dwutygodnik internetowy
19.11.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Erasmus do naprawy

Selekcja majątkowa nie potrzebuje prawnych zapisów – jest tylko ubocznym skutkiem tego, jak zorganizowany jest program Erasmusa oraz wisienką na torcie nierówności konserwowanych przez system edukacji na kolejnych jego etapach.

Ilustr.: Urszula Woźniak

Wyjazdy na Erasmusa dorobiły się własnej legendy. Zgodnie z nią Erasmus to synonim sposobu na „długie wakacje” za granicą, beztroski czas spędzony w przyjemnym (najlepiej śródziemnomorskim) mieście, towarzystwo ludzi z całej Europy. Jednym słowem, niekończące się przygody i imprezy, a to wszystko za pieniądze Unii Europejskiej. Jest w tej legendzie pewnie trochę prawdy, jednocześnie jednak nie brakuje studentów realizujących nieco bardziej naukowy model wyjazdu. Niezależnie od tego, w jakim celu studenci wyjeżdżają, korzyści dla ich rozwoju osobistego i przyszłej kariery zawodowej płyną podczas pobytu za granicą w dużej mierze „mimochodem” – choćby poprzez poprawę znajomości języka i kontakt z odmienną kulturą.

Tym bardziej niepokoi dostrzegana przez wiele osób znających studenckie realia tendencja, polegająca na selekcji osób wyjeżdżających na Erasmusa ze względu na ich status majątkowy czy, mówiąc ogólniej, społeczne pochodzenie. Prowadzi to do sytuacji, w której z dobrodziejstw programu korzystają głównie ci studenci, którzy już wcześniej mieli okazję w dobrej szkole lub na prywatnych lekcjach porządnie nauczyć się języka lub też mogli pozwolić sobie na turystyczne wyjazdy za granicę. Rzadko wydają się natomiast jeździć ci, dla których studia oznaczały wybicie się z kiepskiej szkoły w małej miejscowości i wyzwanie związane z przeprowadzką do dużego miasta, a wypady za granicę, o ile mieli okazję takowe zaliczyć, były wypadami na saksy. Ktoś mógłby oburzyć się w tym miejscu, o jakiej selekcji właściwie mówię, skoro dziś nikt o zdrowych zmysłach nie ustanawia przecież przy aplikowaniu o stypendium żadnych formalnych cenzusów majątkowych ani nie sprawdza pochodzenia studentów. Selekcja, o której piszę, nie potrzebuje jednak prawnych zapisów – jest tylko ubocznym skutkiem tego, jak zorganizowany jest program Erasmusa oraz wisienką na torcie nierówności konserwowanych przez system edukacji na kolejnych jego etapach.

 

Jak to działa?

Pierwszą trudnością związaną z wyjazdem jest kwestia funduszy. Kwota stypendium Erasmusa w założeniu wystarczać ma na „wyrównanie różnicy pomiędzy kosztami życia w kraju i za granicą”. Założenie słuszne, tyle że bardziej deklarowane niż faktyczne – różnice kosztów życia między miastami polskimi (szczególnie biorąc pod uwagę miasta tańsze niż Warszawa – np. Kraków czy Lublin) a Paryżem, Londynem czy Kopenhagą są ogromne i przekraczają wysokość wypłacanego stypendium. Brak wystarczających środków do utrzymania się za granicą teoretycznie nie jest trudnością nie do przezwyciężenia – na miejscu można rozejrzeć się za studencką pracą i do stypendium dorabiać. Tyle tylko, że nie wszędzie w czasach kryzysu znalezienie pracy wypada brać za pewnik, więc strategia taka jest co najmniej ryzykowna, szczególnie dla studentów, którzy wiedzą, że rodzice nie będą w stanie ich wesprzeć, biorąc na siebie część kosztów pobytu.

