dwutygodnik internetowy
21.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dylemat praktyczny

Prawo zakazujące aborcji jest prawem martwym i zbędnym. Z punktu widzenia moralnego, jest to zakaz szkodliwy i dwuznaczny moralnie ze względu na zaniechanie pomocy osobom dokonującym aborcji.

Ilustr.: Agnieszka WIśniewska

Czasami nieporozumienie w dyskusji wynika nie tyle z faktu, że nie zgadzamy się w kwestiach światopoglądowych, ale z stąd, że rozmawiamy na dwa różne tematy. Taki jest problem z debatą o delegalizacji aborcji.

 

Nie jest to dyskusja światopoglądowa. Dotychczasowa debata o delegalizacji aborcji koncentrowała się głównie na trzech powiązanych ze sobą kwestiach. Po pierwsze, od kiedy możemy mówić, że mamy do czynienia z istotą ludzką. Po drugie, czy kobieta ma pełną wolność do dysponowania swym ciałem. Wreszcie, czy zabijania istot ludzkich jest moralne. Co do tego, że nie powinniśmy zabijać, tak zwolennicy, jak i przeciwnicy delegalizacji aborcji nie mają wątpliwości. Otwartym pozostawało pytanie, czy powinniśmy zezwalać na zabijanie w imię obrony innego życia, na przykład życia matki. Dwie pierwsze kwestie dotyczyły tego, czy w przypadku płodu możemy mówić o autonomicznej istocie ludzkiej i czy w związku z tym mamy prawo do decydowaniu o jego życiu.

 

Aborcja jest niemoralna

Na potrzeby jasności dyskusji, kwestię tego, czy powinno się poświęcać jedno życie, by ratować życie innego, proponuję pozostawić na boku. Często są to wybory tragiczne, a sama kwestia pozostaje w dużej mierze nierozstrzygalna. Pamiętajmy jednak, że nie spieramy się tu o to, czy zabijanie jest złe, czy dobre, ale czy zabójstwo w takiej a takiej sytuacji, pozostając złym bywa usprawiedliwione. Z prostszą sytuacją mamy do czynienia w przypadku problemu autonomii istoty ludzkiej i prawa kobiety do decydowania o własnym ciele. Nie można uznać, że jest ono bezwzględne. Jeżeli złamię rękę, to lekarz wciąż ma obowiązek do udzielenia mi pomocy medycznej i nastawienia kończyny bez względu na to czy chcę, czy nie chcę, aby była ona złamana. Argument z autonomii ciała kobiety nie jest więc przekonujący.

 

Słaba wydaje się również argumentacja dotycząca kwestii tego, co jest, a co nie jest istotą ludzką. Pomijając już kwestię tego, że argumenty na rzecz jednej lub drugiej strony mają najczęściej charakter estetyczny, możemy dość łatwo przyjąć, że dyskusja o tym, co to znaczy być człowiekiem i od kiedy zaczyna się człowiek, mimo że trwa od trzech tysiącleci, nie doczekała się rozstrzygnięcia. Z kolei jeżeli mamy przesądzać wątpliwości na korzyść pokrzywdzonego, to prima facie powinniśmy przyjąć, że płód jest człowiekiem i jego życie powinno być bezwzględnie chronione. Na tej podstawie możemy wnioskować, że aborcja jest niemoralna.

 

Cały problem polega na tym, w jaki sposób można argumentować za tym, że nie powinno się dokonywać aborcji, a zarazem być przeciwnikiem jej delegalizacji? Jako katolik z przekonaniem zgadzam się z powyższą argumentacją. Aborcja jest zła i nie powinna mieć miejsca. Mimo to twierdzę, również z przyczyn moralnych, że nie powinno się aborcji delegalizować.

