dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

E-cisza przed burzą

Dzięki cyfryzacji urzędnicy mogą osiągnąć pewną złudną korzyść, jaką jest pozbycie się interesantów – postaci, których stereotypowy biurokrata boi się najbardziej. Teraz już nie trzeba będzie się natrętem przejmować.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Presja na wiarę w dogmaty nie ma dziś już średniowiecznego charakteru religijnego, ale mechanizm pozostał bardzo podobny. Dogmatem funkcjonującym w Europie Środkowej od przełomu 1989 roku są zasady kapitalistycznej gospodarki wolnorynkowej i postępująca wraz z nimi globalizacja, a najnowszą, XXI-wieczną prawdą obowiązującą jest cyfryzacja. Kto się do niej nie dostosowuje, ten wariat, wtórny analfabeta, leniuch. Zresztą w dobie postępującej parametryzacji taka postawa sama w sobie w znacznym stopniu eliminuje z efektywnego („normalnego”, „prawidłowego”) życia.

Dziś wszystko mierzy się cyfryzacją. Kryzysy są tłumaczone jej brakiem, sukcesy wywodzone z jej wdrażania. Koniecznością cyfryzacji można wytłumaczyć zarówno ograniczanie wolności obywatelom, jak i odbieranie im potrzebnego wsparcia w różnych sferach życia codziennego, przez co ich kieszenie stają się łatwym łupem dla dużych korporacji, a głowy – dla prawicowych populistów. Powszechny dostęp do internetu (celowo piszę małą literą, choć komputerowy słownik usilnie nakazuje imiona boskie rozpoczynać wielkimi) spowodował, że teoretycznie każdy może sam zdobyć niezbędną informację, zasięgnąć porady czy rozwiązać trapiące go problemy. Państwo zwalnia się zatem z obowiązku udzielania pomocy, bo każdy wolny i niezależny człowiek podobno sam sobie może wszystko sprawdzić. Takie argumenty padają expressis verbis zarówno w neoliberalnym, jak i niepokorno-prawicowym dyskursie.

„Wszystko jest na stronie”

Zastanawiam się, z jakiego powodu w średnio zorganizowanym, raczej półperyferyjnym kraju, w którym standardem było rodzenie się w bólach wszelkich reform i przemian, ta jedna rzecz, ten jeden proces działa wyjątkowo sprawnie. Musieliśmy na przykład czekać 25 lat na autostrady, a nawet dobre reformy po 1989 roku spotykały się z silnym oporem struktur administracyjnych. To przecież dość naturalne prawo, dotyczące nie tylko aparatu państwowego, ale także sektora prywatnego, które mówi, że duże struktury organizacyjne powoli przyswajają zmiany i starają się im przeciwstawiać – nie bez przyczyny powstały całe tomy instrukcji i podręczników zarządzania doradzających, jak takie zjawiska niwelować. Skoro zatem proces cyfryzacji przebiega w polskich instytucjach państwowych w zawrotnym tempie (czym bezustannie chwalą się kolejne rządy), to prawdopodobnie urzędnicy dostrzegli jakąś korzyść, wobec której obawy wydają się błahe, a strategie hamujące – zbędne. Przecież to nie z miłości do nowych technologii! To wynik przyjęcia za dogmat, że cyfryzować się po prostu trzeba. Kto myśli inaczej, ustawia się na pozycjach wstecznych, rzec by można: postpegeerowskich, stoi jedną nogą przynajmniej w PRL, a być może nawet gdzieś pod zaborami.

Jednocześnie urzędnicy mogą osiągnąć pewną złudną korzyść, jaką jest pozbycie się interesantów – postaci, których stereotypowy biurokrata boi się najbardziej. Teraz już nie trzeba będzie się natrętem przejmować, bo „wszystko jest na stronie”. To złowieszcze zdanie można usłyszeć, przychodząc lub dzwoniąc do dowolnego urzędu, próbując dowiedzieć się czegoś w instytucjach publicznych różnych szczebli. To genialny zastępnik dla wszystkich odpowiedzi na trudne pytania. Tworzy się w ten sposób niewidoczne z pozoru i trudne do zdiagnozowania zjawisko. Ludzie odepchnięci znikają gdzieś na horyzoncie. Można zamknąć pokój od środka, odetchnąć i skupić się na tym, co przyjemne – realizacji projektów. Tylko że rzeczywistość społeczna nie jest projektowa, musi być instytucjonalna!

Po co nam urząd niecyfrowy

Gdy śmiejemy się ze staruszek, które chodzą do lekarza tylko po to, żeby siedząc w kolejce, móc porozmawiać z innymi ludźmi; gdy kpimy z wiernych traktujących niedzielne msze jako miejsce do towarzyskich spotkań, irytują nas ich spojrzenia na ubiór sąsiadek czy plotki o fryzurze koleżanki; kiedy kręcimy głową, czytając kolejne zalewy internetowego hejtu; albo gdy przyglądamy się młodzieży wiejskiej obsiadającej z piwem przystanek autobusowy (połączenie dawno zlikwidowane, więc w zasadzie nikt nim nie administruje) – to zastanówmy się, czy to nie słabość instytucji publicznych jest powodem. Czy to przypadkiem nie zerwanie więzi pomiędzy obywatelem a instytucjami wywołało te wszystkie zjawiska.

