dwutygodnik internetowy
31.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Europejskość +/-

Europa zastanawia się, czy nie dała się zwieść iluzjom, że po upadku komunizmu Polska nagle przyjmie fundamentalne europejskie wartości. To dzięki rządom PiS dostała argumenty pozwalające negować jej możliwość współpracy z naszym krajem. Tylko czy to o wartości naprawdę tu chodzi?

ilustr.: Nicolas Raymond

ilustr.: Nicolas Raymond

Motto Unii Europejskiej „Zjednoczona w różnorodności”  brzmi dumnie. Różnorodność związana z historią, tradycją, religią i kulturą państw członkowskich jest wartością dodaną, dopóki procesy decyzyjne idą gładko i zgadzamy się ze sobą. Kiedy natomiast dochodzi do tarć i trudno wypracować kompromis, okazuje się, że jesteśmy „skazani” na różnorodność, która określa nie tylko to, kim jesteśmy, ale przede wszystkim to, jak myślimy.

Rządy PiS-u pozwoliły na uchylenie kurtyny poprawności politycznej. Płynąca z zagranicy ocena Polski opiera się niekiedy mniej na wskazywaniu różnicy podglądów, a bardziej na różnorodności (nieeuropejskości) pewnych z góry przypisanych nam cech. Po cichu wybrzmiewa to, że Polacy są po prostu inni. Pojawia się następujący schemat myślenia: my, zachodni sąsiedzi, próbowaliśmy was „nawrócić”, przyjęliśmy was do Unii, obsypaliśmy hojnie kasą, pokazaliśmy, jak powinno wyglądać w pełni cywilizowane państwo europejskie, ale jak widać nic z tego nie wyszło, trudno.

Skoro Polska jest inna, to można postawić pytanie: czy jest na nią miejsce w UE? Czy chcemy być z Polską zjednoczeni? W tym kontekście czytam słowa Alaina Juppé wypowiedziane na początku października w francuskim talk-show. Juppé, potencjalny zwycięzca zbliżających się francuskich wyborów prezydenckich, stwierdził, że „najważniejsza jest w tej chwili konsolidacja Europy”. Po czym podkreślił, że chodzi mu o „inną Europę”, a nie „więcej Europy”, czyli hasło używane przez Junkera, które straciło swoją moc po nieudanych próbach wprowadzenia obowiązkowych kwot uchodźców oraz procesu relokacji.

Co z tego, że z naszej perspektywy ten rząd może być tymczasowy, że co i rusz pojawiają się kolejne grupy protestujących, chcące go obalić. To nieważne, że PiS rządzi w Polsce tylko rok. Sygnał, który zdążył już niejednokrotnie wysłać, trafił na podatny grunt.

W tym samym talk-show, odwołując się do projektu całkowitego zakazu aborcji w Polsce, dziennikarz zapytał Juppé, czy „nie daliśmy się zwieść iluzjom, że po upadku komunizmu te kraje nagle przyjmą fundamentalne wartości Europy”. Juppé zaś odpowiadział: „Prawdopodobnie poszerzenie Unii było nieprzemyślane. Ale czy mogliśmy tego uniknąć? Bardzo łatwo jest po dwudziestu latach mówić, że trzeba było zrobić to czy tamto. Ale po upadku muru berlińskiego obiecaliśmy tym krajom, że je przyjmiemy. Dlatego to zrobiliśmy. Dziś widzimy jednak, że to stwarza problemy. Dlatego trzeba wszystko znowu położyć na stół. Proponuję zwołać kongres europejskich autorytetów, aby ocenić, kto podziela nasze wartości. Europa ma sens tylko, jeśli jest Europą polityczną”.

Przywołany kongres europejskich autorytetów zapewne nigdy się nie odbędzie, ale sama idea oceny „europejskości” krajów członkowskich pokazuje, że z założenia nie każdy unijny kraj jest wystarczająco europejski. Status państwa europejskiego, wiązany ze wspólnotą wyznawanych wartości, który Polska dostała wraz z wejściem do Unii, zaraz może więc zostać jej odebrany. I choć Juppé zaprzecza, że kraje ocenione negatywnie będą wyrzucane z Unii, to mówi o ustaleniu warunków, które trzeba będzie spełnić, aby przyłączyć się do nowej Europy.

Ciekawe jest także to, że sam dziennikarz w pytaniu stawia tezę, że Polska – przedstawiając projekt przewidujący całkowity zakaz aborcji – rzuciła w ten sposób wyzwanie wartościom europejskim. Tyle tylko, że pod egidą tych samych wartości członkiem Unii Europejskiej (a właściwie Wspólnoty Europejskiej) w 1973 roku została Irlandia, której prawo antyaborcyjne było i jest jeszcze bardziej restrykcyjne niż polskie.

Irlandzcy katolicy, obawiając się, że Unia będzie chciała wpłynąć na ich ustawodawstwo w tej kwestii, wynegocjowali nawet specjalny „aborcyjny protokół” do swojego traktatu akcesyjnego. Jego treść zapewnia, że postanowienia Traktatów czy Aktów zmieniających lub uzupełniających te Traktaty w niczym nie naruszają stosowania artykułu 40.3.3 Konstytucji Irlandii, który to zapewnia ochronę życia nienarodzonych.

Pomimo tego jakoś nie słychać  o tym, aby Irlandia rzucała wyzwanie europejskim wartościom czy nie była europejskim krajem. Co więcej wszystkie państwa przyjmujące Irlandię do Wspólnoty musiały zgodzić się na istnienie tak restrykcyjnych przepisów w jednym z przyszłych państw członkowskich. Widocznie Irlandczyków mierzy się inną miarą.

Francuzi wraz z innymi państwami-założycielami uważają się za spadkobierców i przez to prawowitych „właścicieli” idei europejskiej, co w ich oczach daje im prawo do większego wpływu na przyszły kształt Unii. Przykład odmiennego traktowania Polski i Irlandii w kwestii aborcji może świadczyć o tym, że walka toczy się nie tyle o same wartości, ile o zachowanie statusu depozytariusza pojęcia „europejskości”. Niezaprzeczalny fakt bycia państwem-założycielem staje się więc niedyskutowalnym argumentem, który w przypadku Francji, Niemiec i Włoch znajduje także uzasadnienie ekonomiczne i demograficzne. Przez to jego moc polityczna jest bardzo silna. „Stara Europa”, historycznie będąca spadkobiercą imperium Karola Wielkiego, geograficznie rozciągającego się do Łaby, dostała dzięki rządom PiS argumenty pozwalające negować możliwość partnerskiej współpracy z krajami „nowej unii”. Polska „europejskość” będzie więc podlegać coraz wnikliwszej ocenie.

Autorka jest aktualnie studentką College of Europe w Brugii.