Ilustr.: Agnieszka WIśniewska

Fikcyjne prawo

Przede wszystkim należy pamiętać, jak pisałem, że nasza dyskusja nie ma charakteru światopoglądowego, ale pragmatyczno-prawny. Co do tego, że z moralnego punktu widzenia nie powinno się dokonywać aborcji, całkowita zgoda. Czasami jednak jest tak, że w imię ochrony życia, należy prawnie zezwolić na odbieranie życia. Paradoksalność tego stwierdzenia zniknie, gdy uświadomimy sobie kilka podstawowych faktów.

 

Po pierwsze, błędem jest przekonanie, że delegalizacja aborcji w Polsce czyni zabieg przerywania ciąży nielegalnym. Wystarczy wyjechać do kliniki w Niemczech czy w Czechach, żeby zabieg stał w pełnej zgodzie z prawem. Nie jest on też trudny w kraju. Nie mówię tu wyłącznie o tzw. podziemiu aborcyjnym, ale przede wszystkim o tym, że środki wywołujące sztuczne poronienie są z łatwością dostępne w Internecie. Możemy oczywiście zdelegalizować Internet oraz zakazać wyjazdów do Niemiec i Czech, ale wydaje się, że nie tędy droga.

 

Nie jest również prawdą, że delegalizacja aborcji przyczynia się do zmniejszenia liczby aborcji w kraju. Owszem, gdy spojrzeć na oficjalne statystyki, zgodnie z którymi dokonuje się około 600 zabiegów rocznie, takie twierdzenie miałoby sens. Sprawa ma się jednak inaczej, gdy uwzględnimy aborcje nielegalne. Problem polega na tym, że nikt nie wie, jaka jest skala zjawiska. Z obu stron padają liczby od 3 do 300 tysięcy nielegalnych aborcji rocznie. Mało kto zauważa inne niepokojące statystki. Co najmniej od lat 90-tych obserwujemy w Polsce wzrost liczby samoistnych poronień, pomimo tego, że jakość opieki medycznej znaczenie wzrosła. Pamiętajmy zarazem, że oficjalne statystyki dotyczące samoistnych poronień często ukrywają przypadki sztucznego, najczęściej farmakologicznego przerywania ciąży, oraz nie uwzględniają niezarejestrowanych przypadków poronień. Rozsądnie można więc przyjąć, zgodnie z szacunkami Federacji na rzecz Kobiet i Rodziny, która dane podaje za statystykami WHO, że liczba nielegalnych aborcji w Polsce kształtuje się na poziomie 80-200 tysięcy rocznie. Liczby kilkunastotysięczne wydają się jednak mało prawdopodobne, bo oznaczałoby to, że w dwukrotnie liczniejszej pod względem mieszkańców Polsce, jest mniej zabiegów niż w Holandii. Załóżmy jednak, że społeczeństwo polskie stosuje się mocniej do moralności katolickiej i dokonuje proporcjonalnie dwa razy mniej zabiegów rocznie niż Holendrzy , czyli około 50 tysięcy zabiegów. Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że prawo antyaborcyjne jest mało skuteczne. W roku 1990, jeszcze przed uchwaleniem obecnej ustawy, dokonywano rocznie około 59 tysięcy legalnych aborcji. Jeżeli więc ustawa delegalizująca aborcję nie przyczynia się do spadku ilości zabiegów aborcyjnych, to znaczy, że jest ona niepotrzebna. Prawo, którego nikt nie przestrzega, nie jest obowiązującym prawem, ale fikcją.

 

W związku z tym, jeżeli ustawa antyaborcyjna nie przyczynia się do spadku ilości aborcji, to można argumentować, że ustawa jest szkodliwa. Delegalizacja aborcji utrudnia lub uniemożliwia udzielenie pomocy medycznej i prawnej osobom dokonującym takie zabiegi. Innymi słowy, delegalizując aborcję, narażamy życie i zdrowie kobiet dokonujących aborcji. Jeżeli zabieg aborcji może wiązać się z powikłaniami i zagrożeniem życia kobiet, to skazując kobiety na podziemie aborcyjne, odcinamy je od publicznej opieki zdrowotnej. Tym samym popełniamy grzech zaniechania.

