dwutygodnik internetowy
23.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dzisiaj w Polsce

Nie chodzi tu jednak o porównywanie się z innymi. Zawsze można znaleźć lepszych i gorszych. Problematyczne jest przede wszystkim nasze odczucie nas samych, nasze odniesienie do otaczającego nas świata i ludzi. Czegoś w Polsce brakuje. Nie do końca sobie to uświadamiając, odczuwamy w ten sposób historię Polski i całego obszaru Europy Środkowo-Wschodniej. Polska to ciało okaleczone i z tego powodu niemogące znaleźć sobie miejsca we współczesnym świecie.

Fragment wstępu z książki Jana Sowy “Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”

Żyjąc we współczesnej Polsce, trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jest z tym krajem nie tak. Znaleźliśmy się w osobliwej sytuacji: pomimo sprzyjającej sytuacji geopolitycznej i dobrych wskaźników makroekonomicznych kondycja polskiego społeczeństwa jest, mówiąc oględnie, słaba. Masowa emigracja, zapaść demograficzna, niewydolność instytucji publicznych, popularność teorii spiskowych, radykalizacja skrajnie prawicowych, neofaszystowskich środowisk, moralne bankructwo Kościoła katolickiego połączone z ofensywą religijnego fundamentalizmu, przemiana życia politycznego w medialny spektakl, liczne afery, chaos i brzydota polskich miast, powszechne poczucie braku wspólnoty i porażka zbiorowych projektów tożsamościowych – to wszystko sprawia, że Polska jest krajem, który (co dobrze wyraził ostatnio Szczepan Twardoch w jednym z wywiadów) większość kocha za jego abstrakcyjną ideę, jednocześnie nienawidząc konkretnej, otaczającej nas polskiej rzeczywistości.

Szczególnie bolesne jest rozejście się naszych aspiracji i ambicji z twardymi realiami. Polska to, zgodnie z patriotycznym przekonaniem wpajanym w szkołach, wielki kraj. Być może nawet największy, a na pewno najszlachetniejszy, jaki kiedykolwiek istniał (z wyjątkiem, rzecz jasna, Stanów Zjednoczonych, naszego głównego sojusznika). Nasze ambicje to coś więcej niż wyprzedzić Rumunię i Ukrainę. Powinniśmy zająć przynależne nam miejsce we wspólnocie narodów, a jest to miejsce przynajmniej lokalnego hegemona, jeśli nie głównego rozgrywającego na europejskiej arenie. Pokazał to znakomicie kryzys na Ukrainie w 2014 roku – doniesienia o tym, jak źle jest w Kijowie i jak nikczemnie zachowuje się Rosja przeplatały się z informacjami o absolutnie kluczowej roli, jaką odgrywają polscy dyplomaci i o rekonfiguracji sił w Europie, która sprawiła, że Polska stała się przodującym państwem Unii. Tego typu opowieści bardzo miło jest sobie powtarzać. Czy stoi jednak za nimi cokolwiek realnego? W okresie, gdy polscy politycy tryumfowali na kijowskim Majdanie, tygodnik „Polityka” zamieścił ranking poziomu życia w Unii Europejskiej. Na dwadzieścia osiem państw Polska zajęła w nim pozycję dwudziestą drugą. W rankingu Social Progress Index, opracowanym przez organizację Social Progress Imperative, Polskę wyprzedziło nie tylko więcej krajów regionu, jak Czechy, Słowacja, Słowenia czy Estonia, ale również… Urugwaj i Kostaryka.

Nie chodzi tu jednak o porównywanie się z innymi. Zawsze można znaleźć lepszych i gorszych. Problematyczne jest przede wszystkim nasze odczucie nas samych, nasze odniesienie do otaczającego nas świata i ludzi. Czegoś w Polsce brakuje. Nie do końca sobie to uświadamiając, odczuwamy w ten sposób historię Polski i całego obszaru Europy Środkowo-Wschodniej. Polska to ciało okaleczone i z tego powodu niemogące znaleźć sobie miejsca we współczesnym świecie. Okaleczone przez XX wiek brakiem jakichkolwiek mniejszości i zatrważającą homogenizacją kulturową. Okaleczone przez epoki dawniejsze brakiem silnego mieszczaństwa, miejskiego proletariatu i nowoczesnego rozwoju. W czasach współczesnych podstawowa trauma to brak Żydów, wymazanych w tej części Europy przez drugą wojnę światową i późniejsze erupcje antysemityzmu. Nie myślimy na co dzień o ich braku, ale przecież jest on zarówno fizyczny, jak i symboliczny. Żydzi zamieszkiwali ogromne dzielnice polskich miast, mieli wielki udział w kulturze – byli wśród nich naukowcy, pisarze, artyści. Polska wieś, zwłaszcza na południu, pełna była Żydów. Pustkę, jaka po nich została, zapełnili Polacy, co ostatnio doskonale opisali Jan Tomasz Gross i Andrzej Leder, jednak jest to rodzaj protezy. Miejsce w strukturze społecznej opuszczone przez jednych mogą zająć inni. W kulturze i świecie przeżywanym, poddanym przez XXI wiek w Polsce zasadniczemu ujednoliceniu, pozostaje wyrwa nie do zasypania. A przecież Żydzi, chociaż zginęło ich około trzech milionów, to tylko połowa ubytku ludności w czasie wojny. Polska dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia odzyskała ludność z 1939 roku, wynoszącą wtedy prawie trzydzieści sześć milionów obywateli. Dzisiaj jest niewiele więcej. Nie ma wśród nas wyraźnych, widzialnych mniejszości, a to one na Zachodzie dostarczają dynamizmu i energii starzejącym się społeczeństwom Europy czy Stanów Zjednoczonych. Jesteśmy białym, zwartym, ale jednak przez ową jednorodność okaleczonym monolitem.

