dwutygodnik internetowy
23.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Flirt notatnika z karabinem – antropologia wojenna

Zatrudnienie antropologów na frontach Iraku i Afganistanu miało ograniczyć zbędne użycie przemocy i ucywilizować wojnę. Co sprawiło, że stało się na odwrót i to antropologia uległa militaryzacji?

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

1.

W roku 2006 z inicjatywy Pentagonu powstaje Human Terrain System (HTS) – program angażujący przedstawicieli nauk społecznych w działania na rzecz „globalnej wojny z terroryzmem”. Projekt zatrudnia do pół tysiąca badaczy, których zadaniem jest dostarczanie i analiza danych o lokalnych kulturach na terenach prowadzenia operacji przeciwpartyzanckich. Wiedza zebrana przez zespoły złożone w przeważającej większości z antropologów, ale także socjologów i psychologów kulturowych ma służyć uzyskaniu dodatkowej przewagi w toku konfliktów w Iraku i Afganistanie.

To nie zaczątek fabuły sensacyjnego thrillera, ale rzeczywista sytuacja z nieodległej przeszłości, której ciąg dalszy zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem dzieje się właśnie teraz. Dlaczego w trakcie wojny w Iraku i Afganistanie Amerykanie, mimo przytłaczającej przewagi liczebnej i technologicznej, skorzystali z usług antropologów, tworząc korpusy badające „środowisko ludzkie” (Human Terrain)? Nie był to wyraz ekstrawagancji wojskowych decydentów, a raczej próba opracowania skutecznej taktyki prowadzenia wojny przeciwpartyzanckiej – walki z nielicznym, rozproszonym przeciwnikiem, któremu braki w uzbrojeniu rekompensują kryjówki, doskonała znajomość terenu zmagań, brak sztywnych ograniczeń czasowych na działania wojenne i nierzadko poparcie lokalnej społeczności.

2.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat pojęcie wojny znacznie rozszerzyło swoje znaczenie – wojną może być zdalne niszczenie sieci teleinformatycznej należącej do przeciwnika albo umiejętne zarządzanie strachem przedstawicieli wrogiej społeczności. Jej istotą jest jednak niezmiennie pokonanie i upokorzenie przeciwnika, a zabijanie wrogów wciąż stanowi jeden z najpospolitszych środków do osiągania tego celu.

Działalność antropologiczna, przynajmniej w założeniu, jest czymś wręcz przeciwnym. Podczas gdy z perspektywy wojny różnica kulturowa stanowi motyw dla rozpoczęcia zbrojnej ofensywy, antropologia stara się te różnice zrozumieć i przekraczać. Jej główna metoda badawcza – obserwacja uczestnicząca – polega na długotrwałym bliskim kontakcie, towarzyszeniu ludziom w najróżniejszych sytuacjach i opiera się na zaufaniu badanego do badacza. Działanie na szkodę badanych stanowi więc najbardziej rażące pogwałcenie etycznych granic stawianych sobie przez antropologów. O imponujących, ale szkodliwych czy niemoralnych osiągnięciach naukowców mówi się przeważnie w kontekście odkryć chemików, biologów, fizyków, inżynierów, lecz nie przedstawicieli nauk społecznych.

Tymczasem korzystanie z usług antropologów dla uzyskania lub utrzymania militarnej czy politycznej dominacji przez państwa Bogatej Północy nie jest niczym nowym. W trakcie dwóch stuleci, jakie minęły od powstania dyscypliny, zaangażowanie antropologów w działania wojskowe i wywiadowcze przybierało najróżniejsze formy. Ich szczegółowego omówienia dokonał Michał Kowalski w książce „Antropolodzy na wojnie. O «brudnej» użyteczności nauk społecznych”.

Już pierwsi dziewiętnastowieczni antropolodzy w „służbie Jej Królewskiej Mości” brali udział w konfliktach zbrojnych między Imperium Brytyjskim a mieszkańcami skolonizowanych terenów. Wiedza zdobyta w trakcie badań służyła umacnianiu lokalnych administracji kolonialnych.

Trzecia Rzesza zaangażowała antropologów i etnologów niemieckich w tworzenie teoretycznej bazy pod nazistowskie teorie – autorytet nauki posłużył legitymizacji zbrodniczej ideologii. Była to zresztą współpraca wygodna dla obu stron. Antropologia rasowa, tak ochoczo dotowana przez władze, była wcześniej dominującą doktryną antropologii w Niemczech lat 30.