 

Ilustr.: Agnieszka Wiśniewska

Nietrafiony jest także argument z analogii pomiędzy mordowaniem ludzi a zabijaniem nienarodzonych dzieci. Mówi on w skrócie, że jeżeli zakazujemy zabijania ludzi, a płód jest człowiekiem, to powinniśmy również zakazać zabijania nienarodzonych dzieci. Problem polega na tym, że prawo państwowe nie jest tym samym, co prawo moralne. Jeżeli zakazujemy czegoś pod sankcją prawną, to zakaz ten może pełnić dwie podstawowe funkcje: ukaranie osoby dokonującej zakazanego czynu oraz uniemożliwienie jej dokonania tego czynu ponownie. W przypadku morderstw twierdzimy więc, że poparty sankcją zakaz prawny ma na celu ukaranie morderców oraz uniemożliwienie im dokonania kolejnych morderstw. Analogia nie zachodzi w przypadku zakazu aborcji. Póki co zwolennicy zakazu aborcji nie twierdzą, że należy wsadzać do więzienia matki, a zatem prawo antyaborcyjne nie pełni funkcji sankcjonującej. Być może mogłoby pełnić funkcję odstraszającą i utrudniającą wykonanie czynu, ale w obliczu tego, jak łatwo o aborcję w Polsce, jest to mało prawdopodobne. Innymi słowy, z punktu widzenia teoretycznoprawnego prawo zakazujące aborcji jest prawem martwym i zbędnym. Z kolei z punktu widzenia moralnego, jest to zakaz szkodliwy i dwuznaczny moralnie ze względu na zaniechanie pomocy osobom dokonującym aborcji.

 

Jak chronić życie?

Do tej pory twierdziłem, że aborcja jest niemoralna. Niemoralna i wątpliwa pod względem prawnym jest również delegalizacja aborcji. Co zatem zrobić, żeby chronić życie? Odpowiedź jest bardzo prosta. Aborcja nie bierze się stąd, że taka jest moda lub kaprys współczesnej kobiety. Aborcja nie bierze się z mody na cywilizację śmierci, czegokolwiek by ona nie oznaczała. Zjawisko aborcji bierze się najczęściej z biedy lub z praktycznej niemożliwości poświęcenia się opiece nad dzieckiem. To ostatnie zjawisko nie dotyczy przy tym z reguły kobiet na wysokich stanowiskach, ale osób, które nie mogą sobie pozwolić na półroczną przerwę w pracy, muszą samotnie wychowywać dziecko, lub tych, których po prostu nie stać na jego posiadanie.

 

Moralny sprzeciw wobec aborcji jest więc godny pochwały. Jeżeli jednak ma on się koncentrować na walce o delegalizację aborcji, jest moralną głupotą. Nie wystarczy zamykać oczu, żeby dane zjawisko zniknęło, a i samo zamykanie oczu jest często niemoralne. Więcej dobrego my, zwolennicy życia, osiągnęlibyśmy, gdybyśmy zaczęli walczyć o poprawę warunków życia w Polsce, o powiększenie pensji, o ograniczenie ilości umów śmieciowych. Chronić życie będziemy wtedy, gdy będziemy walczyć z biedą i z wykluczeniem. Jest to być może mniej spektakularna walka, ale z pewnością mająca więcej wspólnego z duchem chrześcijaństwa.

 

Czytaj nas co tydzień! Nowy numer tygodnika “Kontakt” w każdy poniedziałek.

  • Ignacy Ś

    Ciekawa opinia, szkoda jednak, że część przesłanek jest wątła, a argumenty fałszywe.

