dwutygodnik internetowy
24.08.2015
magazyn papierowy


Dylan, Batman… Mogur? Subiektywnie o muzyce Huculszczyzny

Poniższy felieton to próba przedstawienia odczuć, jakie towarzyszyły mi przez trzy lipcowe tygodnie w czasie spotkań z niektórymi muzykantami Huculszczyzny, w kontakcie z rzeczywistością muzyczną inną niż wszystkie, jakie miałem dotąd okazję poznawać. Ale czy faktycznie “huculska muzyka ludowa” stanowi tradycję na tyle odmienną, że w istocie nieprzetłumaczalną na pojęcia ukształtowanej przez wzory anglosaskie „światowej muzyki rozrywkowej”?

źródło: http://centrum.pogranicze.sejny.pl/

źródło: http://centrum.pogranicze.sejny.pl/

 

Ukraińska Huculszczyzna, obwód iwano-frankowski, pewna rozległa wieś w powiecie werchowyńskim. Podchodzę stromą ścieżką pod górę. Gdyby nie pomoc starszego przechodnia przeoczyłbym półotwarte drzwi drewnianego garażu – jednego z wielu podobnych stojących po obu stronach prowadzącej ku zboczom drogi. W środku za „turystycznym” stołem siedzi towarzystwo panów po czterdziestce (niektórzy przekroczyli ją dopiero co, inni dekadę czy dwie temu). Jeden z nich to miejscowy muzyk, z którym umówiłem się na spotkanie. Tylko który?

Żaden nie trzyma w rękach instrumentów. Wszyscy ubrani są w najzwyklejsze koszule z krótkim rękawem lub T-shirty. „Nie mogłem być chyba tak naiwny, by spodziewać się, że muzykant będzie stał w skórzanym serdaku, wyszywanej koszuli, ozdobnym filcowym kapeluszu i ze skrzypcami pod pachą, wsparty na toporku” – karcę się w duchu.

***

Bohaterowie

Jednak łączenie postaci huculskiego muzyka z wymienionymi wcześniej częściami stroju nie jest całkowicie bezpodstawne. Wizerunek karpackiego górala bywa chętnie odtwarzany przez muzyków w oficjalnych sytuacjach: taki ubiór stanowi znak „huculskości” na folkowych festiwalach, gdzie pojawiają się twórcy z innych regionów, a na weselach „po huculsku” wydaje się oczywistym uniformem członków kapeli. Niezależnie od tego, czy pokazuje akurat przynależność do narodu, terytorium czy elitarnego grona muzykantów, może być powodem do dumy. Na moje wyobrażenie huculskiego muzykanta jako kogoś nadzwyczajnego miały wpływ także szczególne kilczki (przezwiska), po których niejednokrotnie łatwiej było kogoś zidentyfikować niż po właściwym imieniu i nazwisku. Ksywki muzykantów często różnią się od zwykłych ulicznych kliczek – powiązanych najczęściej z imieniem któregoś z rodziców, dziadków, przodków nosiciela. „Posztar”, „Dowbusz”, „Kaktus”, „Hurduz”, „Czesnak” – mnie, osobie spoza Huculszczyzny, przywodzą na myśl komiksowych superbohaterów, postaci z legend, a z drugiej strony „swoich chłopaków z podwórka”. Ale czy podobnych wrażeń – tajemnicy odczuwanej równocześnie z pewnym dziwnym rodzajem bliskości – nie mają budzić pseudonimy w rodzaju Boba Dylana, Madonny, Slash’a, albo Freddiego Mercury’ego? I czy w takim razie – noszony tylko w szczególnych sytuacjach – strój huculski nie ma w sobie czegoś z peleryny superbohatera?

***

Pan Dymytro prawie natychmiast ratuje mnie z opresji – ciemnowłosy, wąsaty mężczyzna o donośnym głosie i dynamicznych ruchach przedstawia się sam, po czym nakłania gestem, bym usiadł przy stole. Po kilku minutach rozmowy otwiera futerał ze skrzypcami (jego kompani wymieniają porozumiewawcze uśmiechy i zachęcają, bym zaczął nagrywać wideo), rozgrzewa się krótkim efektownym pasażem i rozpoczyna układanie „spiwanok”…

Improwizacja

W następnej chwili słyszę, jak mową wiązaną wyrzuca w moim kierunku kolejne dwuwierszowe zwrotki: o tym, że wita „brodatego Polaka”, o tym, że częstuje wszystkim, co leży przed nami na stole, że dookoła siedzą jego kumple X, Y i Z. Po czym następuje seria prześmiewczych fraz opisująca każdego z nich. Ni stąd, ni zowąd wtrąca pytanie, czy tak w ogóle jestem żonaty, bo „tut chujowe dorohy”, ale za to dziewczyny najwspanialsze. Kończy prośbą o to, bym mu nie świecił na twarz lampą kamery, bo i bez tego dobrze widzi.

