dwutygodnik internetowy
22.04.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Fotograf z twarzą, streetworker bez munduru

Warszawska Stara Praga to jeden z najbardziej zaniedbanych zakątków miasta. Wiele rodzin mieszka tam w skrajnie złych warunkach. Ulice tak zwanego Trójkąta Bermudzkiego obciążone są złą, przestępczą legendą. Właśnie tam, w okolicach ulicy Brzeskiej, spotykają się drogi fotografa Macieja Pisuka i warszawskich streetworkerów.

Marcin ze swoim synem - Wiktorem

Tekst pochodzi z numeru „Resocjalizacja” („Kontakt”, 18/2011)

Warszawska Stara Praga to jeden z najbardziej zaniedbanych zakątków miasta. Wiele rodzin mieszka tam w skrajnie złych warunkach. Ulice tak zwanego Trójkąta Bermudzkiego obciążone są złą, przestępczą legendą. Właśnie tam, w okolicach ulicy Brzeskiej, spotykają się drogi fotografa Macieja Pisuka i warszawskich streetworkerów.

Zdjęcia: Maciej Pisuk

 

Fotograf

– Było ich trzech. Wystylizowani na reporterów wojennych przemykali gęsiego pod ścianami, cały czas zachowując wzmożoną czujność.  Na moim podwórku otoczyli umorusane dziecko i bez żenady zaczęli robić zdjęcia, jakby trafili na jakiś egzotyczny okaz. W całym ich podejściu i zachowaniu było coś wyjątkowo irytującego, budzącego bezwarunkowy sprzeciw – opowiada Maciej Pisuk, fotograf, z wykształcenia scenarzysta. Wprowadził się na warszawską Pragę dziesięć lat temu. Z początku obserwował mieszkańców ulicy Brzeskiej ze swojego okna i z tej perspektywy fotografował podwórko. – Byłem wtedy w kiepskiej sytuacji psychicznej i materialnej, więc mój nastrój osobliwie korespondował z otoczeniem. Byłem wyrzutkiem wśród wyrzutków – opowiada.

Spędzanie czasu na ulicy i fotografowanie sąsiadów, z którymi z czasem się zaprzyjaźnił, było jedyną aktywnością, do której umiał się zmusić podczas depresji. To życie po „gorszej stronie Warszawy”, nieopodal cieszącej się złą sławą ulicy Brzeskiej, oraz fotografia, paradoksalnie, pozwoliły mu się z tej depresji wydobyć.

 

Z sąsiadami z Brzeskiej zawarł niepisaną umowę: fotografuje ich kiedy chce, także w sytuacjach domowych, rodzinnych, czasem bardzo intymnych. W zamian, jako zaprzyjaźniony fotograf, bezpłatnie obsługuje ich komunie i śluby. Swoje zdjęcia publikuje i wystawia zawsze w porozumieniu z przedstawionymi osobami. Jeśli za taką publikację czy wystawę dostaje honorarium – dzieli się nim.

Zdjęcia Pisuka nie są portretem skrajnej biedy czy zakamarków przestępczego świata. Są portretem przyjaciół, znajomych i ich codzienności. Chociaż bieda wyłazi z tych kadrów: ze ścian, tapet, telewizora czy podbitych oczu, zdjęcia nią nie epatują, nie atakują oglądającego. Zamiast dramatycznych gestów i głodnych oczu, widzimy ojca odpoczywającego z synem na kocu, matki w ciąży, gar ziemniaków niesiony do stołu czy mężczyznę myjącego nogi po powrocie z pracy. Ujęcia Pisuka są przeciwieństwem reporterskich interwencji. Kredyt zaufania, jaki dostał od mieszkańców Brzeskiej, sprawił, że czuje się zobowiązany, by zdejmować z nich stygmat nędzarzy i drobnych przestępców.

 

Jedno z ostatnich zdjęć Rudego. Zmarł w sierpniu 2011 roku.

Media

– Fotografowanie ludzkiego cierpienia, biedy, intymnych przeżyć wymaga naprawdę solidnego uzasadnienia. Dawno pozbyliśmy się złudzeń, że kolejna fotografia głodującego dziecka wstrząśnie sumieniem świata, powstrzyma falę wyzysku i przemocy – deklaruje fotograf. Sensacyjne zdjęcia i medialny szum stworzony wokół Prażan mogą mieć wręcz przeciwne działanie.

