dwutygodnik internetowy
02.12.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

#Euromajdan

Wszyscy ludzie w Kijowie wyszli na ulice z własnej woli, nie wzywała ich do tego żadna siła polityczna. Dopiero z czasem partie opozycyjne zaczęły włączać się w protesty, reagując dopiero na powstanie tej wielkiej ludzkiej masy.

Ilustr.: Kasia Majchrowska


Ze świecą szukać kogoś, kto w ostatnich dniach nie słyszał o Ukrainie. Portale społecznościowe są pełne postów na jej temat. 22-ego listopada hashtag #euromaidan (czyli plac europejski, jak protestujący przemianowali kijowski plac Niezależności) znalazł się na pierwszym miejscu listy trendów Twittera.
 
Tym bardziej wiadomość z Wilna o nie podpisaniu umowy stowarzyszeniowej przez Janukowycza uderzyła w protestujących jak piorun. Rząd kierowany przez Mykołę Azarowa ogłosił, że Ukraina zaprzestała przygotowań do podpisania umowy , motywując tę decyzję czynnikami ekonomicznymi, które musiałyby powstać po ustanowieniu strefy wolnego handlu między Unią Europejską a Ukrainą. Wielu specjalistów wypowiadało się na temat wad i zalet wiązania się z UE, porównując jej ofertę do podobnych porozumień, które Ukraina mogłaby zawrzeć z Rosją, a także warunkami Unii Celnej Białorusi, Kazachstanu i Rosji. I choć te zestawienia wypadły na korzyść Unii, rząd zdecydował się iść w inną stronę. O powodach tej decyzji można tylko spekulować.
 
Gdy ta niesławna decyzja została ogłoszona opinii publicznej, w kilku małych miastach na ulicach pojawiły się grupki ludzi z transparentami popierającymi integrację europejską i krytykującymi zaprzestanie prac nad umową stowarzyszeniową. Co istotne – na ulice nie wyprowadziła ich żadna siła polityczna. Protestowali, by wyrazić swój sprzeciw wobec polityki Wiktora Janukowycza. Poczynając od 21-ego listopada także liczba osób zgromadzonych na Majdanie w Kijowie rosła systematycznie, osiągając szczyt trzy dni później, 24-ego. Na ulice wyszło wtedy 100 lub nawet 150 tysięcy ludzi, a ich protest zyskał nazwę „Euromajdanu”.
 
W tym samy czasie fala demonstracji rozlała się po Europie, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Brali w nich udział Ukraińcy mieszkający za granicą – ale nie tylko. Był to wielki gest solidarności dla walczącego narodu.
 
Trzeba jeszcze raz podkreślić – wszyscy ci ludzie wyszli na ulice z własnej woli, nie wzywała ich do tego żadna siła polityczna. Dopiero z czasem partie opozycyjne zaczęły włączać się w protesty, reagując dopiero na powstanie tej wielkiej ludzkiej masy. W moim odczuciu jest to trzeci raz, kiedy na Ukrainie tak wyraźnie zabiera głos społeczeństwo obywatelskie – po raz pierwszy zrobiło to w 1991 roku, kiedy odzyskaliśmy niepodległość. Po raz drugi w czasie Pomarańczowej rewolucji 2004 roku. To także pierwszy przypadek w historii Ukrainy, kiedy tak powszechnie używa się nowych mediów do komunikowania, dzielenia informacji i samozorganizowania się.
 
Właśnie użycie nowych mediów najwyraźniej odróżnia obecne demonstracja od wszystkich wcześniejszych protestów w krajach postsowieckich. Dzieje się tak z jednej strony dzięki temu, że w ostatnich latach wyraźnie zyskały one na popularności. Z drugiej strony Ukraińcy mają coraz mniej zaufania do tradycyjnych mediów – różne grupy medialne dzielą między siebie widownię telewizyjną. W odpowiedzi na poszukiwanie platformy dla niezależnych głosów, pojawił się kanał niestandardowej telewizji, nazwany hromadske.tv (co dosłownie znaczy obywatleska.tv), który działa w oparciu o portal YouTube i udostępnia swoje materiały innym telewizjom za darmo. Jest on bardzo ściśle powiązany z mediami społecznościowymi. Streaming wprost z telefonów i tabletów protestujących, wywiady i relacje przesyłane do sieci, stałe wykorzystywanie postów na portalach społecznościowych – to tylko niektóre ze sposób tworzenia niezależnych mediów współczesnej Ukrainy. I choć hromadske.tv udostępnia wyłącznie wiadomości i dyskusje poświęcone sprawom politycznym i społecznym, zyskuje popularność w zawrotnym tempie. Jeśli dodamy do tego wspomniany we wstępie trend na Twitterze uzyskamy obraz zaskakująco podobny do tego, co działo się w czasie Arabskiej Wiosny. Sytuacja na Ukrainie tym jednak różni się od tego, co działo się w krajach arabskich, że całkowicie przemocy ze strony protestujących – izolowane jej przypadki to raczej prowokacje zorganizowane przez tak zwanych „titushki” (takim mianem określa się grupy chuliganów i członków gangów ulicznych, którzy za pieniądze uczestniczą w wiecach partii rządzącej, ale także biją antyrządowych demonstrantów, jak choćby w maju 2012, kiedy zaatakowali dziennikarzy relacjonujących protesty).
 