Ze względu na podobną zbieżność z przeciwnym paradygmatem (kulturalizmem) swoje działania na rzecz wojska podejmowali w czasie II wojny światowej badacze z państw alianckich. Współorganizacja siatek szpiegowskich w różnych częściach świata, werbowanie i szkolenie tajnych współpracowników, przygotowywanie kursów wiedzy o odmienności kulturowej dla żołnierzy stanowią część biografii takich naukowych sław jak Margaret Mead, Edmund Leach, Ruth Benedict czy Edward Evans-Pritchard.

W połowie lat 60. amerykański Departament Obrony planował zatrudnić przedstawicieli nauk społecznych w ramach projektu mającego na celu poznanie przyczyn i sporządzenie teoretycznego modelu przewrotów w krajach Trzeciego Świata. Program przewidywał także przekazywanie rządom tych państw wskazówek umożliwiających zapobieganie bądź tłumienie w zarodku zamieszek i powstań. Zdolność utrzymania politycznej stabilności w wybranych krajach doskonale służyłaby ochronie ekonomicznych interesów Stanów Zjednoczonych w poszczególnych regionach. Inicjatywa, nazwana „Projektem Camelot”, została jednak zarzucona po stanowczym i solidarnym sprzeciwie środowiska naukowego. Reakcją było opracowanie przez Amerykańskie Towarzystwo Antropologiczne w 1967 roku kodeksu etycznego.

3.

Czym od wyżej opisanych sytuacji różni się współczesna praca antropologów w ramach Human Terrain System? Michał Kowalski wyróżnił dwa powody, dla których powstanie tej inicjatywy stanowi precedens w dwuwiekowej historii relacji badacz–armia. Po pierwsze, wykorzystywanie wiedzy kulturowej nigdy dotąd nie odbywało się w sposób tak silnie zinstytucjonalizowany. Do jej wytwarzania zatrudniono zastęp współpracujących z żołnierzami naukowców o zhierarchizowanej strukturze i dokładnie określonych kompetencjach. Metodologię opracowaną specjalnie na potrzeby badań zespołów w Afganistanie i Iraku szczegółowo opisywały wydane z tej okazji publikacje „Field Manual 3-24” i „Human Terrain Team Handbook”. Wywiad etnograficzny (ethnogrpahic interview) został wyparty przez etnograficzne działania wywiadowcze (ethnographic intelligence), a „mapowanie środowiska ludzkiego” zastąpiło terenowe badania nad zjawiskami społecznymi czy fenomenami kultury. Zmienił się również cel uprawianej w ten sposób antropologii. Nie była nim (jak w przypadku dyscypliny akademickiej) ani wiedza sama dla siebie, ani (jak w zaangażowanej antropologii uprawianej dla organizacji pozarządowych) pomoc w rozwiązaniu problemów badanej społeczności, ale szybsze i skuteczniejsze eliminowanie partyzantów. To wszystko sprawia, że można mówić o powstaniu całej osobnej subdyscypliny – antropologii militarnej.

Drugą, być może jeszcze bardziej jaskrawą, przyczyną wyjątkowości HTS jest fakt realizacji programu pomimo sprzeciwu środowisk naukowych (sic!).

4.

Doniesienia prasowe o HTS w roku 2007 stały się iskrą zapalną dla publicznej debaty dotyczącej militaryzacji społeczeństwa. Dyskusja odbywała się równolegle na łamach uznanych periodyków naukowych i popularnych opiniotwórczych tytułów (między innymi „Washington Post” czy „New York Times”), ale także na forach internetowych czy blogach prowadzonych przez uczonych i studentów. Towarzyszył jej również kolejny spór o standardy etyczne prowadzenia badań terenowych i zasady uprawiania nauk społecznych, toczony przez antropologów wewnątrz Amerykańskiego Towarzystwa Antropologicznego.

Twórcy i zwolennicy programów militaryzacji antropologii wskazali wiele możliwych korzyści z ich wprowadzenia. Niektóre z oficjalnych celów HTS były, podobnie jak zarzuty wobec projektu, motywowane etycznie. Według Montgomery McFate i Davida Kilcullena zatrudnienie badaczy społecznych i wykorzystanie wiedzy kulturowej jako narzędzia planowania operacji wojskowych miało ocieplić wizerunek armii w oczach mieszkańców okupowanych terenów, zapobiegać niepotrzebnej przemocy w działaniach wojennych i skrócić trwanie całego uciążliwego (dla agresorów, partyzantów i cywilów) konfliktu i wreszcie zwiększyć wpływ naukowców na doktrynę obronnościową USA – „ucywilizować” oblicze wojny w przyszłości. Nie sposób pozostać obojętnym wobec możliwości ocalenia wielu żyć, uniknięcia przemocy, uczynienia konfliktów zbrojnych mniej okrutnymi.

