dwutygodnik internetowy
13.06.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

EURO 2016: Równi wśród równych

To chyba najważniejszy efekt powiększenia finałów do 24 drużyn. Na starcie eliminacji właściwie każdy w Europie mógł marzyć o awansie do Francji. Drużyny, którym udało się go wywalczyć, nie przestają wierzyć, że to może być ich turniej. Formuła mistrzostw – z każdym rywalem rozgrywa się jeden mecz i nie ma, jak w piłce klubowej, rewanżów – premiuje niespodzianki.

ilustr.: Tomasz Obiński

ilustr.: Tomasz Obiński

Popularny ostatnio podział świata na centrum, półperyferie i peryferie idealnie pozwala sklasyfikować europejską piłkę klubową. Mamy więc dwa kraje centrum: Hiszpanię i Anglię, możemy dołączyć do nich jeszcze trzy miasta: Monachium, Paryż i Turyn. Potem następuje długa lista lig półperyferyjnych, jednych – jak niemiecka – znajdujących się blisko centrum, innych – jak ukraińska – oddalających się od niego. Wreszcie kraje w piłce klubowej peryferyjne, których najlepszym przykładem jest Polska, od dwudziestu lat czekająca na awans mistrza kraju do upragnionego raju – Ligi Mistrzów.

Hiszpania to centrum, a właściwie hegemon pod względem sportowym. W ostatnich dziesięciu latach drużyny z tego kraju wygrały Ligę Mistrzów pięć razy. W ostatnich trzech latach odniosły trzy tryumfy. Jeśli dodamy do tego trzy zwycięstwa Sewilli w trzech ostatnich edycjach Ligi Europy i trzy wygrane hiszpańskiej kadry w czterech dużych turniejach międzynarodowych (Mistrzostwa Świata i Europy), zobaczymy bezprecedensową dominację w historii piłki. Bardziej szczegółowy ogląd sytuacji tylko utwierdzi nas w tym przekonaniu. Europejskie rozgrywki stały się właściwie miejscem do załatwiania wewnątrzhiszpańskich porachunków. Rywalizacja ta jest tym ciekawsza, że do dwóch odwiecznych tytanów – Realu Madryt i FC Barcelony – dołączyło Atletico Madryt. I tak jedyną drużyną potrafiącą wyeliminować w ostatnich trzech sezonach Ligi Mistrzów Barcelonę jest Atletico (dokonało tego dwa razy). A jedynym klubem, który jest w stanie powstrzymać (trzy razy z rządu, w tym dwa w finale) gang Diego Simone w drodze po upragniony puchar, jest regularnie otrzymujący w lidze baty od rywali zza miedzy, ale nadal dominujący w Europie, Real Madryt. Tylko jeden klub – Juventus Turyn – w ciągu ostatnich trzech lat wyeliminowała kogoś z trójki Real–Barca–Atletico. Warto wspomnieć, że decydujące o awansie bramki dla Starej Damy strzelił wykupiony na dwa lata z Madrytu wychowanek Realu Alvaro Morata. Historię tę można by ciągnąć właściwie w nieskończoność. Podobna, wewnątrzhiszpańska rywalizacja rozgrywa się również w Lidze Europy.

W tyle za Hiszpanami

Drugim centrum, tym razem nie sportowym, lecz biznesowym, jest Anglia. Tamtejsza liga, równo rozdzielająca przychody z praw telewizyjnych między kluby jako produkt finansowy, nie ma sobie równych w świecie footballu. Dzięki ogromnym i równo rozdzielanym pieniądzom wszystkie tamtejsze kluby stać na transfery, o których średniacy z innych europejskich lig mogą tylko pomarzyć. Równościowy system sprawia, że choć ligę tę trudno nazwać najlepszą sportowo (skoro Anglicy na europejskim podwórku dostają ostatnio baty i to nie tylko od Hiszpanów), to zdecydowanie są to rozgrywki najciekawsze – każdy mecz trzyma w napięciu, a faworyci przegrywają tu zdecydowanie najczęściej. Dowodem jest historia Leicester City, klubu, który w kwietniu 2015 roku był ostatni w tabeli, świetną końcówką sezonu zapewnił sobie utrzymanie, a w tym roku, ku rozpaczy bukmacherów, wygrał ligę. Przed sezonem eksperci prawdopodobieństwo mistrzostwa dla Leicester oceniali na 1:5000.

Wreszcie trzy miasta: Monachium, Paryż i Turyn. Rezydujące w nich kluby łączy całkowita dominacja we własnych ligach krajowych – Juventus wygrał mistrzostwo Włoch pięć razy z rzędu, PSG i Bayern mistrzostwo odpowiednio Francji i Niemiec cztery razy pod rząd. Oprócz dominacji ilościowej kluby te deklasują rywali jakościowo, PSG nad drugim w tabeli Lyonem miało więcej punktów przewagi niż Lyon nad dziewiętnastym, przedostatnim, GFC Ajaccio. Wreszcie trzy wymienione kluby próbują podnieść rękawice i stanąć do walki z Hiszpanami w Lidze Mistrzów. Juventusowi udało się nawet wyeliminować Real Madryt i dojść do finału, gdzie przegrał z Barceloną. Bayern od trzech lat próbuje pokonać w półfinale jakąś hiszpańską drużynę. Rok po roku eliminował go Real, Barca, a w tym sezonie Atletico.