Wracając do ukraińskich ulic, 25-ego listopada zaczęły się strajki uniwersytetów. Na początku dotyczyło to miast na zachodzie kraju, ale już 27-ego dołączyła do tego ruchu duża grupa uczelni kijowskich. W miastach nie widać symboli partyjnych, to także sytuacja bezprecedensowa – na ulicach wiszą tylko flagi Ukrainy, Unii Europejskiej i wielu innych krajów, których obywatele wspierają protesty.
 
Przed szczytem w Wilnie, w prasie Ukraińskiej dominowało przekonanie, że prezydent Janukowycz wyrażał się sceptycznie o integracji europejskiej, grając na uzyskanie jak najlepszych warunków porozumienia. Nawet najwięksi pesymiści uważali, że umowa stowarzyszeniowa zostanie ostatecznie podpisana. Niestety, pomylili się. 29-ego listopada zawiedzione zostały nadzieje narodu. Wilno stało się dla Ukraińców momentem historycznym. Ludzie na ulicach powiedzieliby pewnie, że historycznym w sensie negatywnym.
 
Po fiasku rozmów, tłum na Majdanie znów zaczął rosnąć. W czasie gdy piszę to zdanie jest tam już 50 tysięcy ludzi, ale liczba ta nadal rośnie. Co się stanie później – tego nie wie nikt. Gdy do kraju dotarła wiadomość o tym, że porozumienie nie zostanie podpisane, wielu ludzi było zdezorientowanych, mało kto chciał w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony, ludzie są zdeterminowani, by osiągnąć swój cel. Niejasne jest tylko to, jak zamierzają to zrobić. Niektórzy liczą, że pokojowe demonstracje doprowadzą do nadzwyczajnych wyborów. Ci jednak zdają się być w mniejszości, coraz silniejsze są radykalne głosy wzywające do rozwiązań siłowych, co w oczywisty sposób będzie musiało prowadzić do rozlewu krwi i ofiar w ludziach.
 
Oto kolejna karta politycznej walki. Kto może powiedzieć, jak się ona skończy? Można tylko liczyć, że ludzie nie przestaną wierzyć w siebie, w swój cel i w swoją jedność. To może być nasza ostatnia szansa.
 
PS: W nocy 30-ego listopada, około 4 rano, Euromajdan został zaatakowany przez siły specjalne, które biły protestujących, w tym także starszych ludzi, choć nie stawiali oni żadnego oporu. Dzień dobry Ukraino! Obudziłaś się na Białorusi.
 
Sobota 30 listopada 2013
 
Wiele wydarzyło się podczas tych dwóch dni. Dotychczas starałem się obiektywnie opisywać wydarzenia, jednak w tym momencie nie mogę być już spokojny (I cannot keep calm) i nie ma to nic wspólnego z moimi poglądami politycznymi na temat integracji europejskiej.
 
Brutalne rozbicie demonstracji na Majdanie nad ranem 30 listopada nie ma żadnego usprawiedliwienia. Nie będę nawet starał się przywoływać kilku zabawnych wytłumaczeń tych zdarzeń, które podawała władza, ponieważ są całkowicie absurdalne. Pokazują też zupełny brak szacunku władz do wszystkich obywateli Ukrainy i europejskich polityków, którym Janukowycz obiecał na szczycie w Wilnie, że nie będzie żadnych rozwiązań siłowych wobec demonstrujących. Już następnego dnia zobaczyliśmy, co oznaczaj jego obietnice!
 
W nocy z 30 listopada siły specjalne brutalnie rozpędziły Euromaidan. Pobito pokojowo protestujących, w tym ludzi starszych i studentów. Wielu ludzi zostało rannych włączając w to kobiety. Unia Europejska i Stany Zjednoczone obiecały wyciągnąć bardzo surowe konsekwencje z działań Kijowa. “Dzień dobry Ukraińcy! Obudziliście się w Białorusi!” – taka była moja pierwsza reakcja, ale dzięki bogu myliłem się.
Demonstracje i brutalne jej zakończenie można zobaczyć na wideo nakręconym przez Olgę Kapdhor, ukraińską dziennikarkę.
 
