dwutygodnik internetowy
21.04.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Eucharystia w dobie kryzysu ponowoczesności

Dogmatów nie należy czytać literalnie, nie przekazują nam takiej wiedzy, jaką daje nauka. Mają za zadanie doprowadzać nas do Prawdy.

ilustr.: Antek Sieczkowski

Dogmaty nie przynależą do domeny wiedzy. Nie „wiemy” o tym, że Chrystus jest obecny w Eucharystii. My w to wierzymy, a przez to jest on nam prawdą – prawdą absolutną, która przekracza naszą wiedzę.
 
Dzisiejsze fałszywe rozumowanie, że dogmat przekazuje nam informacje na określony temat, ma swe źródło w aktualnym kryzysie wiedzy, która rozumiana jest w sposób pozytywny (a więc może być falsyfikowalna). Taki los zgotował nam poniekąd Kartezjusz, choć może winę ponosi już Jan Duns Szkot, jak głosi jedna z tez Radykalnej Ortodoksji. Dogmaty traktujemy w sposób pozytywny i literalny, jako zbiór informacji, które poszerzają naszą wiedzę w danej sprawie. Msza wewnątrz takiego systemu rozumowania jawi się konsekwentnie jako świecki spektakl, pusty performans, a w zasadzie baudrillardowska symulacja – znaki i symbole są przypadkowe, nie związane ze sobą, są symulakrami, czyli obrazami nie odnoszącymi się do niczego poza sobą samymi, czystym pozorem. Jako uczestnicy takiego spektaklu patrzymy a nie widzimy, słuchamy a nie słyszymy, mówimy a nie rozumiemy. Nie bójmy się przyznać: w tym ujęciu największy symulakr-fetysz to Eucharystia. Bo „wiemy” czym jest. Posiadamy pewną informację: Eucharystia to Chrystus. Nie rozumiemy, a raczej „rozumiemy” naiwnie – bo wydaje nam się, że posiadamy pozytywną wiedzę, pewność. Nie ma nic tajemniczego, a jeśli jest „tajemnica” to na zasadzie passusu w znanej nam i „rozumianej” przez nas definicji dogmatu. „Dokonuje się tajemnica” – ale co to dzisiaj znaczy?
 
Dogmatów nie należy czytać literalnie, nie przekazują nam takiej wiedzy, jaką daje nauka. Mają za zadanie doprowadzać nas do Prawdy. Nie powinniśmy ich rozumieć w sposób statyczny, jako stwierdzenie faktu, lecz na sposób pedagogiczny i anagogiczny – wychowujący, prowadzący nas do Boga i uwznioślający naszego ducha. Historia dogmatów nie składa się z „wynajdywania” czy „odkrywania” pewnych prawd – jest jedynie werbalizacją tego, co w Kościele istniało już od wieków: w wierze, zwyczajach, obrzędach. Sama formuła dogmatu to nic innego jak postawienie kropki na końcu zdania przez Magisterium. Trzeba uważać, by poprzez pragnienie ortodoksji nie zostać fałszywymi fundamentalistami, absolutyzującymi literę i wyizolowane „prawdy” (de facto definicje) – i zostać w ten sposób kuratorami pilnującymi eksponatów w muzeum, szczegółowo opisanych i posegregowanych, gdzie wszystko jest skatalogowane i na wszystkie obiekcje są gotowe odpowiedzi (jak opisywał neotomistów de Lubac). De Lubac ponad pół wieku temu ostrzegał przed tym, że w nowożytności teologia (nawet przez osoby uważające się za ortodoksyjne) jest traktowana w ten sam sposób jak nauki naturalne – z tą różnicą, że dane są czerpane z objawienia, a nie z empirii.
 
Nie można uznawać dogmatów za arbitralne, samodzielne elementy przekazujące nam pewne konkretne informacje czy dane. Dogmat jest o tyle czytelny o ile występuje w sieci wszelkich dogmatów (tych wyartykułowanych i tych ukrytych, choć obecnych), całego dostępnego nam Objawienia – wszystkich jego odłamków, ziaren, których Kościół jest depozytariuszem. Dogmaty istnieją w tej pajęczej sieci powiązań. Każdy z nich ma nam pełniej odsłaniać prawdę, objawioną w konkretnej osobie i w konkretnym czasie – w Jezusie z Nazaretu, który jest Logosem.
 