Pewien chłopak, który miał ksywkę Pinokio, został przez TVN okrzyknięty „hersztem bandy”. Dzieciaki, których dotyczył telewizyjny materiał, poczuły się wyróżnione – jednocześnie ważne i napiętnowane. Prawdopodobnie uznały, że wyróżniono je ze względu na to, że zrobiły coś złego. Nie tylko nie powstrzymało ich to od kolejnych przestępczych zachowań, ale wręcz zachęciło do dalszego przekraczania społecznych norm. Na tym budowali poczucie własnej wartości.

 

Bieda i streetworking mają ogromny medialny potencjał. Niestety, łatwo obraca się on przeciwko nim i często zamiast pomagać – w rzeczywistości jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Pedagodzy ulicy odnoszą się do mediów z dystansem. W rozmowach zachowują dyskrecję, nie żonglują opowieściami, dbając o prywatność osób, z którymi pracują. Czasem proszą, by nie ujawniać adresów, gdzie prowadzą swoją działalność. Obecność dziennikarzy lub obserwatorów przeszkadza w budowaniu zaufania i zaburza poczucie bezpieczeństwa podopiecznego.

Z drugiej strony, popularyzacja streetworkingu w jakiejś mierze wzmacnia społeczną wrażliwość, a czasem pomaga zdobyć niezbędne fundusze.

 

Pedagodzy na ulicy

Streetworking polega na pomocy osobom zagrożonym wykluczeniem społecznym: zaniedbanym dzieciom, osobom prostytuującym się, bezdomnym i uzależnionym od środków psychoaktywnych. To praca w przestrzeni życia tych osób – na ulicy. Na warszawskiej Pradze działają co najmniej trzy organizacje zajmujące się zaniedbanymi społecznie dziećmi: Stowarzyszenie Grupa Pedagogiki i Animacji Społecznej (GPAS), Klub Młodzieżowy Mierz Wysoko i ATD Czwarty Świat.

Dzieci ulicy, podopieczni GPAS-u, są w różnym wieku: od 8 do 18 lat. Uciekają z domów, szkół lub świetlic, do mieszkań wracają jedynie na noc. Często mają już za sobą inicjację seksualną i narkotykową. Piją alkohol, palą, niektórzy wąchają klej, wdychają gaz z zapalniczek. Wielu popełniło już drobne przestępstwa, co stawia ich w konflikcie z władzą. Przemoc i agresja to dla nich codzienność. Są nieufni, nie mają na kogo liczyć. Brakuje im wiary w siebie. Jednocześnie, jak opowiadają ich opiekunowie, odznaczają się niesamowitym sprytem i inteligencją.

 

Streetworker spotyka się z dużymi oczekiwaniami. – Wszyscy by chcieli, żeby z „ulicznika” wyrosła dorosła osoba, która skończy uniwersytet i stanie się autorytetem w swoim środowisku – mówi Tomasz Szczepański z GPAS-u. – Ludzie, którzy obserwują naszą pracę, myślą, że działamy po linii najmniejszego oporu, starając się, by nasi podopieczni po prostu skończyli szkołę. Tymczasem dla nich to jest już duży sukces. Prawdziwym celem jest, by ta młodzież nie siedziała w więzieniach, nie dokonywała brutalnych pobić, nie niszczyła się narkotykami. Żeby wyrosła na porządnych ludzi, a nie poszła na studia i dołączyła do inteligencji.

Praca w terenie to jedyny sposób, żeby wspierać takie osoby. – Nie organizujemy dla nich warsztatów i nie czekamy, aż młodzi przyjdą. Wiemy, że tego nie zrobią – mówi dalej Szczepański. – W tej sytuacji trzeba po prostu powłóczyć się po ulicy, przyjąć na siebie trochę ich hardości. Szybko okazuje się, że oni się nudzą, są otwarci i potrzebują kontaktu.

 

Nikola kilka godzin przed Pierwszą Komunią

Bez munduru

– Streetworker nie nosi żadnego munduru – podkreśla Andrzej Orłowski z GPAS. – Nie reprezentuje żadnej instytucji, ani nie przychodzi jako kurator-formalista, który sprawdza, czy rodzice odpowiednio zajmują się dzieckiem. Zwyczajnie odwiedza rodzinę, by porozmawiać, wypić herbatę, czasem pochwalić. Staje się bliskim rodziny, przez co zostaje obdarzony zaufaniem. Nie przynosi też ze sobą żadnych darów, żeby nowo nawiązana relacja nie została potraktowana instrumentalnie. Przynosi jedynie swoją dobrą energię i doświadczenie spotkania z daną rodziną, które z roku na rok buduje.