Istnieje jednak przynajmniej jeden powód, który sprawił, że górnolotne plany spaliły na panewce. Że to nie sposób prowadzenia wojny w Afganistanie się „ucywilizował”, ale zaangażowana w nią antropologia uległa militaryzacji. Antropolodzy z całą pewnością nie należeli w trakcie trwania działań wojskowych Human Terrain System do grona decydentów. Ich rola w programie ograniczała się do zdobywania i analizy użytecznych operacyjnie danych oraz ewentualnego doradzania sztabowi – co jasno określają pisemne instrukcje „Field Manual 3-24”. Antropolodzy w ramach HTS zdobywali i zestawiali ze sobą informacje obejmujące najróżniejsze dziedziny życia: od skupu produktów spożywczych na targach, przez lokalne kalendarze rolnicze stosowane w poszczególnych regionach, nastroje polityczne, po dokładne dane osobowe rozmówców, będących wpływowymi osobami w konkretnych miejscowościach. Te ostatnie w praktyce klasycznej antropologii społecznej ze względu na bezpieczeństwo i komfort badanych pozostałyby znane tylko badaczowi.

Jeśli nie liczyć autonomicznych decyzji o samym udziale w HTS – zatrudnieni badacze nie mieli jednak żadnego wpływu na to, w jaki sposób zostaną wykorzystane opracowane przez nich materiały. Już sam ten fakt czyni udział w każdej podobnej inicjatywie co najmniej etycznie wątpliwym.

5.

W reakcji na burzę medialną, jaka przetoczyła się nad Human Terrain System, programy antropologii militarnej utajniono. Nic nie wskazuje na to, by zaprzestano podobnych praktyk w ramach trwających aktualnie operacji wojskowych.

Jakie jeszcze elementy znajdują się w pejzażu po HTS? Departament Obrony USA ogłaszający triumf nowej taktyki wojny przeciwpartyzanckiej. Perspektywa samodzielnego szkolenia antropologów wojennych przez instytucje należące do armii, z pominięciem słabej i nie sprawczej akademii. Nad tą ostatnią rozpościera się ciemna klątwa użyteczności. Dlaczego przymus użyteczności to klątwa?

Ponieważ blokuje zawarty w naukach społecznych olbrzymi potencjał krytyczny – jeden z największych atutów tych dziedzin. Ponieważ zamiast w stronę refleksji etycznej i świadomego pełnienia funkcji kulturotwórczej ciąży w kierunku interesu i kalkulacji. Kolejną wskazówkę można dostrzec we wspominanej wcześniej sytuacji antropologów Imperium Brytyjskiego. Dla badaczy kolonialnych uczestnictwo w opresyjnej strukturze miało uprawomocnić nowo utworzoną dyscyplinę i pozwalało jej dowieść swojej przydatności. Mimo całej długiej drogi, jaką pokonały od tego czasu nauki społeczne, współczesna antropologia (ale nie tylko ona) wciąż próbuje wykazać swoją użyteczność. Towarzysząca tym próbom utrata wiary w wiedzę jako wartość autoteliczną pozwoliła – jak dowodzi przykład antropologii militarnej – bardzo łatwo zepchnąć naukę do roli narzędzia. Śmiercionośnego.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

  • oldtimer1950

    Dobrze, że zajęliście się sprawą współpracy ludzi nauki z armią.

    Musicie jednak mieć świadomość, że antropolodzy, o których piszecie, to jedynie wierzchołek góry lodowej.
    Tę listę hańby można (i trzeba) wydłużyć.
    Z pewnego źródła, którego (z przyczyn oczywistych) ujawnić nie mogę, wiem, że dla wojska pracują naukowcy dyscyplin ścisłych (w tym, niestety, nobliści) fizycy, chemicy. Nie sposób nie wspomnieć o skandalu związanym ze współpracą polskich matematyków z armią brytyjską w czasie WWII, co doprowadziło do złamania kodu Enigmy.
    Z wojskiem współpracują konstruktorzy maszyn i spece od budownictwa. Znajdują tam też zatrudnienie specjaliści nauk medycznych. Wojsko kontraktuje usługi ludzi sztuki.
    Ba, wojsko zatrudnia też całą armię kucharzy, sprzątaczek i księgowych!

    Wreszcie – muszę was ostrzec, to będzie drastyczne – armie dysponują tysiącami młodych mężczyzn, wyposażonych w środki zdolne przerwać życie człowieka przez zamienienie jego ciała w krwawy ochłap, albo kupkę popiołu.

    Wiem, że to, co napisałem, może być dla was szokiem, mam nadzieję jednak, że w dojrzały sposób jakoś sobie z tą wiedzą poradzicie.

    Być może zaowocuje ona – kto wie? – kolejną ciekawą publikacją.