dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Dzieci rewolucji przemysłowej”, czyli od węgla w Yorkshire do kobaltu w Kongo

Książka Katarzyny Nowak to zbiór indywidualnych historii wyłuskanych z literatury wspomnieniowej. Historie te stają się materiałem dla opowieści o niewolniczo pracujących dzieciach. Ona zaś uwrażliwia czytelnika na jego własny wkład w wykorzystywanie pracy dzieci współcześnie.

katarzyna_nowak

Podtytuł książki („Kto naprawdę zbudował współczesny świat”) sformułowany jest w czasie przeszłym. Daje ona jednak wgląd nie tylko w losy XIX-wiecznych dzieci pracujących jako kominiarze, górnicy i służba. Mówi również o 150 milionach nieletnich pracujących dziś, a opisując nastawienie społeczeństwa wiktoriańskiego wobec pracy dzieci, wydaje się mówić o nas.

Książka została wydana w serii Znaku „Prawdziwe Historie”. Autorka, Katarzyna Nowak, to historyczka pracująca na Uniwersytecie w Manchester. Jest laureatką konkursu „Książka historyczna nie musi być nudna” pod patronatem prof. Normana Daviesa, a lektura „Dzieci rewolucji przemysłowej…” potwierdza słuszność tego werdyktu. Świetnie poprowadzona narracja sprawia, że książkę, określoną w nocie autorki jako „reportaż historyczny”, można przeczytać jednym tchem.

Opowieści zebrane w „Dzieciach rewolucji przemysłowej…” to historie sześciorga dzieci, które żyły – a raczej pracowały i próbowały przeżyć – w Wielkiej Brytanii w XVIII i XIX wieku. Reprezentują różne zawody wykonywane ówcześnie na Wyspach przez kilkulatków: robotnika w fabryce włókienniczej, kominiarza, trapera, „służącej do wszystkiego” czy garncarza. Wspólny dla ich historii jest fakt, że w pewnym momencie zostały one przez kogoś wysłuchane, bądź sami ich bohaterowie mieli możliwości i środki, aby zapisać swoje doświadczenia.

Autorka skrzętnie odnotowuje, że czyni to bohaterów jej książki wyjątkowymi. Niewiele spośród „dzieci rewolucji przemysłowej” – rzeczywistego, zbiorowego bohatera reportażu – miało szansę, aby ich indywidualny los został w jakikolwiek sposób udokumentowany. Problem dotyczy zwłaszcza dziewczynek, stąd zaledwie jednoosobowa reprezentacja kobiet wśród bohaterów „Dzieci rewolucji przemysłowej…”. Szerszego kontekstu dostarczają raporty komisji parlamentarnych dotyczące pracy dzieci. Indywidualne historie wyłuskane z literatury wspomnieniowej stają się materiałem dla opowieści o niewolniczo pracujących dzieciach. Ona zaś uwrażliwia czytelnika na jego własny wkład w wykorzystywanie pracy dzieci współcześnie.

„Dzieci rewolucji przemysłowej” w XXI wieku

Autorka zapytana w wywiadzie dla Gazeta.pl o powód napisania książki odparła: „Bo to jest ważna historia, którą trzeba opowiedzieć. Ale też historia, która się właściwie nie skończyła, o czym doskonale wiedzą wszystkie organizacje zajmujące się wyzyskiem dzieci”. Autorka stara się więc oddać głos zarówno dzieciom rewolucji przemysłowej, jak i tym pracującym współcześnie. W kolejnych rozdziałach powracają nienachalne nawiązania do współczesności i przemycane są informacje o wykorzystywaniu dzieci w rolnictwie, usługach czy przemyśle.

Drugoplanowymi bohaterami opowiadanej w „Dzieciach rewolucji przemysłowej…” historii są nieliczni politycy, aktywiści czy pisarze, którzy próbowali nagłośnić temat pracy dzieci w fabrykach czy kopalniach. Poświęcone im fragmenty współgrają z współczesnymi staraniami samej autorki. Powracające zestawienia – na przykład szybów węglowych w XIX-wiecznym Yorkshire z XXI-wiecznymi kopalniami kobaltu w Kongo – powiększają grono osób, które nie będą mogły mówić, że nie wiedziały o 150 milionach pracujących na ich dobrobyt dzieci.

