dwutygodnik internetowy
26.02.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dziurawą łyżką z pustego w próżne

Konstytucja dla Nauki nie zmieni kursu wytyczonego jeszcze przez Barbarę Kudrycką. Parę problemów rozwiąże, kilka sama stworzy – i tyle.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Na tle pozostałych reform rządu PiS promowana przez Jarosława Gowina reforma systemu nauki wygląda obiecująco. Prace nad nią trwały około dwóch lat, a harmonogram wdrożenia jest jeszcze dłuższy. W trakcie prac MNiSW zorganizowało kilkanaście spotkań ze środowiskiem i uruchomiło stronę z podstawowymi informacjami. W porównaniu ze zmianami w edukacji systemie skarbowym reforma nauki wydaje się wcieleniem innych standardów legislacyjnych.

Obserwuję pracę nad tą reformą od początku, stąd trudno mi zgodzić się z tym wrażeniem. Szeroko reklamowany dialog ze środowiskiem przypominał raczej monolog ministerialny, w którym brakowało konkretów. Przez półtora roku dialogu przeczytałam koło tysiąca stron materiałów; większość nie przełożyła się na akt prawny, który niebawem trafi do parlamentu.

Co zostanie z projektu po procesie sejmowym? Trudno powiedzieć, zwłaszcza że Jarosław Gowin spotkał się z krytyką ze strony posłów PiS. Najważniejszą krytykę sformułowali Ryszard Terlecki i Włodzimierz Bernacki. Główne uwagi dotyczyły losów mniejszych uczelni, ocen okresowych pracowników naukowych i organizacji studiów.

Skoro nie wiemy, co będzie w ostatecznym projekcie oraz zarządzeniach przejściowych, to wolałabym skupić się na tym, czego tam nie pewno nie zobaczymy.

Plastry na krwotok

Na pewno nie będzie więcej pieniędzy. Minister Gowin mnoży kolejne programy i agencje, wzorowane na rozwiązaniach niemieckich i szwajcarskich. Przykładem może być Regionalna Inicjatywa Doskonałości, która ma wzmacniać uczelnie poza dotychczasowymi centrami nauki, oraz Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej, która ma wzmacniać mobilność. Obie są wzorowane na instytucjach niemieckich (odpowiednio: Excellenzinitiative i DAAD). Problem w skali: polska RID ma budżet rzędu 400 milionów złotych, zaplanowanych na dziesięć lat. Niemiecka ma do dyspozycji 2,7 mld euro, w skali pięciu lat. NAWA ma roczny budżet 130 milionów złotych, DAAD 470 milionów euro.

Ktoś mógłby powiedzieć, że z perspektywy regionu 40 milionów złotych rocznie to sporo pieniędzy. Niestety w skali całej Polski, przy podziale na choćby pięć regionów (na przykład Trójmiasto, Poznań, Łódź, Rzeszów i Wrocław), to bardzo niewiele. Przykładowo: moja alma mater, Politechnika Gdańska, rocznie wydaje około 370 milionów złotych. Uniwersytet Warszawski rocznie operuje około 1,4 miliardami złotych. Jeśli Jarosław Gowin zmieni algorytm przyznawania dotacji na premiujący centralizację, to RID będzie próbą tamowania krwotoku przy pomocy plastrów. Dlatego nie sądzę, aby miała istotne znaczenie organizacyjne.

Drugi problem to rozkład czasowy wydatków. Zgodnie z najlepszymi polskimi zwyczajami politycznymi główne wzrosty wydatków zaplanowano na kolejne kadencje. Dlatego jeśli zmieni się rząd lub minister, to nawet powyższe wyliczenia okażą się fikcją. W przypadku kształcenia doktorantów przejście na model szkół doktorskich ma kosztować w przybliżeniu 9 miliardów złotych, z czego 6 miliardów to nowe wydatki. Znowu problem w rozkładzie czasowym: największe wzrosty wydatków są planowane na lata 2020–2022. Czy kolejne rządy utrzymają te plany? Czy Ministerstwo Rozwoju i UE nadal zechcą je finansować w ramach środków unijnych? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania, bo horoskopy leżą poza moją specjalnością naukową.

Za dużo dydaktyki

Horoskopów nie ułożę, mogę za to konkretnie ocenić proponowane w ustawie pensum i podział na ścieżki kariery. W ramach ścieżki naukowej pracownika po doktoracie czeka 240 godzin zajęć rocznie. W ramach ścieżki dydaktycznej: 360.