Ukraina jednak to nie Rosja, ani Białoruś. Reakcja społeczeństwa ukraińskiego całkowicie mnie zaskoczyła i co ważniejsze dała mi nadzieję, że ludzie nie są niedowiarkami – mimo że nic się nie zmieniło po tym, jak Juszczenko doszedł do władzy po Pomarańczowej Rewolucji w 2004 roku, mimo wszystkich wysiłków późniejszej władzy, aby pokazać, że obywatele nie mają znaczenia i nic nie mogą zmienić, wiary w zmianę nie udało się zabić. Gdy pojawia się realne zagrożenie, ludzie konsolidują się i są w stanie stanąć do walki o swoje prawa. Szczególnie gdy chodzi nie o sprawy materialne, ale o podstawowe prawo do życia bez strachu o siebie i swoje dzieci. Gdy rząd próbował zdusić głos ludzi, w pierwszej chwili nie byli przygotowani na odpowiednią reakcję. Ale co ważniejsze, gdy już odpowiedzieli to akcja była pokojowa, inteligentna i stanowcza.
 
Po porannej akcji policji około trzydzieści osób zostało poważnie rannych, kilkanaście pozostało w szpitalach, a kolejne trzydzieści aresztowano. Pozostali schronili się w klasztorze Michajłowskim oraz w okolicach placu. Ostatni raz Kijowianie chowali się w tym monastyrze w XIII wieku podczas inwazji mongolskiej. Już o poranku ludzie, którzy usłyszeli o “rozbiciu” Majdanu zaczęli się gromadzić w tym miejscu.
 
Opozycyjni liderzy zupełnie nieoczekiwanie zaczęli namawiać ludzi, aby tego dnia się nie zbierali, ale przyszli na plac w niedzielę 1 grudnia. Nie jest jasne jaka za tym stała logika. Mimo to pomiędzy godziną 6. a 7. około trzydziestu-czterdziestu tysięcy manifestantów zebrało się na placu domagając się reakcji społeczeństwa na brutalne działania władz.
 
Następnego dnia doczekali się reakcji. Najbardziej optymistyczne przewidywania na temat zapowiadanej liczby protestujących zakładały liczbę 300 tys.. Osobiście za sukces uważałem możliwość zgromadzenia 100-150 tys. ludzi, czyli tyle ile zebrało się na Majdanie tydzień temu, 24 listopada. Jednak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych – po którym zdecydowanie nie powinniśmy się spodziewać w tym przypadku zawyżania cyfr – podało, że na ulice stolicy Ukrainy 1 grudnia wyszło 1,6 miliona ludzi (Kijów liczy niecałe 3 miliony mieszkańców). Stało się tak nawet pomimo działań władz, które starały się blikując niektóre drogi dojazdowe, nie wpuścić do Kijowa ogromnej ilości samochodów i autobusów zjeżdżających z całego kraju, aby wspierać narodowe manifestacje.
 
Dzięki swej skali wydarzenie to już otrzymało tytuł największego w historii Ukrainy.
 
Relacje biorących udział w niedzielnych demonstracjach są tylko i wyłącznie pozytywne. Ludzie w mediach społecznościowych informują, że nie było agresji, wszyscy byli bardzo mili, nie było również ludzi nietrzeźwych, czy podpitych. Mój przyjaciel użył nawet słów, którymi zazwyczaj nie określa się protestującego tłumu: myślący i inteligentni. A ponadto, mimo że Kijów jest miastem dwujęzycznym, gdzie dominuje rosyjski podczas protestu wszyscy mówili po ukraińsku. To nie tylko znak zjednoczenia, ale również protest przeciwko Rosji i jej próby kolonizacji Ukrainy.
 
W tym samym czasie na ulicy Bankowej obok budynków Administracji Prezydenta grupa młodych ludzi zaczęli atak na ochraniające budynek oddziały policji. Według Inny Bogosłowskiej, byłej członkini Partii Regionów, która opuściła ją na znak protestu przeciw rozbiciu demonstracji 30 listopada, byli to prowokatorzy od Wiktora Miedwedczuka i uważanej za pro-rosyjską grupę “Ukraiński wybór”.
 
Demonstracje w Kijowie nie ustały. Ich sukces lub porażka zależy od zachowania protestujących. Czy są gotowi do tego aby wytrwać tam do końca? Czy będą protestować w cywilizowany, europejski sposób? Odpowiedź na dziś brzmi – tak. Jednak już wkrótce zobaczymy czy protest przetrwa. Cokolwiek się stanie 1 grudnia, moi rodacy uczynili mnie dumnym z bycia Ukraińcem.
 
Dotychczas byłem dość sceptyczny wobec perspektyw członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej. Dziś widzę, że się myliłem. Ci ludzie na ulicy nie są tylko i wyłącznie gotowi do bycia częścią Europy, oni już się nią stali.
 
1 grudnia 2013