętego kręgu szaleństwa, w którym się znalazł. Nie ma jednak dość siły, by to zrobić, a swoją bezradność kryje pod wykonanym przez siebie modelem głowy, mającym odseparowywać go od prawdziwego świata. Enigmatyczność tej postaci, mówiącej głosem Michaela Fassbendera, działa także na widza. Frank, chociaż tak dziwaczny, budzi automatyczną sympatię. Także dlatego, że ma w sobie coś z większości z nas – pewną chęć wyróżnienia się, ale też problem ze znalezieniem złotego środka między tym, czego by się chciało, a tym, czego się od niego oczekuje. Utożsamić się z tym bohaterem jest łatwo, nawet pomimo tego, że nie widzimy jego twarzy. Duża w tym zasługa odpowiedniego ustawiania kamery – w zależności od kąta patrzenia wydawać się może, że możliwe jest odczytanie aktualnego nastroju postaci, chociaż wizerunek namalowany na modelu głowy się nie zmienia.
 
Wszystko to sprawia, że „Frank” jest filmem jednocześnie sympatycznym i przygnębiającym. Sympatycznym, bo identyfikując się z bohaterem można poczuć, że jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, nasze dziwactwa (które ma chyba każdy) są czymś normalnym. Przygnębiającym, gdyż w filmie nie dostaniemy prostych rozwiązań i genialnych odpowiedzi. Na korzyść dzieła Leonarda Abrahamsona przemawiać może też niezły, chociaż rzadki, humor oraz muzyka, którą tworzą postacie. Mimo, że jest to dość głęboka alternatywa, a teksty najczęściej są bezsensowne, utwory te mają w sobie pewną moc – duża część widzów w trakcie seansu powinna rytmicznie tupać nogą.
 
Ten skromny film to idealna propozycja na ambitny wypad do kina. Rozrywki dużo nie da, za to zmusi do zastanowienia i zadania pytań – także tych dotyczących nas samych. I być może właśnie to jest największą zaletą „Franka”.