Mówiąc o ryzyku, dochodzimy do kolejnej przeszkody, która, choć jest być może mniej „namacalna” niż kwestia funduszy, równie skutecznie może zamykać drogę do wyjazdu osobom o krótszym doświadczeniu życia w dużym mieście czy pochodzącym z rodzin o niższym statusie społecznym (co zresztą często się ze sobą wiąże). Aplikowanie o stypendium oraz organizacja zagranicznego wyjazdu wymagają zaradności i wiedzy. Przebicie się przez gąszcz formalności, załatwienie mieszkania, nawiązywanie znajomości w nieznanym środowisku, zaliczanie zajęć w obcym języku czy w końcu rozliczenie programu obarczone widmem oddawania pieniędzy za niespełnienie wymagań – te wszystkie czynności, które wielu skwituje stwierdzeniem:„wymagające, ale do ogarnięcia”, innych paraliżują i sprawiają, że nie chcą nawet spróbować. Nie chodzi mi o osoby z natury ceniące bezpieczeństwo i nielubiące wyzwań – mam raczej na myśli studentów, którzy podobne wyzwanie podjęli przyjeżdżając na studia z małej miejscowości. Już raz przeżyli szok kulturowy, być może musieli przebijać się przez mur niechęci „rdzennych” mieszkańców miasta. Obawiają się, czy poradziliby sobie w innym kraju, w warunkach jeszcze bardziej wymagających. Studentów wywodzących się z rodzin o niższym statusie społeczno-ekonomicznym dodatkowo ogranicza brak oparcia w środowisku – ich rodziny i znajomi niekoniecznie mogą służyć radą, jak się za organizację takiego wyjazdu zabrać.

Na deficyt tego typu „miękkich” umiejętności, dla których socjologowie ukuli pojęcie kapitału kulturowego, nakłada się dodatkowo kwestia znajomości języka. To kolejny zasób, w który, obok pieniędzy i wiedzy praktycznej, niektórzy studenci są nie ze swojej winy wyraźnie gorzej wyposażeni. Średni wynik matury z języka angielskiego na poziomie podstawowym wyniół w 2005 roku 63% na wsi, 71% w małych ośrodkach miejskich i 79% w miastach powyżej 100 tysięcy mieszkańców. Jeśli odrzucić trudną do obronienia tezę, że im mniejsza miejscowość, tym uczniowie bardziej leniwi, przytoczone statystyki wskazują na istotne różnice w poziomie nauczania języka obcego między szkołami wiejskimi, miasteczkowymi i wielkomiejskimi. W ten właśnie sposób zaniedbania na wcześniejszych etapach edukacji upośledzają pewne grupy studentów znacznie utrudniając im wyjazd na zagraniczne stypendium.

 

Równać w górę

Można pewnie znaleźć niejeden przypadek, w którym opisane wyżej mechanizmy nie zadziałały. To, że zdarzają się studenci, którym udało się wyjechać mimo barier związanych z ich społecznym pochodzeniem, nie podważa jednak istnienia samych barier. Prowadzą one do dwóch typów selekcji – przede wszystkim wielu studentów o niższym statusie społeczno-ekonomicznym w ogóle nie stara się o wyjazd na Erasmusa. Ci natomiast, którzy się odważą, narażają się na eliminację w procesie rekrutacji ze względu na niskie kompetencje językowe. Pierwszy z mechanizmów – rodzaj autoselekcji – powinien wzbudzić nasz szczególny niepokój, bo prowadzi choćby do sytuacji, w której na wielu wydziałach UW co roku zostają niewykorzystane miejsca na zagranicznych uniwersytetach – wydział podpisał międzyuczelnianą umowę, pieniądze są do wzięcia, a chętnych nie widać (i to w, wydawałoby się, atrakcyjnych dla polskich studentów krajach, takich jak Niemcy czy Francja).

Ciężkie unijne pieniądze, które mogłyby służyć wyrównywaniu szans na ostatniej prostej przed wejściem młodych ludzi na rynek pracy, zamiast tego konserwują wcześniejsze nierówności. Czy oznacza to, że jeśli leży nam na sercu dobro wspólne i sprawiedliwość społeczna, potrzebujemy Robin Hooda, który zabierze Erasmusa dzieciom z „dobrych domów” i odda tym, które miały gorszy start? Z pewnością nie. Studenci już na wstępie swobodnie poruszający się w międzynarodowych realiach mają okazję w pełni wykorzystać możliwości, jakimi dysponują ich zachodni koledzy i nie ma sensu ich takiej szansy rozwoju pozbawiać. Równajmy w górę, nie w dół!