Dla osób planujących karierę w dydaktyce to wciąż dość dużo. Teoretycznie mniej niż dotychczas, ale ustawa ciągle zostawia możliwość znacznego zwiększenia obciążeń przez system nadgodzin. A ponieważ nie wiemy, jak będą skonstruowane ewaluacja i finansowanie, to zapewne pozostaniemy przy dotychczasowych stachanowcach nadgodzin, bez szans na nowe etaty dydaktyczne.

Ścieżkę naukowo-dydaktyczną natomiast oceniam jednoznacznie źle. Powiedzmy sobie otwarcie: 240 godzin pensum w skali roku to odpowiednik etatu dydaktycznego (4/4 w systemie amerykańskim, co oznacza 4 kursy w semestrze letnim i 4 w semestrze zimowym). Innymi słowy, nawet na etacie badawczo-dydaktycznym na uczelni badawczej obciążenia dydaktyczne w Polsce są większe niż w USA, i to w uczelniach o profilu mieszanym (to jest na uniwersytetach stanowych). Na elitarnych uczelniach obciążenie dydaktyczne dla osoby aktywnej naukowo wynosi często 1/1, a i to w mniejszych grupach i ze wsparciem asystentów.

Propozycja polska jest bliska górnym zakresom obciążeń na niektórych uczelniach niemieckich (od 180 do 240 godzin), przy czym ciągle pomijam kwestię wielkości grup, zaplecza administracyjnego etc. Niemieckie uczelnie o profilu badawczym przyjmują często mniej więcej 120–160 godzin, co i tak utrudnia konkurencję z czołówką amerykańską. Dla uczelni holenderskich o profilu badawczym – np. w Rotterdamie – obciążenia powyżej 150 godzin w semestrze uznaje się za etat bardziej dydaktyczny niż naukowy. (Są to dane przybliżone; szczegółową analizę można znaleźć w ostatnim rozdziale książki Marka Kwieka „Uniwersytet w dobie przemian”).

Zarówno kadra naukowa, jak i władze akademickie zdają sobie sprawę, że uczelnie żyją z dydaktyki. W ramach 1,4 mld złotych budżetu UW wpływy z badań naukowych to około 400 mln, czyli nawet nie jedna trzecia. Dla reszty uczelni krajowych dydaktyka jest jeszcze ważniejszym źródłem pieniędzy.

Reforma Gowina nie zmienia zasadniczego zadania polskich naukowców i badaczek: uczyć kolejne pokolenia pracowników, a badania naukowe i wdrożenia traktować jako hobby. Nasze kariery nadal będą rozliczane na podstawie badań, choć finansowanie uniwersytetów i pensum nadal będą premiowały dydaktykę. Awans na wyższe szczeble kariery naukowej będzie zależał od publikacji, zwłaszcza w czasopismach z czołówki obiegu anglojęzycznego. Problem w tym, że badacze i badaczki z Polski będą rywalizować i współpracować z osobami, które mają mniejsze obciążenia dydaktyczne. Indywidualne przypadki sukcesów nie zmienią logiki całego systemu.

Z uwagi na mały budżet, przewagę dydaktyki w finansowaniu i wysokie obciążenie nauczaniem na etatach naukowo-dydaktycznych nie sądzę, aby skoncentrowanie pieniędzy w węższej grupie uczelni wystarczyło do stworzenia w Polsce uczelni akademickich na miarę – powiedzmy – drugiej setki rankingu szanghajskiego (Brema, Hamburg, Mannheim: niemieccy średniacy). Do Oksfordu, Pekinu czy Harvardu nie ma porównania, nawet w żartach.

Płace młodych

Gdyby przełożyć wynagrodzenia proponowane we wrześniu na dzisiejsze standardy płacy minimalnej, to dolny próg dla asystenta wynosiłby 2625, a dla adiunkta – 4095 złotych brutto. Obecnie MNiSW mówi o większych podwyżkach, ale Ministerstwo Finansów jest krytyczne. Istnieje ryzyko, że pozostaniemy przy niskich pensjach, zwłaszcza na początku kariery. Dotychczasowe propozycje nie zmieniają też profilu zarobków, który mocno premiuje ostatnie etapy kariery naukowej, dokładając do tego premie związane z zarządzaniem. W tym sensie klasyczna metafora uniwersytetu feudalnego przechodzi płynnie w uniwersytet menedżerski. W obu przypadkach zasada jest taka sama: dodatki za zarządzanie dla starszych, prekariat grantowy lub pogranicze stabilności dla młodszych.

Stąd trudno uwierzyć w sukces uczelni kształcących praktycznie, zbliżenie z realiami rynku pracy i inne zaklęcia z oceny skutków regulacji. Hipotetycznie rektor lub dziekan mógłby wprowadzić stawki wyższe niż minimalne, ale trudno się tego spodziewać, skoro nie jest planowana istotna podwyżka środków w ramach szkolnictwa wyższego, ani tym bardziej w ramach środków na naukę.