Sens w świecie białek i atomów
 
Dogmaty nie przynależą do domeny wiedzy (w jej klasycznej wykładni). Należy przyznać, że nie mamy dostępu do jakiegoś ogólnego oglądu rzeczywistości, dostępu do pełnej wiedzy o świecie, wszelkich informacji. Poznanie, które dają nam dogmaty jest zupełnie inne od poznania naukowego. Św. Grzegorz z Nyssy mówi nam, że „Poznanie, zgodnie ze swoim znaczeniem, nie zawsze oznacza wiedzę, ale usposobienie względem tego, co pożądane…”. Scjentystyczna diagnoza człowieczeństwa jest brutalna: jesteśmy mutacjami białka, strumieniami atomów, nie ma w nas nic nadzwyczajnego i nieprzewidywalnego. Bardziej poetycko – jesteśmy pyłem, niczym, tańczącymi marionetkami, które ostatecznie toczą czerwie. Objawienie nie daje nam wiedzy, nie sprawia, że przestajemy być tą zbitką komórek, przeprowadzających skomplikowane biochemiczne procesy. Objawienie jest jednak zdarzeniem, które tworzy wyłom w naszym sposobie postrzegania rzeczywistości. Po nim nic już nie jest takie samo. Całe objawienie jest promieniującą szczeliną w strukturze kosmosu, przez którą prześwietla na nas Boża Chwała. Wcielenie Boga, jako niewyobrażalne, stało się (factum est). To czego nie można uchwycić, do czego nie można dojść poprzez nasze pojmowanie wiedzy. Objawienie to nie zbiór informacji. To rozdarcie, które pozwala nam zerknąć w otchłań niewyobrażalnego. Jest paradoksem par excellence.
 
W każdym momencie przeistoczenia się, przy każdej zdarzającej się eucharystii, to niewyobrażalne uobecnia się. Objawienie nadaje sens, odsłania cel. Dogmaty pomagają nam dostrzeganie tych pęknięć w rzeczywistości, w odsłonięciu sensu. Należy uważać, by nie stały się one fetyszami, ekranami przysłaniającymi nam te szczeliny – by nie były li tylko literą i prawem. Tak i Chrystus obecny w eucharystii nie może być dla nas idolem, fetyszem, gdyż wtedy zasłoni nam światło, którego On nam udziela. Nie „wiemy” o tym, że Chrystus jest obecny w Eucharystii. My w to wierzymy, a przez to jest on nam prawdą – prawdą absolutną, która przekracza naszą wiedzę. Mamy do Niej dostęp tylko przez pęknięcie, odpryski, przez które Bóg może nam się darmo udzielać. Za tą wyrwą jest jedyna prawda dostępna wyłącznie w tajemnicy („Tajemnica, – pisze ks. Robert Woźniak – czyli zbawcze odsłonięcie się Boga, jest ostatecznym kryterium wszelkiej prawdy”).
 
Eucharystia to relacja
 
Pickstock i Milbank w „Truth in Aquinas” dają jednoznaczny wyraz temu, że Eucharystię należy rozumieć przede wszystkim w jej wymiarze relacyjnym (w relacji do wspólonty Kościoła) i eklezjalnym (dokładnie jako działanie eklazjalne – action of ecclesia), jak i partycypacyjnym. Bez tych elementów, rozumiejąc Eucharystię w sposób statyczny idolatryzujemy ją, tworzymy kolejny fetysz. W tradycji patrystycznej Eucharystia jako tajemnica (musterion) zakładała przybycie. Wcielenie musi być nieustannie obecne, musi być nam dawkowane, byśmy mogli przez to jak najbardziej bezpośrednie uczestnictwo (spożywanie) stawali się jednym ciałem Chrystusa.
 