To, czego w obecnym systemie brakuje, to mechanizmów wspierania osób, dla których wyjazd nie jest łatwy i oczywisty, choć są zdolne i pracowite. Nie jest to zadanie proste, gdyż nakłanianie do wyjazdu kogoś, kto nie zna języka, nie ma funduszy i jest przekonany, że sobie nie poradzi, byłoby nonsensem. Trzeba wpierw choć częściowo zmienić ten stan rzeczy. Tu jednak wyrasta przed nami kolejna trudność. Przyczyny nierówności wśród studentów sięgają bowiem, o czym była mowa powyżej, wcześniejszych etapów edukacji i tam należałoby im przeciwdziałać. Nie warto jednak ograniczać się do rytualnego postulowania rewolucji w całym systemie edukacji, gdyż pewną poprawę przynieść mogą zmiany organizacji samego Erasmusa oraz stworzenie infrastruktury wspierającej przygotowania do wyjazdów.

 

Po pierwsze warto zastanowić się nad zmianą sposobu finansowania wyjazdów. Wysokość przyznawanych środków można częściowo uzależnić od dochodów na głowę w rodzinie studenta. Ci, którzy mogą sobie na to pozwolić, dokładaliby do pobytu trochę więcej z własnej kieszeni, natomiast osoby w gorszej sytuacji materialnej zyskałyby szansę, żeby w ogóle wyjechać. Takie dzielenie pieniędzy może budzić kontrowersje, jeśli jednak rozumiemy sprawiedliwość społeczną jako równość rzeczywistych możliwości korzystania z ustanowionych praw, tego typu rozwiązanie jest uzasadnione.

Po drugie, potrzebne są aktywne formy docierania do osób, którym brakuje wiedzy, jak zabrać się za organizację wyjazdu. Przykładu dostarczają praktyki niemieckie, w ramach których funkcjonuje rozbudowany system wsparcia obsługiwany przez odpowiednio przeszkolonych studentów. Tamtejsze uniwersytety zatrudniają swoich własnych adeptów, by doradzali kolegom szukającym pomocy w różnych sprawach, takich jak chociażby przygotowanie się do zagranicznego wyjazdu (na marginesie warto dodać, że uniwersyteckie biura doradzają również w szeregu innych kwestii – np. gdzie szukać pomocy psychologicznej, socjalnej, wsparcia dla młodych matek etc.). Tego typu rozwiązania nie tylko ułatwiają zdobycie niezbędnych informacji – sprawiają również, że student decydujący się na aplikowanie o stypendium nie czuje się zdany tylko na siebie. Podobne inicjatywy w polskich warunkach (gdy trudno liczyć na środki pozwalające opłacać studenckich „doradców”) dobrze wpisywałyby się w działalność uczelnianego samorządu.

Na końcu wspomnieć wypada jeszcze o kwestii nauczania języków w toku szkolnictwa wyższego – marna jakość lektoratów oferowanych na wielu uczelniach stanowi rażące zaniedbanie. Dopóki prowadzenie zajęć językowych nie przestanie być traktowane przez wiele ośrodków akademickich jak dopust boży, ciężko będzie przełamać niekorzystny trend dzielenia studentów.

 

***

Przedstawione przykłady zmian nie wymagają wielkiej rewolucji w systemie edukacji. Są to działania możliwe do przeprowadzenia, ale pod jednym podstawowym warunkiem, że przestaniemy podtrzymywać fikcję o istnieniu w obecnym systemie równych szans dla wszystkich. Dopiero wtedy będziemy mieli rozeznanie sytuacji, które może zaowocować dobrymi działaniami wspierającymi i solidarnościowymi. Mądrzejsze realizowanie Programu Erasmusa jest tylko jednym z wielu cennych efektów, które taka zmiana myślenia pomogłaby nam osiągnąć.

 

Przeczytaj inne teksty Autorki.