Nacisk na dydaktykę i podaż pracowników odnosi się też do studiów doktoranckich. Szkoły doktorskie i stypendia mają zwiększyć współczynniki dyplomowania, ale nie ma informacji co do tego, czy system monitorowania losów absolwentów obejmie również doktorów. Zostajemy przy starym paradoksie: bardzo dokładnie patrzymy na szanse zawodowe magistrów i licencjatek, ale równie starannie pomijamy bezrobocie czy zasadność masowego kształcenia doktorskiego.

Bezdyskusyjnie krokiem w dobrą stronę jest wprowadzone wcześniej i utrzymane w nowym projekcie uregulowanie stypendiów doktoranckich. Odejście od dużej grupy bez stypendiów w stronę mniejszych, lepiej finansowanych grup, których postępy są lepiej monitorowane, to mądra decyzja – niezależnie od tego czy proponowane szkoły doktorskie staną się rzeczywistą nowością, czy też jedynie przemianowaniem starych zwyczajów.

Szczęśliwie też usunięto z projektu zapis o automatycznym zwalnianiu z pracy badaczy i badaczek, wobec których toczy się postępowanie prokuratorskie. Być może nie warto dawać rządzącym kolejnych narzędzi do walki z opozycją.

Z piasku bicza nie ukręcisz

Polska nauka przypomina błędne koło: słabo finansowane uczelnie nie są w stanie wykonywać wszystkich swoich zadań społecznych, co z kolei zniechęca społeczeństwo i polityków do zwiększania nakładów na nie. Im dłużej mówimy o pułapce średniego rozwoju i Planie Morawieckiego, tym bardziej widać, że reformy Gowina wpisują się w znany już nurt reform Barbary Kudryckiej. Wbrew zapewnieniom i obietnicom nawet MNiSW nie wierzy w użyteczność badań naukowych, a co gorsza, nie ma też pomysłu na kształcenie zawodowe. Jarosław Gowin nie ma też dość odwagi, by powiedzieć, że przy tym budżecie zadania badawcze to fikcja, a priorytet powinna mieć dydaktyka, koncentrująca się na porządnym przygotowaniu zawodowym. Zamiast tego mamy paradoks, gdy MNiSW udaje, że przy tej asymetrii środków da się prowadzić efektywne badania naukowe.

Pieniądze wszystkiego nie zmienią, ale nic nie da się zmienić bez pieniędzy. Nie da się zbudować skuteczniejszej ewaluacji ani podnieść poziomu etycznego albo efektywności badań. Uważam, że w skali systemu naukowego skala ma znaczenie, dlatego trudno mi na poważnie ekscytować się zapowiedziami programów z budżetami rzędu 30 milionów złotych.

W nowej reformie, poza nowym nazewnictwem trudno się spodziewać zmiany sytuacji. Mechanizmy oceny pracowniczej pozostały takie jak dotąd, agencje kontrolujące dydaktykę ciągle będą niedofinansowane, a ministerstwo nie zapowiada istotnych reform w zakresie jawności, otwartego dostępu do wiedzy i innych mechanizmów oczyszczających środowisko z korupcji, plagiatów, nieżyciowych zajęć oraz braku szacunku dla studentów i studentek.

W rankingu Eurostatu (EU Innovation Scoreboard) oceniane są całe systemy naukowo-dydaktyczno-gospodarcze, a nie wyłącznie uczelnie. W tej kategoryzacji polski system akademicki plasuje się na ostatnich miejscach wśród krajów UE, czyli między Chorwacją a Łotwą. Pomimo szumnych słów reforma Gowina nie stawia sobie na celu awansu choćby do poziomu Republiki Czeskiej, Portugalii lub Estonii. Przy wszystkich zapowiedziach i obietnicach doskonałości nawet te kraje wydają się niedościgłymi wzorcami systemowymi.

Poziom Czech lub Niemiec (nie wspominając o czołówce uniwersytetów Chin, Szwecji lub USA) pozostaje za horyzontem. Nawet w zapowiedziach MNiSW trudno znaleźć ambicję rywalizacji z tymi systemami. Nieważne, czy to skromność, realizm czy przeoczenie – akurat w tym osądzie zgadzam się z twórcami reformy.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Przetrwamy wyłącznie jako uniwersytet

Grzegorczyk: Dostosowywanie działań uniwersytetów do doraźnej polityki jest szkodliwe!

Wracamy na Uniwersytet!

  • Marta N Wróblewska

    Dziękuję za rzetelny tekst. Bardzo doceniam użycie żeńskich form – tak rzadkie w dyskusjach nad sytuacją polskich badaczy i badaczek.