    1. “Jeżeli więc ustawa delegalizująca aborcję nie przyczynia się do spadku ilości zabiegów aborcyjnych, to znaczy, że jest ona niepotrzebna.” – argumenty szacujące liczbę aborcji, przywołane do uzasadnienia tego stwierdzenia są błędne. Po pierwsze, autor powołuje się na wzrost liczby samoistnych poronień “co najmniej od lat ’90”. Tymczasem, raport Federacji na rzecz Planowania Rodziny (a więc organizacji, po której trudno się spodziewać prezentacji faktów wspierajcych tezę o skuteczności zakazu) wskazuje, że bezwględna liczba poronień samoistnych spadła, natomiast ich udział we wszystkich ciążach zwiększył się jedynie o 0,33p.proc w latach 1993-2007 (a np. różnica między 1998 a 2007 to jedynie 0,02p.proc. Z kolei w latach 2002-2007 odsetek ten się zmniejsza! – por. http://www.federa.org.pl/dokumenty_pdf/aborcja/Raportpopr.pdf). Biorąc pod uwagę coraz wyższy wiek kobiet zachodzących w ciążę (a więc wyższe ryzyko poronień naturalnych), trudno przychylić się do tezy, że liczby te kryją nielegalne aborcje.

    Porównanie z Holandią nie może być dowodem na niedziałanie prawa aborcyjnego – bo autor przyjmuje arbitralną liczbę aborcji na poziomie zbliżonym do roku sprzed wprowadzenia obecnej ustawy i na tej podstawie twierdzi, że prawo nie jest w Polsce przestrzegane. Nie ma jednak żadnych rzetelnych danych na ten temat.

    2. autor twierdzi, że obecne prawo nie stanowi przeszkody do wykonania aborcji, że nie ma działania odstraszającego. Jednak opiera to, po pierwsze, na powyższych, błędnych argumentach odnośnie powszechności aborcji w Polsce, a po drugie na stwierdzeniu, że w Polsce jest łatwo o aborcję. To ostatnie jest jednak sprzeczne z opisami przedstawionymi w cytowanym powyżej raporcie Federacji, gdzie wskazane są trudności (w tym finansowe) w dostępie do nielegalnej aborcji w Polsce.

    3. “Zjawisko aborcji bierze się najczęściej z biedy lub z praktycznej niemożliwości poświęcenia się opiece nad dzieckiem” – trudno się zgodzić z takim twierdzeniem. Wystarczy przywołać statystyki, zgodnie z którymi w okresie, gdy aborcja była legalna i powszechnie dostępna – w latach ’80 było to 300-450 tyś rocznie (Wikipedia za Federacją). Jeden ze znanych obecnie katolickich publicystów wspominał, że gdy będąc na studiach jego kolega zbierał na skrobankę dla swojej dziewczyny, po prostu się dołożył – wtedy nie było to niczym dziwnym. Obecnie, między innymi na skutek działań kościoła, nastawienie do aborcji bardzo się zmieniło, co też zapewne pociągnęło za sobą spadek liczby dokonywanych zabiegów. Wskazuje to jednak również na rolę nastawienia społecznego i pewnych “mód”. Analogicznie, istotną rolę odgrywają i mogą odegrać ruchy postulujące zwiększenie prawa do aborcji i zmianę nastawienia społecznego do niej, działające w kontrze do linii prezentowanej przez kościół. Również granica “praktycznej niemożności poświęcenia się opiece nad dzieckiem” przesuwa się w stronę konieczności posiadania coraz wyższego standardu materialnego. To wszystko wskazuje, moim zdaniem, że “moda”, czy też raczej “nastawienie społeczne” odgrywa ogromną rolę przy decyzjach o aborcji, jak też, patrząc szerzej, przy decyzjach o posiadaniu dzieci. Nie jest to tylko kwestia warunków materialnych czy dostępności żłobków, jak zdaje się sugerować autor.