W ostatniej tece Pressji Paweł Rojek w swoim tekście „Semiotyka Eucharystii” (Pressje XXXII-XXXIII) rozwinął koncepcję metonimiczności Ciała i Krwi Chrystusa w Eucharystii. Jakkolwiek ta koncepcja wydaje się mieć większy potencjał niż klasyczne wykładnie, np. jeśli chodzi o aspekt partycypacyjny – wszyscy członkowie Kościoła spożywają i piją to same ciało i tą samą krew – rodzi jednak pewne problemy, gdyż w przeciwieństwie do relikwii świętych (które działają na podobnej metonimicznej zasadzie) Eucharystia nie dotyczy partykularnych, wyabastrachowanych fragmentów ciała Chrystusa, lecz pełni jego wcielenia. Wydaje się ponadto, że to ujęcie również podkreśla jedynie synchroniczną obecność Chrystusa, pomijając dynamiczny i eklezjotwórczy aspekt tego wydarzenia. Transsubstancjacja jako moment uobecnienia się Boga i Eucharystia muszą być postrzegana jako dar samoudzielającego się Boga, a nie wyabstrahowany fakt. Jakkolwiek metonimiczna interpretacja transsubstancjacji wydaje mi się jak najbardziej ortodoksyjna, gdyż podkreśla rzeczywistą i pełną obecność Boga w chlebie i winie, nie jest wystarczająca – pomija bowiem cały aspekt czasowy i dynamiczny. Rojek ma dobrą intuicję pisząc, że „przeistoczenie chleba i wina musiałoby mieć swój dalszy ciąg w rzeczywistym przeistoczeniu człowieka”, gdyż jak piszą Pickstock i Milbank w odniesieniu do Eucharystii u Tomasza z Akwinu: Eucharystia, w dalece intymniejszy sposób, poprzez smak, włącza nas w boską substancję, dlatego iż stając się częścią ciała Chrystusa jesteśmy włączeni w samą unię hipostatyczną”.
 
Eucharystia nie może być postrzegana jako fetysz – nie dlatego, że jest to termin obcy tradycji teologicznej, ale z tego względu, że fetysz zakrywa to co Realne, jest idolem. Poprzez transsubstancjację Bóg się nam odkrywa, eucharystia więc nie może stanowić zasłony przed Prawdą. Pojęcie transsubstancjacji w ujęciu Akwinaty, jak twierdzą Pickstock i Milbank, są jak najdalsze od rozumienia Eucharystii jako fetyszu. Fetyszyzacja obecności Chrystusa w Eucharystii skupia się tylko na fakcie przyjęcia Ciała i Krwi. Z kolei w ortodoksyjnym ujęciu nie można pominąć wartości niegasnącego pragnienia otrzymania Eucharystii oraz partycypacji w żywym ciele Chrystusa, które są niczym innym jak zbawczym pragnieniem Boga.
 
Rozdarcie zasłony (ekranu) w świątyni w momencie śmierci Jezusa odsłania to, co było niewyobrażalne dla Żydów – śmierć samego Boga. Największe tabu żydowskie zostało przełamane w tym jedynym wydarzeniu – wcieleniu i śmierci Chrystusa. Święte świętych staje się puste – zostaje pustym znakiem. A to co było dotychczas zasłonięte przez Prawo i literę zostało ostatecznie odsłonięte w jedynym swojego rodzaju wydarzeniu. To niewyobrażalne nie pozwala na to, by świat funkcjonował dalej tak samo. Jest to największy, niepojęty skandalon, którego ludzkość nie jest w stanie przyjąć inaczej jak poprzez wiarę. Gdyż nigdy nie będziemy mieli wglądu w większy obraz, nigdy nie będziemy wiedzieć co tak naprawdę się zdarzyło. Prawda nas nieskończenie przerasta. Owo jedyne w swym rodzaju wydarzenie jest nieustannie i ciągle powtarzane wewnątrz wspólnoty Kościoła. Bóg staje się obecny w naszym całkowicie przyziemnym i zwyczajnym życiu, co podkreśla traumatyczność tego wydarzenia (jak widzi to Marcus Pound w swym lacanowskim ujęciu eucharystii).
 

  • Pawel Kozupa

    Dziękuję za ten tekst. W czasach gdy niektórzy katoliccy dziennikarze młodego pokolenia o tzw. ortodoksyjnym odchyleniu śmieją się z fragmentów Mszy Św. (między innymi z czwartej modlitwy Eucharystycznej) dobrze jest przypomnieć w jakim świecie żyjemy, z jaką wizją człowieka mamy do czynienia przez projekcję naukowego paradygmatu na społeczeństwo i człowieczeństwo. Czwarta modlitwa przypomina nam o jeszcze jednym, bardziej dramatycznym, aspekcie Eucharystii: (fragment) “Wejrzyj, Boże, na Ofiarę, * którą sam dałeś swojemu Kościołowi * i spraw, aby wszyscy, którzy będą spożywali ten sam Chleb, * i pili z jednego Kielicha, * zostali przez Ducha Świętego złączeni w jedno ciało * i stali się w Chrystusie żywą ofiarą ku Twojej chwale.” Słowa o Chlebie i Kielichu pojmuje się w sposób statyczny ale przecież świadomość że przez wiarę (dar Ducha Św.) wtopieni jesteśmy w Kościół mistyczny. ofiarniczy – to jest wspaniała, dynamiczna perspektywa w tym ponowoczesnym świecie.