  • Marysia

    O, zgadzam się :)) to znaczy głównie do co pieniędzy.
    Może mniej widzę problem z selekcją przy rekrutacji – z mojego wydziału w zasadzie jechał każdy, kto się zgłosił. Co do uczenia języków na lektoratach: chodziłam na różne – spotykałam zmotywowane i kompetentne nauczycielki i całkowicie zdemotywowanych i olewczych studentów. Więc czy SZJO działa dobrze, to pewnie sprawa do dyskusji, ale problem jest też w samych (nie)zainteresowanych. Poza tym bardzo dobrze wiem, co to znaczy uczyć się języka z książki – można to robić naprawdę skutecznie bez nauczyciela – więc to nie tyle kwestia “systemu”, co raczej indywidualnej motywacji.Biuro wysyłające studentów na Erasmusa też pamiętam że mi dużo pomogło, i cierpliwe panie wyjaśniały mi krok po kroku jakich papierów potrzebują…choć fakt, na początku to może przerażać :))Natomiast największy problem to pieniądze. Nie wiem, jakie jest założenie w Polsce, ale dopłata do utrzymania w Paryżu…. no cóż, to starczało na niecałe 2/3 opłaty za (tani) akademik. Gdyby nie ponad roczna moja praca i zarabianie na ten wyjazd, to bym mogła wrócić po dwóch tygodniach :)) Natomiast żeby pozostać w temacie “wykluczającego Erasmusa”:  bardzo niskie dotacje to nie tylko realny problem w utrzymaniu się i w związku z tym z wykluczaniem studentów z różnych obszarów Polski. To też problem zderzenia – bardzo drastycznego zderzenia –  “ubogiego studenta z Polski” z “bogatymi studentami z zachodu”. To dopiero było wykluczające! Moi znajomi – też Erasmusy – z Niemiec, Włoch, Portugalii, Hiszpanii itp, gdzie stopa życia jednak jest wyższa niż w Polsce, i gdzie różnica cen z Paryżem nie jest aż tak szokująca, dostawali nie tylko wyższe stypendia “na to samo co ja”. Mało tego. Dostawali tak wysokie stypendia ze swoich Erasmusów, że na tym po prostu zarabiali. Mogli jeść codziennie (!) w Paryżu na mieście, mogli chodzić co drugi dzień do kina, mogli żyć swobodnie, bo mieli za co. To właśnie my, studenci z Polski, tworzyliśmy “swoją grupę”, odmawiając do chwila pójścia na pizzę, wyjścia do kina, posiedzenia w barze itp. Studenci z Polski żywili się paczką makaronu przez tydzień, studenci z zachodu – codziennie po zajęciach szli do knajpy. Studenci z Polski oglądali filmy z internetu, studenci z zachodu – łazili po kinach. Codziennie przez pół roku taki podział. Cenzus majątkowy był widoczny i odczuwalny aż nadto. To jest dla mnie główny aspekt rozmowy nad “Erasmusem do naprawy” – przy całym ogromie rzeczy, które na tym wyjeździe zyskałam.

  • Który

    Masz
    rację, stypendia mogłyby być bardziej zróżnicowane, uwzględniające nie
    tylko kraj, do którego się jedzie, ale też miasto (np. w Monachium
    komunikacja miejska jest dużo droższa, niż w Berlinie) no i sytuację
    materialną studenta. To pewnie dałoby się zrobić i sfinansować, ale wymagało by ustalenia jasnych reguł i większej pracy urzędniczej.Drugim,
    bardziej złożonym, problemem jest kwestia języka, co wiąże się z
    wyjątkowo słabym poziomem nauczania języków w szkołach. No i jeszcze
    jedno: dla jednych Erasmus to pół roku wakacji (z opowieści erasmusów
    będących w Hiszpanii wynika, że np. w Madrycie wyłącznie się imprezuje),
    dla innych – szansa na naukę na wyższym poziomie (najlepszy uniwersytet
    w Niemczech jest w stolicy Freistaat Bayern ). Zatem czy erasmusowi “wczasowicze” i “naukowcy” powinni dostawać takie same stypendia, jak myślisz?@Marysia: Na szczęście teraz sytuacja trochę się wyrównała. Teraz np. Niemcy dostają tylko 150 EUR, ale rzeczywiście, nierówności są widoczne i to należy poprawiać.