    Ignacy Ś

    • PK

      witam serdecznie,

      spróbuję pokrótce odnieść się do wymienionych zarzutów:

      1) “szacuje się” (to w tym przypadku bardzo nieodpowiednie słowo), że liczba nielegalnych aborcji waha się w granicach, w zależności od szacunków, od 3 do 300 tyś. Nie wnikając już w metodologię tych szacunków (w obu skrajnych przypadkach można mieć poważne wątpliwości, czy mamy tam do czynienia z jakąkolwiek metodologią; jest mało prawdopodobne, aby po delegalizacji aborcji ze względu na warunki społeczne liczba aborcji spadła z 50 tys na 3 tys., ani ze wzrosła do 300 tys.) to niepokój budzi przede wszystkim skala niewiedzy. Innymi słowy, nic nie wiemy. Stąd też liczba 50 tyś. nielegalnych aborcji, jaką podaje de facto arbitralnie, jest jedynie rozsądnym szacunkiem na podstawie innych szacunków. Dalej, jeżeli nic nie wiemy, to fakt, że wzrósł wiek reprodukcyjny, również może być przesłanką uprawdopodabniającą tezę, że mamy wciąż do czynienia z dużą liczbą nielegalnych aborcji. Chcę być przy tym dobrze zrozumiany: to nie jest tak, że twierdzę, że liczba aborcji wzrosła. W tekście przyjmuje jedynie, że nic na ten temat nie wiemy, ale rozsądnie można byłoby przyjąć, że liczba aborcji utrzymuje się na zbliżonym poziomie do tego, jaki był w latach 90-tych. Inna sprawa, że nawet bez tej przesłanki argument o nieskuteczności prawa da się obronić, co spróbuję przedstawić w punkcie 2.

      2) teza o braku funkcji odstraszania i o łatwości aborcji jest niezależna od tego, czy liczba aborcji wzrosła, czy zmalała. Oczywiście nikt nie musi wierzyć na słowo autorowi. Wystarczy, że wierzy w mądrość dr. Google. Żeby się przekonać, jak łatwo w Polsce o aborcję, wystarczy prosty eksperyment: proszę wpisać w wyszukiwarkę hasło “tabletki na poronienie bez recepty” lub podobne. Poza tym, jak pisałem, wyjazd do Niemiec lub Czech nie stanowi już logistycznego wyzwania. Jeżeli zaś chodzi o fakt, że dostępność aborcji zależna jest od statusu materialnego: na to mogę zgodzić się łatwością i nie jest to w żadnym wypadku sprzeczne z argumentacją. To, że jednych stać na wyjazd do Niemiec, a innych nie. To, że jednych stać na lepszą opiekę, a innych nie. To, że jedni mają odpowiednie kompetencje, aby móc sprowadzić sobie tabletki, a inni nie, to akurat banał i nie widzę powodu, by skupiać na nim uwagę.

      3) Ma Pan rację, teza, że aborcja bierze się z biedy, jest wyssana z palca. Tyle tylko, że nie pełni ona w moim tekście funkcji przesłanki, ale jest to figura myśli dla wzmocnienia przekonania, że więcej dobrego uczynilibyśmy, gdybyśmy skupili się na zapewnieniu lepszych warunków socjalnych i pracowniczych, niż na walce z cywilizacją śmierci. W tym pierwszym wypadku przynajmniej wiem, z czym i o co walczę.

      Dla jasności: najprawdopodobniej zgadzamy się co do faktu, że aborcja jest moralnie zła. W tym tekście twierdzę jedynie, że z faktu jej niemoralności nie wynika konieczność jej delegalizacji (przy czym całość argumentacji to przykład tzw. argumentu z redukcji szkód), ponieważ ta jest wątpliwa pod względem prawnym i moralnym. Tylko tyle i aż tyle.