Gdy rośnie w nas poczucie gniewu, narastają złe emocje, to w końcu, żeby nie oszaleć, musimy je przekazać do jakiegoś depozytu. W dobrze funkcjonującym, przyjaznym państwie otaczają nas instytucje publiczne – szkoły, domy kultury, placówki służby zdrowia, urzędy różnych szczebli i znaczenia. Mamy poczucie bezpieczeństwa, gdyż zawsze możemy się do nich udać z różnymi sprawami i troskami, aby zostały oswojone. Jednym wystarczy rozmowa z pracownikiem, ktoś chciałby spotkać się z osobami w podobnej sytuacji, inni potrzebują tylko pogadać, zwierzyć się z problemów i historii, które na pierwszy rzut oka wydają się dziwne, ale dla przychodzącego człowieka mają charakter fundamentalny. Takie też jest moje doświadczenie samorządowe jako byłego mokotowskiego radnego. Za setkami z pozoru absurdalnych spraw kryją się prawdziwi ludzie z poważnymi problemami. Jeżeli tych emocji nie przejmie od nas instytucja publiczna, zostawimy je w innym, losowym miejscu i w bardzo różnych formach. A jak obywatel ma utrzymywać więź z instytucją, która w każdej sprawie odsyła na stronę, jedynym sposobem komunikacji z nią jest zaś formularz internetowy? Instytucje mają znacznie więcej funkcji niż tylko sprawna obsługa klienta. Spotkania nie da się zastąpić.

Lekcja z Francji

W Polsce nie ma praktycznie o tym mowy, ale w innych krajach Unii Europejskiej toczy się już dyskusja na temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą cyfryzacja. Francuski ombudsman Jacques Toubon wydał w tym roku raport dotyczący przystosowania jego kraju do pełnej cyfryzacji (planowanej na 2022 rok) oraz skutków, jakie do tej pory wywołał ten proces. Pomijając tak oczywiste fakty, jak brak dostępu do internetu dla znacznej części populacji (szacowanej na kilkanaście procent), niekorzystanie z komputera i brak umiejętności albo chęci zmiany tego stanu rzeczy, dokument wskazuje, że po wprowadzeniu elektronicznej ścieżki ubiegania się o pomoc socjalną spadł poziom jej poboru. Po prostu ludzie „odsyłani na stronę” nie umieli przedrzeć się przez skomplikowane formularze, nie rozumieli urzędniczego języka i zwyczajnie popełniali błędy, które niekiedy eliminowały ich aplikacje.

Za tym spadkiem liczby świadczeń stoją przecież prawdziwi ludzie, którzy stracili dochód pozwalający im na godne życie. Pogoń za rzekomą nowoczesnością, obcinanie kosztów i iluzoryczne upraszczanie procedur były tego przyczyną. Warto też zwrócić uwagę na zachodzące równolegle procesy prywatyzacji i wprowadzania odpłatności za usługi, które dotychczas były bezpłatne i świadczone przez państwo. Dostęp do internetu jest przecież często płatny, a o możliwościach skorzystania z darmowego wiedzą, według tych samych francuskich badań, przede wszystkim ludzie zamożni i dobrze wykształceni. A zatem, cóż za zaskoczenie, za wszystko i tak zapłacą głównie ubodzy.

Świat bez współrzędnych

Krytykując skutki postępującej cyfryzacji, nie chcę być postrzegany jak Władysław Gomułka, który narzekał na istnienie samochodów (i nie miał na myśli, rzecz jasna, zanieczyszczenia klimatu). Nie twierdzę również, że ludzie pozytywnie reagowali na chodzenie do urzędów i spędzanie czasu w kolejkach do okienka. To przypominałoby tezę Jonathana Crary’ego (swoją drogą bardzo ciekawego autora), że Polacy byli w latach 80. społeczeństwem zintegrowanym, bo budowali więzi w kolejkach po mięso; Crary całkowicie pomijał negatywne aspekty tego zjawiska społecznego. To nie w tym rzecz, bo doceniam ułatwienia, jakie na co dzień przynosi nam technika.

Chcę raczej wskazać, że bezkrytycznie wspierając cyfryzację państwa – podobnie jak zresztą kilka innych procesów, na przykład prywatyzację – odbieramy ludziom punkty oparcia, współrzędne, dzięki którym odnajdywali się i poruszali w swojej codziennej rzeczywistości społecznej. To ogromny problem i nie możemy się później dziwić, że fala agresji jest trudna do zatrzymania, również przez potrzebne skądinąd projekty organizacji pozarządowych i kolejne szkolne lekcje tolerancji (całe szczęście, że jeszcze nie w wersji e-learningowej!), o populistycznym zaostrzaniu kodeksu karnego nawet nie wspominając. Z pozoru wszystko jest w porządku, bo skutków tych zjawisk od razu nie widać. Zbierają się jednak gdzieś pod powierzchnią i nastąpi dzień, gdy uderzą z ogromną siłą.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Balast, fantom i dozorca. Trzy opowieści o klasowym państwie

Radzik: Państwo nie wszystkich traktuje podmiotowo

Izdebski: Otwarte państwo to nie rozkład jazdy w Internecie