Dalej ligi półperyferyjne – goniąca pod względem sportowym Hiszpanów, a biznesowym Anglików, mająca szanse w najbliższym czasie dostać się do centrum liga niemiecka. Od pewnego czasu stojące w miejscu włoska, francuska czy holenderska. Mieszczące się na krańcach Europy rosyjska, ukraińska i portugalska. Kluby z tych krajów próbują rywalizować w europejskich pucharach, czasem udaje im się dojść do finałów, jednak o wygrywanie trofeów jest coraz trudniej (ostatni tryumf w Lidze Mistrzów spoza klubów sklasyfikowanych w centrum zanotował Inter Mediolan w 2010, w Lidze Europy FC Porto w 2011 roku). Każda z tych lig ma swoją charakterystykę i swoje problemy. Portugalia i Holandia to kraje dość małe, których kluby, przy obecnym modelu finansowym footballu, chyba nigdy już nie wyjdą poza model szlifowania talentów i sprzedawania ich za ogromne pieniądze na większe „rynki zbytu”. Rosjanom i Ukraińcom nie sprzyja klimat, a ostatnio również sytuacja polityczna. Włosi, w pierwszej dekadzie XXI wieku skutecznie rywalizujący na salonach Ligi Mistrzów, pogrążyli się w kryzysie finansowym, z którego nie potrafią znaleźć drogi wyjścia.

Na końcu peryferie. Ligi Skandynawskie, Bałkańskie, kraje Europy Środkowowschodniej – Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia. Tak jakby klubowa mapa Europy zatrzymała się w roku 1000. Wtedy kraje te jako ostatnie, przyjmując Chrzest, dołączały do kręgu kultury łacińskiej. Dziś, pomimo tego, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu Steaua Bukareszt, Partizan Belgrad czy Górnik Zabrze potrafiły docierać do finałów europejskich rozgrywek, znów wyglądają jak ktoś w europejskiej piłce klubowej zupełnie nowy. Celem nadrzędnym dla mistrzów z peryferii, dla polskich klubów nieosiągalnym od dwudziestu lat, jest dostanie się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Ewentualny awans do fazy pucharowej tych rozgrywek to sfera marzeń, właściwie niemożliwych do zrealizowania.

Globalizacja z korzyścią dla reprezentacji 

Zwiększające się z roku na rok nierówności w piłce klubowej przynoszą zaskakujący skutek dla rozgrywek reprezentacyjnych. Rosnąca globalizacja pozwala, nie tylko największym klubom, wyciągać talenty z całego świata w wieku młodzieńczym czy nawet dziecięcym. Robert Lewandowski, aby pojechać na Zachód, musiał zostać królem strzelców ligi polskiej. Piłkarzom kilka lat młodszym od niego do transferu wystarczyła już tylko jedna, dobrze rozegrana runda w Ekstraklasie (przypadki Milika, Stępińskiego, Wolskiego). Kluby, nawet z lig półperyferyjnych, obserwują właściwie wszystkie możliwe rozgrywki, nie chcąc przegapić żadnego potencjalnego talentu, a ich przewaga finansowa nad peryferiami pozwala testować właściwie do woli (z wymienionych trzech polskich piłkarzy dotychczas tylko Milik zrobił karierę na Zachodzie). Każdy, kogo tylko na to stać, drenuje biedniejszych od siebie. Pozbawiane coraz wcześniej krajowych talentów kluby z lig peryferyjnych nie są i raczej nie będą w stanie podjąć rywalizacji na europejskim forum.

To, co zabójcze dla klubów, staje się zbawienne dla reprezentacji. Po pierwsze największe talenty z każdego kraju przez coraz większą część kariery trenują pod okiem najlepszych specjalistów. Po drugie – obierają miejsce w najlepszych klubach piłkarzom miejscowym. W Bayernie Monachium kluczową postacią w obronie jest Austriak (Dawid Alaba), w pomocy Chilijczyk (Arturo Vidal), w ataku Polak (Robert Lewandowski). W Realu Madryt z przodu rządzą Portugalczyk (Cristiano Ronaldo) i Walijczyk ( Gareth Bale), dostępu do bramki Królewskich strzeże reprezentant Kostaryki (Keylor Navas), w bramce Barcelony mamy Chilijczyka (Claudio Bravo), pomocą hiszpańskich klubów sterują Chorwaci (Luka Modrić i Ivan Rakitić).