      Pozdrawiam serdecznie
      Piotr Kozak

  • marysia
    • PK

      bardzo możliwe, choć formalnie podana w wymienionym przez Ciebie tekście liczba 7-14 tys. nielegalnych aborcji mieści się w podanych przeze mnie granicach 3-300 tys. Inna sprawa, że jeżeli we wspomnianych przez Ciebie badaniach, jest jakaś metodologia, to można poważnie wątpić, czy jest poprawna. Stosuje się tam przelicznik 1:4/1:3, ale po pierwsze, można wątpić, czy analizy demograficzne z lat 80-tych stosują się w przypadku lat 2000 i wyżej (ze względu na inną sytuację społeczną i inny status prawny aborcji); po drugie, wynika z nich, że jeżeli całkowicie zakażemy aborcji, czyli liczba legalnych aborcji spadnie do 0, to liczba nielegalnych aborcji również spadnie do 0, co jest absurdem. W każdym razie, w tekście nie twierdzę, że liczba aborcji wzrosła, ani że zmalała. Na oba twierdzenia nie ma żadnych dowodów. Twierdzę jedynie, że mamy tak małą wiedzę, że rozsądnie można byłoby przyjąć, że liczba aborcji nie zmalała w stosunku do lat 90-tych.

      Pozdrawiam serdecznie
      Piotr Kozak

  • Kopacz

    Pomiędzy każdym jej powodem a samą aborcją jest jeszcze takie dość ważne, choć krótkie i raczej przyjemne zdarzenie: zajście w ciążę. Mam problem ze zrozumieniem, jak można być tak zagorzałym przeciwnikiem aborcji jak są niektórzy, jednocześnie w taki sam zacięty sposób sprzeciwiając się edukacji seksualnej czy finansowemu wspieraniu przez państwo antykoncepcji. Czy wniosek, że mniej niechcianych ciąż to mniej aborcji jest zbyt odważny?

  • Ewa Guśpiel Polak

    Jestem stanowczo przeciwna aborcji w KAŻDEJ sytuacji. O co toczy sie dyskusja o zabicie małego, najbardziej bezbronnego człowieka. JESTEŚMY CYWILIZACJĄ BARBARZYŃCÓW. W średniowieczu wyzywano się na pojedynki, przelewano krew o honor, równy z równym, a to dziecko nie ma najmniejszej szansy na obronę. Zabija sie dziecko w męczarniach. NAWET PSY są usypiane zastrzykiem, a oto co robi sie dzieciom;”W ostatnim trymestrze ciąży stosuje się tzw. „ poród częściowy”. Polega
    on na wydobyciu nóg i tułowia płodu w taki sposób aby głowa została w kanale
    rodnym a następnie wbija się szczypce chirurgiczne w tył głowy aż do rdzenia
    kręgowego(ryć. 6). Po wykonaniu tego zabiegu w celu ułatwienia wydobycia
    resztek głowy zmniejsza się jej objętość przez wyssanie mózgu za pomocą próżnio
    ciągu. Zabiegi te przebiegają bez znieczulenia płodu”

  • Filip Mazurczak

    Szanowni Państwo,

    około miesiąc temu zerwałem swoją współpracę z “Kontaktem”. Po publikacji tego tekstu nie mam najmniejszych wątpliwości, że podjąłem słuszną decyzję. Ten skandaliczny tekst mnie niezwykle zniesmaczył. I udowadnia, że “Kontakt” ma z katolicyzmem niewiele wspólnego poza nazwą.

    W Kościele jest przestrzeń do debaty, ale myślę, że Katechizm Kościoła katolickiego oraz Dekalog to nie są rzeczy do dyskusji. Jahwe dał Mojżeszowi dziesięć przykazań, w których jednoznacznie jest napisane: “NIE ZABIJAJ!” Dlatego działacze pro-life to nie tylko katolicy, ale także ortodoksyjni Żydzi, prawosławni i liczni protestanci. Także osoby wyznające inne religie walczą o życie. W Korei Płd. jest w tej chwili sojusz pomiędzy katolikami a buddystami jeśli chodzi o ochronę życia, a w wielu azjatyckich krajach – np. w Tajlandii – przepisy dt. aborcji są podobne dzięki zaangażowaniu buddystów.