Praca streetworkerów polega na nawiązywaniu osobistych relacji. Brzmi to paradoksalnie, ale zawodowo zabiegają oni o szczery kontakt. Jeśli zabraknie zaufania, nie będą mogli wykonywać dobrze swojej pracy. Towarzyszenie w codziennym życiu, trzymanie za rękę w trudnych sytuacjach, reagowanie na potrzeby drugiego – to zachowanie typowe dla przyjaciół lub bardzo serdecznych sąsiadów, i – jak się okazuje – pedagoga ulicy.

 

Doświadczenia streetworkerów na warszawskiej Pradze wyraźnie pokazują, że młodzi najbardziej potrzebują uwagi drugiego człowieka i partnerstwa. To przeciwieństwo postawy protekcjonalnej i uprzedzająco opiekuńczej.

Ojciec Józef Wrzesiński, założyciel międzynarodowego ruchu ATD Czwarty Świat, twierdził, że w pracy z ludźmi wykluczonymi, żyjącymi na skraju nędzy najważniejsze jest zwrócenie im ich godności. Dostrzeżenie w nich osób zdolnych do decydowania o sobie. Rolą pracownika socjalnego może być tylko doradztwo i uświadamianie konsekwencji ich postępowania. Ojciec Wrzesiński prowadził w latach sześćdziesiątych obóz mieszkalny dla bezdomnych w Noisy-le-Grand we Francji. Jego metoda pracy wzbudzała szerokie kontrowersje, ponieważ wiele obowiązków związanych z prowadzeniem obozu zlecał jego mieszkańcom i powierzał im ważne funkcje organizacyjne. W ten sposób, w laboratoryjnych warunkach obozu, odbywał się proces ponownej socjalizacji jego mieszkańców.

 

Limity

Streetworker działa w pojedynkę, jego kwalifikacje weryfikuje ulica. Dzieci zwykle nie mają litości i na różne sposoby wystawiają „nowego” na próbę. Streetworker przychodzi przeważnie z innego społecznego kontekstu, wychowany w komfortowych warunkach, często z wyższym wykształceniem. To jest bariera dla zrozumienia realiów, w jakich żyją dzieci na Pradze. – Każdy ma swoje limity i sytuacje, na które nie może się zgodzić, a z drugiej strony jego praca tego od niego wymaga – deklarują opiekunowie z GPAS-u. – Nigdy nie moralizujemy, niczego nie zakazujemy. Za to słuchamy naszych podopiecznych, akceptujemy takich, jakimi są, z ich nawykami, wadami i problemami rodzinnymi.

W tej pracy jest się non stop. Pedagodzy ulicy najczęściej są rozliczani za godziny. A te trudno policzyć. Właściwie pracują całe dnie. – Relacje z podopiecznymi buduje się na stałe, a nie na godziny pracy – mówi Przemek Sendzielski z Klubu na Brzeskiej. – Smsy przychodzą o 23 i o 6 rano. Czasem nie są angażujące, ale zdarza się, że trzeba zerwać się i jechać pomóc, pogadać.

Andrzej Orłowski (GPAS): – Jeśli pojawia się problem, ktoś potrzebuje się wyżalić w osobistej rozmowie, zawsze jedziemy się spotkać. Warto przyjechać chociażby po to, żeby wziąć za rękę rodzica w sytuacji wielkiego stresu. Na przykład przed pójściem do szkoły w sprawie własnego dziecka. Przy pedagogu taki rodzic czuje się bezpieczniej, czuje, że w jego obecności nie zostanie zrugany przez nauczycielkę. Niektórzy rodzice nie potrafią tego zrobić przez lata. W tych ludziach, choć są pogrążeni w stagnacji, drzemią pewne motywacje. Trzeba je tylko rozbudzić.

 

Streetworker pracuje na ulicy zwykle do trzydziestego roku życia. Głównie dlatego, że każdy człowiek ma ograniczoną liczbę relacji, które może nawiązywać, a potem podtrzymywać naprawdę szczerze. – Ale także dlatego, że w tym zawodzie walczy się na wszystkich frontach: o pieniądze na działanie, o szczerą relację z dzieckiem, o zmianę zachowań dorosłych, o współpracę z nauczycielami i urzędnikami – dodaje Przemek Sendzielski. – System instytucji publicznych jest pasywny, wszystko trzeba sobie wychodzić i „wyrozmawiać”. Praca w terenie jest bardzo obciążająca psychicznie. Wielu streetworkerów starszych stażem zmienia tryb swojej pracy: zamiast na ulicy, pracują jako koordynatorzy, zdobywają fundusze, prowadzą fundacje. Wciąż angażują się w losy swoich podopiecznych, ale nie są już z nimi w tak bliskim kontakcie. Jako bardziej doświadczeni, mogą więcej zdziałać w negocjacjach, próbach tworzenia współpracy między różnymi ośrodkami pomocy społecznej.

