dwutygodnik internetowy
15.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dziurawy płaszczyk pozornej troski

W pewnym sensie dobrze się stało, że biskupi opublikowali swój głos dotyczący „Karty LGBT+”. Uważna lektura ich stanowiska pozwala dostrzec, że wbrew deklaracjom nie kieruje nimi „troska o wspólne dobro całego społeczeństwa”. Biskupi przekonują, że ich celem nie jest nagonka na osoby LGBT+, ale nie potrafią ukryć swoich uprzedzeń do ludzi o nieheteroseksualnej orientacji.

ilustr.: Ada Wręga

ilustr.: Ada Wręga

Od kilku tygodni trwa nagonka polityków partii rządzącej i sympatyzujących z nią mediów na naszych współobywateli o nienormatywnej orientacji seksualnej (a także tożsamości, jak w przypadku osób transpłciowych – niemniej ataki związane są głównie z orientacją). W ramach partyjnej wojenki i dla doraźnych celów politycznych po raz kolejny szczuje się na defaworyzowaną grupę społeczną, której i przed tym bezpardonowym atakiem było ciężko ze względu na częste przejawy „niesłusznej dyskryminacji” (KKK 2358). Dlatego jestem wściekły na rządzących.

Jeszcze bardziej wścieka mnie reakcja Konferencji Episkopatu Polski, która – zamiast zgodnie z wezwaniem Ewangelii stanąć po stronie najsłabszych – przyłącza się do szczujni. Pisząc ten tekst, w pierwszej kolejności chcę wyrazić solidarność z ofiarami tej nagonki: wierzącymi i niewierzącymi osobami nieheteroseksualnymi oraz organizacjami broniącymi ich praw. W szczególności zaś chcę wyrazić podziw i bezgraniczną wdzięczność wobec chrześcijan LGBT+ zjednoczonych między innymi wokół Fundacji „Wiara i Tęcza” za piękne świadectwo przywiązania do Kościoła „pomimo wszystko”. Byliście, jesteście i zawsze będziecie dla mnie inspiracją.

Teraz, gdy emocje już nieco opadły, poza wyrazem złości można spojrzeć na sprawę z nieco większym dystansem. Wbrew obrazowi, który próbują stworzyć zarówno rządzący politycy, jak i przedstawiciele Kościoła, to nie oni są w defensywie wobec realizującego rewolucję kulturalną i domagającego się kolejnych „przywilejów” coraz potężniejszego lobby LGBT+. Wystarczy chwila namysłu, by dostrzec, jak tak naprawdę rozkłada się stosunek sił. Po jednej stronie mamy partię skupiającą w rękach władzę ustawodawczą, wykonawczą i w pewnym stopniu (wbrew prawu) sądowniczą, a także nadal wpływową instytucję Kościoła; po drugiej stronie – przedstawicieli mniejszości: przeważnie zwyczajnych ludzi, których od większości odróżnia głównie bolesne doświadczenie dyskryminacji. Świadomość tego kontekstu zmienia perspektywę i impregnuje na niedorzeczne argumenty prawicy.

Nie zamierzam więc polemizować z miałkimi argumentami przytaczanymi przez szczujących (przeważnie zresztą nie ma z czym dyskutować) ani z empatią wsłuchiwać się w lęki, na których grają. Wolę na chłodno przeanalizować „Stanowisko Konferencji Episkopatu Polski w sprawie tak zwanej [sic!] Karty LGBT”, co pozwala lepiej rozpoznać motywacje, które skłoniły biskupów do zabrania głosu. Bynajmniej nie prowadzi to do optymistycznych wniosków.

W pewnym sensie dobrze się stało, że biskupi opublikowali swój głos dotyczący „Karty LGBT+”. Uważna lektura ich stanowiska pozwala dostrzec, że wbrew deklaracjom nie kieruje nimi „troska o wspólne dobro całego społeczeństwa”. Dokument zaczyna się wprawdzie grzecznościową formułą, jakoby u podstaw stanowiska KEP nie stał „brak szacunku dla godności wyżej wymienionych osób [o orientacji homoseksualnej]”, jednak kolejne fragmenty nie pozostawiają złudzeń, że to wyłącznie kunktatorstwo. Biskupi przekonują, że ich celem nie jest nagonka na osoby LGBT+, ale nie potrafią ukryć swoich uprzedzeń do ludzi o nieheteroseksualnej orientacji. Już w drugim akapicie deklarują, że „Kościół nie używa nazwy LGBT, ponieważ w niej samej zawarte jest zakwestionowanie chrześcijańskiej wizji człowieka” oraz że „proponowane alternatywne wizje człowieka nie liczą się z prawdą o ludzkiej naturze, a odwołują się jedynie do wymyślonych ideologicznych wyobrażeń”. W przekonaniu KEP orientacje inne niż heteroseksualna stanowią wymysł ideologiczny – fanaberię raczej niż realne doświadczenie dużej grupy ludzi. To zdecydowany krok wstecz względem nauczania Katechizmu Kościoła Katolickiego, że „psychiczna geneza [homoseksualizmu] pozostaje w dużej części niewyjaśniona” (KKK 2357). Z takim nastawieniem trudno o zrozumienie dramatycznej sytuacji osób LGBT+ padających ofiarą dyskryminacji w życiu społecznym (w szkole, w miejscu pracy, często w rodzinie, czy na jakichkolwiek polach, na których codziennie spotykają się z homofobią).