    Jeśli chodzi o “katolewicę” którą zespół “Kontaktu” próbuje tworzyć, to warto zauważyć, że w Nikaragui to rząd marksistowskich Sandinistas całkowicie zakazał aborcję, a lewicowy prezydent Ekwadoru Rafael Correa ostatnio wyznał, że nigdy w życiu nie zalegalizuje aborcji. Daje te przykłady ponieważ redakcja “Kontaktu” zdaje się mieć obsesję na punkcie latynoamerykańskiej lewicy, szczególnie w wydaniu teologii wyzwolenia.

    A zresztą podstawowym założeniem to jest troska o najsłabszych. Kto może być słabszy od nienarodzonego dziecka?! A tym bardziej, kto może być słabszy od NIEPEŁNOSPRAWNEGO nienarodzonego dziecka? W końcu zmiana ustawy, o której pisze autor, do tego konkretnego przypadku się odnosiła…

    Ponieważ uważacie się za redakcję katolicką przypominam, że Kościół nie zmienia swojego nauczania w tej kwestie. Krótko po swoim wyborze na Tron Piotrowy Ojciec Święty Franciszek wystosował list do biskupów swojej rodzimej Argentyny, by ekskomunikowali polityków popierających legalizację aborcję (podobne stanowisko zajął kard. Joseph Ratzinger w 2004 roku odnośnie amerykańskich polityków deklarujących się jako katolików a popierających aborcję w USA). Franciszek także ok. miesiąc temu porównał abortowane dzieci do Chrystusa. Zresztą Franciszek i Benedykt XVI mówią głosem swoich poprzedników. Za ciężki grzech aborcję potępili Pius XI (Casti conubii), Jan XXIII (Mater et magistra), Paweł VI (Humanae vitae) oraz Jan Paweł II (Evangelium vitae).

    Przeczytałem tekst i rozumiem, że autor sugeruje, że uznanie aborcji za coś niemoralnego nie musi oznaczać walkę o jej delegalizację. To czemu nie można powiedzieć, że np. niewolnictwo jest niemoralne, ale to kwestia sumienia czy ktoś ma niewolników więc wtedy niech będziemy “pro-choice” w stosunku do niewolnictwa?

    Jeśli chodzi o skalę nielegalnych aborcji o której pisze Autor, to są bajki. W 1997 roku w Polsce zalegalizowano aborcję na życzenie; dopiero później wycofano ten zakaz kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał te nowe przepisy za sprzeczne z Konstytucją RP. Wówczas wykonano w Polsce… ok. 3.700 aborcji.

    Wreszcie, jeśli ktoś myśli, że aborcja to kwestia religii a w świeckim państwie religia nie dyktuje prawem, to polecam książkę Oriany Fallaci, antyklerykalnej ateistki, pt. List do nienarodzonego dziecka. Nie znam bardziej pro-life książki.

    Z poszanowaniem,
    Filip M.

    • Ignacy.

      Filipie,
      ja tylko chciałbym podkreślić, co na pewno zresztą wiesz (a jeśli nie, to mogłeś łatwo sprawdzić), że Piotr Kozak nie jest członkiem redakcji “Kontaktu”, a jego tekst nie wyraża poglądów całości redakcji (nie wiem, czy kogokolwiek). Ja na przykład się z tym tekstem nie zgadzam. Przeczytałem, pomyślałem i wciąż się nie zgadzam. Ale też nie mam problemu z tym, że się tu znalazł, zwłaszcza że, z tego, co wiem, szykuje się polemika.

      Pozdrawiam,
      Ignacy.