Brak wewnętrznej różnorodności to również brak wroga, na którego da się łatwo zrzucić winę za zło i niepowodzenia. W ten sposób wracają do nas frustracja i niezadowolenia – a Polska jest ich pełna. Nie da się tego wyrzucić na żadne zewnętrze, co wzmaga tylko nasze rozczarowanie nami samymi. Pod tym względem Polska jest ciekawym laboratorium – jak wygląda dystrybucja nienawiści wobec braku innego. Widać, że na każdym kroku próbuje się owego innego stworzyć. Stąd lemingi, słoiki, zdrajcy sprawy narodowej, nieprawdziwi Polacy. Kościół katolicki również robi, co może, aby wobec braku innych religii i mniejszości wyznaniowych wystarczająco silnych, aby konfrontować się z katolicyzmem, wygenerować sytuację wojny religijnej, a więc starcia z przeciwnikiem operującym na tym samym poziomie, co instytucja Kościoła, i przez to łatwiejszym w zwalczaniu. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mieliśmy histerię na punkcie sekt, obecnie –  genderyzm. Sama manipulacja semantyczna, czyli dodanie końcówki –izm do gender, przedmiotu badań tak zwanej nowej humanistyki, jest symptomatyczna. Powstała w ten sposób parareligijna ideologia na modłę protestantyzmu [podkreślenie własne autora – przy. red.], buddyzmu czy konfucjanizmu – wróg, z którym Kościół myśli, że wie jak walczyć, w przeciwieństwie do nowoczesności jako takiej. Miękko-amorficzna struktura tej ostatniej sprawia, że gromy ciskane z ambon nie potrafią jej ugodzić, tak jak miecz nie jest w stanie przeciąć mgły.

Nie wszyscy zgadzają się oczywiście z taką krytyczną diagnozą. Szczególne zadowolenie wyraża przede wszystkim obóz władzy, niezmordowany w opiewaniu chwały  i osiągnięć III RP. Ta propaganda sukcesu opiera się na podwójnego rodzaju manipulacji – potwierdzeniem dla niej są właściwie dane makroekonomiczne, przy zaniedbaniu kwestii społecznych oraz politycznych. Po drugie zaś, same statystyki dobierane są bardzo wybiórczo. W ten sposób można udowodnić właściwie wszystko. Polska jest tak zwaną zieloną wyspą wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej, ma niską inflację, bezrobocie na poziomie europejskiej średniej, stabilny kurs wymiany narodowej waluty, deficyt budżetowy mniejszy niż w wielu państwach rozwiniętych i tym podobne. Znamy dobrze te argumenty, bo przy okazji obchodów dwudziestej piątej rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 roku wielu przedstawicieli władzy klepało je jak litanię w czasie licznych obrzędów. Na szczęście dla nas są też Ukraina, Rumunia i Bułgaria, na których tle możemy błyszczeć. Wystarczy jednak sięgnąć po inne statystyki, aby przy ich pomocy skonstruować nieco odmienny obraz. Polska jest w gronie rekordzistów, jeśli chodzi o odsetek pracujących za płacę minimalną. Jest ich niemal dwadzieścia pięć procent i pod tym względem tylko w trzech krajach – na Litwie, Łotwie  i w Rumunii – jest gorzej. W wielu krajach Europy, na przykład w Belgii, Francji, Danii czy Szwecji, wskaźnik ten oscyluje w granicach pięciu procent. Polska jest też w grupie państw o najniższym w Unii wynagrodzeniu za godzinę, co nie wynika wcale – jak przekonuje nas neoliberalna propaganda – z wysokich kosztów pracy i licznych ponoć haraczy nakładanych na pracodawców. Spośród dwudziestu ośmiu państw ujmowanych w danych Eurostatu Polska plasuje się na dziewiętnastym miejscu pod względem wysokości pochodnych obciążających fundusze płac. Siła robocza jest w Polsce naprawdę tania. Widać to o wiele lepiej, jeśli zamiast mało miarodajnego wskaźnika statystycznego, jakim jest średnia, weźmiemy pod uwagę inny wyznacznik, a mianowicie medianę zarobków. Miara ta pokazuje, gdzie leży granica dzieląca wszystkich zarabiających na dwie równoliczne grupy. Wynosi ona w Polsce około trzech tysięcy złotych, co znaczy, że miesięczne dochody połowy Polaków są od tej sumy mniejsze. Jeśli z równania wykluczymy Warszawę, sytuacja będzie jeszcze gorsza. Tak niskie płace nie wynikają wcale z małej produktywności polskich pracowników. Wydajność pracy jest w Polsce na poziomie dwóch trzecich średniej unijnej. Płace – na poziomie jednej trzeciej. Nie trzeba być ortodoksyjnym marksistą, żeby zauważyć, co się dzieje, chociaż Marksowskie pojęcia okazują się pomocne: w Polsce wyzysk jest dwa razy większy niż w lepiej rozwiniętych państwach Europy, co znaczy, że za wykonanie dokładnie takiej samej, w sensie generowania wartości, pracy dostaje się dwa razy mniej niż wynosi średnia dla Unii Europejskiej.

 

Dziękujemy wydawnictwu W.A.B. za udostępnienie fragmentu i zgodę na jego publikację. Premiera książki jest zapowiadana na 8 kwietnia.