Dalej nasi biskupi wzywają do „poszanowania praw rodziców i dzieci”. To kolejny pozór mający na celu zawładnięcie wyobraźnią wiernych. W rzeczywistości wprowadzenie rozwiązań zaproponowanych w „Karcie LGBT+” nie uderza w „nasze dzieci”, a wręcz przeciwnie, służy ich ochronie. Po pierwsze, wiele z nich to właśnie młode osoby odkrywające swoją nieheteronormatywną orientację seksualną. Większość nie ma jeszcze wokół siebie sieci ludzi w podobnej sytuacji, którzy mogliby wesprzeć ich emocjonalnie i uświadomić, że niezależnie od orientacji zasługują na miłość i szacunek bliźnich (to często właśnie środowisko LGBT+ najskuteczniej pomaga tym młodym ludziom w odnalezieniu własnej drogi). Dlatego wielu z nich w osamotnieniu musi radzić sobie zarówno z poszukiwaniem swojej tożsamości, jak i z opresją ze strony otoczenia. Często nie mają jeszcze odporności psychicznej, która przychodzi wraz z wiekiem. Stąd aż 63% ankietowanych nastolatków LGBT+ w badaniu Kampanii Przeciw Homofobii miewało myśli samobójcze, między innymi ze względu na prześladowanie przez rówieśników, które niekiedy (jak w przypadku Dominika z Bieżunia czy Kacpra z Gorczyna) ma dramatyczny finał.

Po drugie, wiele spośród „naszych dzieci” to w istocie dzieci osób LGBT+, ponieważ znaczna liczba par jednopłciowych, w większości lesbijskich, wspólnie wychowuje potomstwo jednej z partnerek. W tym kontekście hasło „ręce precz od naszych dzieci” wykrzyczane na konwencji PiS przez Jarosława Kaczyńskiego nabiera wręcz karykaturalnego charakteru. Dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe niejednokrotnie są narażone na dyskryminację ze strony rówieśników, a także same cierpią, gdy zaszczuwani są ich rodzice, którym odmawia się kompetencji rodzicielskich. Dlatego budowa otwartej szkoły, wychowanie uczniów w duchu tolerancji oraz uwrażliwianie nauczycieli na sytuację i potrzeby dzieci o orientacji homoseksualnej (do czego wzywa „Karta LGBT+”)  stanowią wyraz autentycznej troski o uczniów. Choć KEP próbuje się uwiarygodnić przez wejście w rolę ich rzecznika, w praktyce dąży do tego, by nadal były narażone na dyskryminację w środowisku szkolnym.

Biskupi odwołują się również do tych punktów „Karty LGBT+”, które dotyczą ochrony osób o nieheteroseksualnej orientacji w miejscu pracy. Prezydent Warszawy zobowiązuje się do równego traktowania pracowników urzędu (w zakresie „przeciwdziałania mobbingowi i dyskryminacji w miejscu pracy, zapewnienia równości w zakresie wynagrodzenia, dostępu do pracy, awansów i szkoleń”) oraz „współpracy z pracodawcami i aktywnego zachęcania ich do tworzenia dobrego klimatu dla osób LGBT+ wewnątrz przedsiębiorstw”. Jakie jest stanowisko KEP wobec tych – jakże skromnych – prób zwalczenia objawów „niesłusznej dyskryminacji” na rynku pracy? Biskupów napełniają niepokojem takie „próby wykluczenia z grona kontrahentów wszystkich przedsiębiorców podejrzanych o brak tolerancji”. Okazuje się zatem, że dla KEP wolność pracodawców do homofobii jest ważniejsza niż wolność osób LGBT+ od niesprawiedliwego traktowania w miejscu zatrudnienia.

Wobec powyższego naprawdę ciężko dostrzec w stanowisku KEP miłość bliźniego i troskę o dobro wspólne. Pod takim płaszczykiem skrywają się przede wszystkim głębokie i nieuzasadnione uprzedzenia wobec osób LGBT+. Uważna lektura „Stanowiska” odsłania, jak bardzo płaszczyk ten jest dziurawy.

Kiedy w 2016 rok razem z zaprzyjaźnionymi redakcjami „Więzi”, „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” wzięliśmy udział w kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”, Prezydium Konferencji Episkopatu Polski upomniało nas w swoim komunikacie. Choć do dziś nie zgadzam się z tamtym stanowiskiem, ze strony biskupów padły wtedy ważne słowa. Za papieżem Franciszkiem deklarowali, że „Kościół nigdy nie dzieli ludzi według orientacji seksualnej, ale uświadamia wszystkim, że jako stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, są ukochanymi dziećmi Bożymi – siostrami i braćmi w Chrystusie – i stąd cieszą się równą godnością. Dlatego – razem z Ojcem Świętym Franciszkiem – chcemy przede wszystkim potwierdzić, że każda osoba, niezależnie od swojej skłonności seksualnej, musi być szanowana w swej godności i przyjęta z szacunkiem, z troską, by uniknąć «jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji», a zwłaszcza wszelkich form agresji i przemocy”. Pozostając wiernym swojej deklaracji sprzed trzech lat, Episkopat powinien stanąć w obronie mniejszości atakowanej ze względu na orientację seksualną. Biskupi twierdzili wtedy, że „Kościół jest jedyną instytucją, która od dwóch tysięcy lat niestrudzenie głosi godność każdej osoby ludzkiej bez wyjątku”. Wygląda zatem na to, że KEP sprzeniewierzył się nie tylko własnym słowom, ale również zreferowanej przez siebie tradycji Kościoła. Panowie, jest mi za Was wstyd.

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości

Oświadczenie w sprawie kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”

Tradycyjne małżeństwa jednopłciowe