    • Kosta

      Nie wiem czy erasmusowi “wczasowicze” i “naukowcy” powinni dostawać takie same stypendia. Podejrzewam, że cięzko byłoby to różnicować, tak jak ciężko stwierdzić przed wyjazdem w momencie pryznawania stypendium, kto ile zamierza wypić piwa, ale ile się nauczyć,. Przecież to, że ktoś wybiera Hiszpanię nie znaczy jeszcze, że na pewno nie zamierza przykładać się na uniwersytecie/szkolić hiszpańskiego/poznawać kultury.  Jak Ty to widzisz? Pozdr!

  • 100percent

     “uzależnić od dochodów na głowę w rodzinie studenta”

    kiedy studiowałam stypendia socjalne, przyznawane właśnie na takich warunkach dostawały osoby z zamożnych rodzin, gdzie rodzice mieli własną działalność gospodarczą i mogli “ustawić” wysokość zarobków wg potrzeb. bardzo smutne, ale prawdziwe. 

    • es_zet_pe

      Niestety też pamiętam podobne sytuacje z lat 90-tych. Stypendium socjalne pobierał koleś który chodził codziennie w drogim garniturze i jeździł własnym samochodem (co wtedy było wyróżnikiem, inaczej niż dziś). Nie dostawali natomiast stypendium dzieci tzw. sfery budżetowej, na ogół będące faktycznie w znacznie trudniejszej sytuacji.

  • Kasia

    Wierze gleboko w wyrownywanie  nierownosci spolecznych i pozytywny wplyw plaskiej struktury spolecznej na rozwoj gospodarczo-spoleczny. Autor jednak daleko daleko wybiega ze swoimi wnioskami. Przede wszystkim i po pierwsze aby wyjechac za granice i uczeszczac tam na studia trzeba znac jezyk i niestety tego sie nie przeskoczy. Twierdzenie, ze wymogi jezykowe sa wygorowane i sa powodem reprodukcji nierownosci spolecznych jest po prostu smieszne. Tak samo jak brak wiedzy w zalatwianiu spraw na Erazmusie poprzez brak kapitalu spolecznego. Z calym szacunkiem, ale nie mozemy pusczac za granice trab na dwoch nogach i oczekiwac ze bedzie tam na nich czekala delegacja z kraju ktora niedosc ze wszystkie zalalatwi i przetlumaczy to moze jeszcze pozalicza przedmioty za owa trabe. Niestety dzisiejsi mlodzi ludzie zachwyceni lewicowymi idealami zapetlaja sie w nich tak bardzo ze caly argument zupelnie wymyka sie spod kontroli.

    • Kosta

      Nie rozumiem zarzutu. Nie proponuję wysyłania na stypendium osób nie znających języka i takich, które sobie nie poradzą. Przeciwnie – piszę, że wysyłanie ich byłoby nonsensem. Tu cytat: To, czego w obecnym systemie brakuje, to mechanizmów wspierania osób, dla których wyjazd nie jest łatwy i oczywisty, choć są zdolne i pracowite. Nie jest to zadanie proste, gdyż nakłanianie do wyjazdu kogoś, kto nie zna języka, nie ma funduszy i jest przekonany, że sobie nie poradzi, byłoby nonsensem. Trzeba wpierw choć częściowo zmienić ten stan rzeczy.  To, co proponuję, to takie zmiany w sposobie funkcjonowania uczelni, żeby osoby z jakimiś wyniesionymi z domu/szkoły deficytami (językowymi etc) mogły uzupełnić PRZED wyjazdem braki na tyle, żeby móc pojechać i na wyjeździe skorzystać. Pozdrawiam!

  • Wera

    Podoba mi się ten artykuł. To prawda, znam osoby które z powodów finansowych nie mogły wybrać się na Erazmusa, nie zachęcał ich też do tego niski poziom języka, którego przy braku środków na dodatkową naukę, nie mogli oczekiwać po zwykłej szkole publicznej. Akurat z lektoratów na uczelni jestem bardzo zadowolona. Na UW najlepiej prowadzony jest chyba niemiecki, o angielskim i francuskim słychać różne opinie. Z drugiej strony teraz o naukę języka dla zmotywowanych jest o wiele prościej. Jest mnóstwo stron internetowych i filmików, które pomagają w nauce języków obcych. Zapraszam wszystkich ciekawych na mojego Erazmusowego bloga: http://lifeisbetter.blog.pl/