Hierarchia w europejskiej piłce nadal pozostaje klarowna. Za faworytów Euro 2016 uznaje się Niemców, Hiszpanów i Francuzów. Kraje te mają tylu wybitnych piłkarzy, że mogłyby pewnie wystawić w turnieju dwie lub trzy świetne jedenastki. Jednak nawet giganci zaczynają mieć – być może spowodowane rosnącą globalizacją – problemy. Niemcy nie mają napastnika i prawego obrońcy z prawdziwego zdarzenia. Mogą tylko zazdrościć nam biegających na tych pozycjach Roberta Lewandowskiego (król strzelców Bundesligi) i Łukasza Piszczka (najlepszy prawy obrońca Bundesligi). Hiszpanie, zawsze posiadający w ataku nadmiar bogactwa (Raúl González, Fernando Torres, David Villa), na turniej do Francji wysyłają trzydziestopięcioletniego Aritza Aduriza, Álvaro Morate i Nolito – piłkarzy, przynajmniej w porównaniu z wcześniejszymi gwiazdami, raczej anonimowych.

Euro pełne wiary

Tymczasem Euro rozszerzono do 24 drużyn. Wydawać by się mogło, że w efekcie mistrzostwa będą bardziej przewidywalne – giganci spotkają się z zespołami, które dotychczas były w ogóle za słabe, by na turniej się dostać, i spuszczą im lanie. Historia eliminacji do turnieju we Francji każe taki wniosek postawić pod znakiem zapytania. Reprezentacje debiutujące lub wracające na Euro po długiej przerwie nie dostały się bowiem do Francji dlatego, że zwiększono limit miejsc. Jako pierwsze w swoich grupach miejsce w turnieju zaklepały sobie Islandia (dwa razy pokonała Holandię) i Walia (wygrała i zremisowała z Belgią). Drużyny te nie wygrały swoich grup, bo ostatnie mecze traktowały właściwie jako towarzyskie. Ta sztuka, zwycięstwo w grupie, udała się natomiast Irlandii Północnej i Austrii. Wszystko to kraje, których ligi można uznać maksymalnie za peryferyjne, jeśli nie pół-amatorskie.

Poza naszpikowanymi gwiazdami kadrami Niemiec, Hiszpanii, Francji i Belgii resztę drużyn na Euro w przybliżeniu podzielić można na dwie grupy. Bazujące na gwiazdach na co dzień walczących w krajach centrum reprezentacje prowadzone przez super napastników: Polskę (z Robertem Lewandowskim, królem strzelców Bundesligi), Szwecję (ze Zlatanem Ibrahimovićem, królem strzelców ligi francuskiej), Portugalię (z najlepszym strzelcem Ligi Mistrzówm, Cristiano Ronaldo) czy Walię (z Garethem Balem) i wielkich rozgrywających: Chorwację (z Modrićem i Rakitićem), Słowację (z Hamšikiem) czy Austrię (z Alabą, który w reprezentacji gra w środku pomocy).

Drugą grupę tworzą drużyny pozbawione wielkich gwiazd, w związku z tym szukające atutów gdzie indziej. One z kolei bazują na żelaznej dyscyplinie taktycznej, perfekcyjnie wypracowanych stałych fragmentach gry, a przede wszystkim zbudowaniu ducha zespołu, dzięki któremu piłkarze, na co dzień występujący na peryferiach klubowej piłki, w meczach reprezentacji potrafią jak równy z równym rywalizować z gwiazdami z centrum (najlepszym przykładem jest tu nasz grupowy rywal – Irlandia Północna).

To chyba najważniejszy efekt powiększenia finałów do 24 drużyn. Na starcie eliminacji właściwie każdy w Europie mógł marzyć o awansie do Francji. Drużyny, którym udało się go wywalczyć, nie przestają wierzyć, że to może być ich turniej (przecież z większości grup awansują dalej trzy z czterech zespołów, a jak pokazuje przykład Grecji z 2004 roku: w fazie pucharowej może zdarzyć się wszystko). Formuła mistrzostw – z każdym rywalem rozgrywa się jeden mecz i nie ma, jak w piłce klubowej, rewanżów – premiuje niespodzianki.

***

Te dwa aspekty – piłkarska globalizacja, ułatwiająca wchodzenie na najwyższy światowy poziom piłkarzom ze wszystkich krajów, i rozszerzona formuła mistrzostw, w których wystąpią 24 drużyny, a do fazy pucharowej awansuje aż 16 zespołów, sprawiają, że po coraz bardziej przewidywalnych rozgrywkach klubowych (parafrazując słowa Garego Linekera – startują w nich wszyscy, a i tak wygrywają kluby z Hiszpanii), możemy być świadkami mistrzostw pełnych zaskoczeń. Żaden z faworytów nie przeszedł przez eliminacje bez szwanku: Niemcy przegrały z Polską i Irlandią, Hiszpanie dali się pokonać Słowakom, Belgowie nie znaleźli sposobu na Walijczyków. Francja jako gospodarz w eliminacjach nie startowała. Na Euro każda taka wpadka kosztować może odpadnięcie z turnieju i dać awans do dalszej fazy jakiemuś kopciuszkowi.

Dokąd w mistrzostwach zajedzie Polska? Choć serce nieśmiało podpowiada półfinał, przewidzieć to jest niezwykle trudno. Zdecydowanie prościej jest prorokować, że zarówno z Niemcami, jak i z Irlandczykami z Północy będziemy walczyć jak równy z równym.