      • Filip Mazurczak

        Drogi Ignacy,
        w takim razie, Ignacy, czy mogę napisać odpowiedź/polemikę na tekst p. Kozak dla strony “Kontaktu”? Oczywiście, taka polemika byłaby merytoryczna i nie obrażałaby nikogo.
        Dziękuję i pozdrawiam,
        Filip

        • PK

          Szanowny Panie Filipie,

          bardzo zachęcam do napisania polemiki. Zawsze miło się rozmawia. Muszę jednak od razu wyjaśnić nieporozumienia, o których wspomina Pan w swoim wpisie.

          Po pierwsze, co do tego, że aborcja jest niemoralna i sprzeczna z nauka KK zgoda. O to chyba nikt tu obecny się nie spiera. Inna sprawa, że w tekście znajduje się co najmniej jeden argument przeciwko aborcji, który nie odwołuje się do autorytetu KK i nauczania JPII i w tym sensie pozwala on zająć lepszą pozycję argumentacyjną w dyskusji ze zwolennikami aborcji nie uznającymi autorytetu KK.

          Po drugie, moja argumentacja nie bazuje jedynie na przesłance ze statystyki dotyczącej nielegalnych aborcji, choć widzę, ze ta wzbudza największe kontrowersje. Co prawda twierdze tam jedynie, ze nie mamy wiedzy co do tego, czy liczba aborcji wzrosła czy zmalała i jedynie na mocy pewnych ogólnych zasad racjonalności nakazujących zachowanie ostrożności w sądach dotyczących niepewnych informacji, przyjmuję (jedynie w celach heurystycznych), że pozostała na podobnym poziomie. Jeżeli jednak ten fragment wzbudza kontrowersje, można go z powodzeniem ominąć zarazem utrzymując główną linię argumentacyjną, ponieważ ta opiera się na tym, że prawo aborcyjne jest nieskuteczne (łatwość aborcji) i nie posiada żadnych narzędzi (nie pełni żadnej z funkcji przynależnej prawu), nie mówiąc już o tym, że prawo to ma niemoralne konsekwencje.

          Po trzecie, pisze pan: “To czemu nie można powiedzieć, że np. niewolnictwo jest niemoralne, ale to kwestia sumienia czy ktoś ma niewolników więc wtedy niech będziemy “pro-choice” w stosunku do niewolnictwa?” Niestety źle Pan rekonstruuje argument. Moja argumentacja nie opiera się na tym, że prawo nie powinno rozstrzygać w kwestii sumienia. Niemoralne prawo to złe prawo. Ale tu uwaga: prawo to nie to samo co moralność, choć powinno moralności służyć. Prawo to przede wszystkim zbiór praktycznych narzędzi i instrukcji, które mają mieć na celu osiągnięcie określonych celów (nie tylko moralnych, ale z pewnością nie stojących w sprzeczności z moralnością) i które oceniane jest na podstawie skutków działania prawa. W tym sensie, jeżeli prawny zakaz zabijania powodowałby więcej skutków negatywnych niż pozytywnych, to ten zakaz byłby złym zakazem, pomimo tego że same zabójstwo również byłoby złem moralnym. Co więcej, analogia pomiędzy niewolnictwem a aborcją nie zachodzi. W przypadku zakazu niewolnictwa prawo ma odpowiednie narzędzia, żeby wymusić stosowanie prawa, czyli pełni funkcję odstraszającą i praktycznie uniemożliwiającą lub w poważnym stopniu utrudniającą taki proceder. To nie zachodzi w przypadku aborcji, gdzie prawo ani nie odstrasza, ani nie utrudnia dokonania aborcji, czyli jest martwym prawem. Co prawda mogłoby być prawem skutecznym, ale wówczas, jak pisałem, należałoby się zgodzić na zamknięcie granic i odłączenie Polski od internetu.

          Po czwarte, to jest dość częsty błąd logiczny, przeciwnicy delegalizacji aborcji, nie muszą być zwolennikami całkowitej legalizacji aborcji. To, czy należałoby całkowicie zalegalizować aborcję, to znacznie trudniejszy, a na pewno inny temat.

          Pozdrawiam serdecznie
          Piotr Kozak