Trudność pracy streetworkera polega na tym, że nie sposób ocenić jego skuteczności. Uczestniczy przecież w wielkiej machinie wychowania jednostki, w której biorą udział także rodzice i państwo poprzez swoje instytucje: ośrodki wychowawcze, kuratoria, ośrodki pomocy społecznej, szkoły etc. Jego praca trwa całe lata, a moment przemiany podopiecznego może nigdy nie nastąpić.

 

Sylwia i Marek

Fotograf – streetworker

Po swojej przeprowadzce Pisuk adaptował się do specyficznego, praskiego życia podobnie jak streetworker zapoznaje się ze swoim nowym miejscem pracy. Zaglądał w podwórka, inicjował kontakty i sam dawał się poznać. Zaakceptowany przez mieszkańców, nawiązał z nimi specyficzny rodzaj współpracy. Teraz wciąż – podobnie jak streetworker – działa lokalnie: przyjaźni się z mieszkańcami, kiedy trzeba, „trzyma ich za rękę”. Równocześnie działa w szerszej perspektywie – publikując i wystawiając swoje zdjęcia. W ten sposób walczy o zmianę sposobu myślenia o biedzie i wykluczeniu. Podobnie pedagog ulicy, poza pracą w terenie, wykonuje olbrzymi wysiłek, promując swoją pracę w miejskich instytucjach, szukając grantów. Działa w mikro- i makroskali.

Maciej Pisuk na własny użytek sformułował zbiór zasad, który – jak mówi – pozwolił mu „zalegalizować swoją »podejrzaną działalność«”. Jest to jednocześnie etyczny manifest rozumienia fotografii.

Fotografuję osoby, które dobrze znam, z którymi jestem w bliskim kontakcie.

Nie robię zdjęć „migawkowych”, osoba fotografowana jest zawsze świadoma mojej obecności.

Zawsze opatruje zdjęcia komentarzem. Portret bez opisu staje się uprzedmiotowieniem sfotografowanego.

Jeśli liczę na otwartość i zrozumienie – muszę to samo zaoferować w zamian.

Aparat to rodzaj maski, za którą chowa się fotograf, maski, która wyklucza wzajemność. Chcę „pozbyć się” aparatu, sprawić by stał się niezauważalny.

 

Kiedy aparat staje się niewidzialny, fotograf może stanąć z osobą fotografowaną twarzą w twarz – w pełni szczerze i na równych prawach. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy – tak jak Pisuk – potraktujemy zdjęcie nie jako cel, ale świadectwo spotkania. Wbrew teoriom wielu fotografów, złapanie ulotnego momentu nie jest tu najważniejsze. To co najważniejsze, czyli spotkanie, wydarza się wcześniej niż moment wyzwolenia migawki.

 

Spotkanie

Pisuk: – Sam nie nazwałbym się streetworkerem, ale gdyby ktoś mnie w ten sposób określił – uznałbym to za wyróżnienie. Nie ze wszystkimi znajomymi z Pragi się przyjaźnię, ale odwiedzam ich, wiem, że na to czekają.

Na wystawę swoich zdjęć w Centrum Sztuki Współczesnej pt. „Pod skórą” zaprosił imiennie wszystkich bohaterów. Przyszli, chociaż nie jest to instytucja, w której czuliby się swobodnie. – Miałem wątpliwości, czy CSW to dobre miejsce na wystawę. To, że moi prascy znajomi przyszli na wernisaż, ich aprobata, było dla mnie potwierdzeniem, że to, co robię, ma sens. Oni z kolei poczuli, że ktoś się nimi interesuje i poważnie traktuje ich problemy – mówi Pisuk.

 

Na ścianie, obok zdjęć fotograf napisał ołówkiem krótkie opisy przedstawionych osób. Przypominają urywki rozmów, wiadomości, które chciał im wysłać. Przeprasza, że kogoś zapomniał odwiedzić, obiecuje donieść odbitkę, dziękuje za pomoc. Wystawa w jednej z ważniejszych warszawskich instytucji kultury nie odsuwa go od portretowanych. Jest okazją do kolejnego, dobrego spotkania.