Dzieci jako zasób

Chociaż w książce nie znajdziemy rozbudowanych nawiązań do teorii socjologicznych czy ekonomicznych, wydaje się ona przynajmniej w pewnym stopniu wyrastać z ducha „Wielkiej transformacji” Karla Polanyiego. Autorka postrzega pracę dzieci jako zasób, który nie był i nie jest niezbędny, lecz czynił i czyni produkcję bardziej opłacalną. Jak mówi we wspomnianym wywiadzie: „Dało [się bez nich], bo i wtedy, i dzisiaj nie było konieczne zatrudnianie dzieci. Można było produkcję organizować tylko z udziałem dorosłych, ale chęć ekspresowego zysku w imię postępu była silniejsza”.

Opisywane historie pozwalają głębiej wejrzeć w proces industrializacji i rozwój masowej produkcji. Oczami małego chłopca czytelnik ogląda przerażające i pełne zagrożeń korytarze kopalni, maszyny tkackie, powykręcane kominy i produkcję porcelanowych figurek Napoleona w fabryce zabawek. Przede wszystkim jednak losy bohaterów prowadzą do rzadziej kojarzonych z imperium brytyjskim instytucji: przytułków dla ubogich czy więzień. Pokazana zostaje obsesja wykształcania w dzieciach posłuszeństwa, przybierająca formę radykalnych metod wychowawczych i kar za wynikające z ubóstwa „przewiny”. Z perspektywy dziecka obserwujemy funkcjonowanie ośrodków rozproszonej kontroli nad rodzącą się klasą robotniczą.

Kto buduje współczesny świat?

W świecie XIX-wiecznych instytucji zachodziły jednak pewne zmiany w podejściu do pracy dzieci. Szok wywołany wydobyciem w 1838 roku z zalanej kopalni ciał ofiar, w tym 26 kilkuletnich dzieci, doprowadził do powołania komisji zajmującej się badaniem warunków pracy w kopalniach. Powoli zaczęto rozwijać sieć szkół umożliwiających ubogim dzieciom naukę. Wprowadzane były kolejne ustawy podnoszące wiek, od którego dozwolona była praca w niebezpiecznych zawodach, i ograniczające liczbę godzin pracy na dobę. Z czasem pojawił się obowiązek szkolny. Rozwinięte zostały mechanizmy umożliwiające rzeczywiste kontrolowanie wprowadzanych regulacji oraz ułatwiające ubogim korzystanie z wprowadzanych rozwiązań, takich jak darmowy posiłek w szkole.

Autorka wprost sygnalizuje, że zmiana w podejściu do pracy dzieci jest możliwa. Między wierszami można odczytać, jakie narzędzia pozwoliły na poprawę sytuacji. W doświadczeniu jednostek, których oczami oglądamy kulisy rewolucji przemysłowej, była to poprawa warunków materialnych, szansa na zdobycie wykształcenia czy dołączanie do związków zawodowych w okresie dorastania. Z perspektywy zbiorowego bohatera książki: wprowadzane prawa, a przede wszystkim mechanizmy ich skuteczniejszego egzekwowania.

Mimo to lektura może wywołać poczucie bezsilności wobec globalnego charakteru współczesnej pracy dzieci. O ile przekonujące wydaje się założenie, że „dałoby się” z niej zrezygnować, to trudniej wyobrazić sobie, jak miałoby obecnie do tego dojść. Korporacje wykorzystujące pracę dzieci przypominają XIX-wiecznych właścicieli fabryk, którzy odpowiedzialność za zatrudnianie nieletnich zrzucają na stojących niżej w hierarchii zarządców. Pozostaje pytanie: jak bardzo w takim razie my przypominamy wyższe klasy wiktoriańskiego społeczeństwa, nie zadając pytań o pochodzenie naszych telefonów komórkowych czy kawy?

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Krwawe awokado – fetyszyzm towarowy nowej klasy średniej

Po gorszej stronie życia. O „Wykluczonych” Artura Domosławskiego

Wszyscy albo nikt