Wszystko wymyślane na poczekaniu, do rymu i do rytmu, bez zacięć i zawahań, a przerywane tylko solowymi partiami skrzypiec dla rozdzielenia kolejnych strof. Już wcześniej dostrzegałem pewne powinowactwo okolicznościowych kołomyjek, przyśpiewek powstających znikąd (czyli z głowy) z właściwym hiphopowi „stylem wolnym”. Sytuacja, której byłem świadkiem, pokazała mi tylko dobitniej, że „coś jest na rzeczy”. Śmiem podejrzewać, że pan Dymytro, podobnie jak uczestnicy freestylowych bitew, swoje improwizacje konstruuje w oparciu o wypracowane przez lata „cegiełki” – adekwatne do wielu „tu i teraz” formuły, całe łańcuchy zestrojonych znaczeniem rymów, zjawiskowe porównania i zjadliwe docinki – czekające na użycie w trakcie wesela, koncertu, imprezy.

Znajomość form a przymus oryginalności

Zupełnie inny dzień. Miasteczko Werchowyna. Knajpka niedaleko dworca autobusowego. Siedzimy we czwórkę : Muzykant Ф, Muzykant К, etnografka O, badająca środowisko muzyków na Huculszczyznie i ja. Panowie К oraz Ф tłumaczą nam różnice pomiędzy poszczególnymi melodiami pochodzącymi z okolicznych wsi:

„No, bo tak to jest po werchowyńsku” – Ф wyciąga z leżącego pod stołem futerału skrzypce i zagrywa skoczną melodię – „Ale mogę wam zagrać jeszcze taką melodię jasieniowską” – Na pierwszy rzut ucha identyczny zestaw dźwięków. Po dokładniejszym wsłuchaniu odnajduję różnicę… przeciągły tryl na końcu każdej frazy. W sprawie tego, jak brzmiała melodia z pobliskiej Zamahory, starsi muzycy nie mogli się zgodzić. Raz po raz wygrywali wariacje na temat dwóch pierwszych sekwencji, modyfikując rozkład akcentów, to dodając kolejne pauzy, a nawet zmieniając metrum.

Mimo istnienia odpowiedniej terminologii, zapisów nutowych co poniektórych utworów i ich klasyfikacji w samej muzyce granej przez Hucułów nie brakuje przestrzeni na osobisty smak, uzewnętrznienie się osobowości grającego i autora (czasem tej samej osoby), zmienność, dzikość i nieprzewidywalność. W czym akurat wydaje się podobna tej „nieludowej” muzyce współczesnej (często już w założeniu eksperymentalnej) – poligonu do manifestowania indywidualności. Ta bowiem wychodzenie poza formy, łamanie praw i ograniczeń wynosi jako szczególną wartość, coś jakościowo lepszego niż sama doskonałość pokazywana lege artis. W przypadku muzyki huculskiej rzecz ma się nieco inaczej. Zarówno popis pana Dymytra „na wolno”, jak i dyskusja przy barowym stoliku oraz inne niewspomniane w tekście spotkania każą mi sądzić, że oryginalność, twórczość i aktualność objawia się w niej nie poprzez celowe rozsadzanie istniejących wzorów i burzenie form, ale mistrzowskie wykorzystanie istniejących (uznanych za wspólne i tradycyjne, a więc powszechnie zrozumiałych) sposobów ekspresji. Oczywiście wniosek ten wysnuwam tylko na podstawie wąskiego wycinka kultury muzycznej huculszczyzny, jaki mi się akurat ukazał – intuicja podpowiada jednak, że powyższe twierdzenie można z powodzeniem odnieść do wielu odmian – czy to „ludowej”, czy to „salonowej” – tradycyjnej sztuki w ogóle, co odróżnia tę ostatnią od płynnej, pędzącej i nie-zawsze-foremnej sztuki „późnej nowoczesności”.

Rywalizacja

O gustach się nie dyskutuje – dopóki prymat tego czy innego twórcy pozostaje kwestią gustu, a nie umowy, nie sposób uargumentować nietrafność któregokolwiek z wyborów. „Wyższość” jednego artysty nad drugim próbuje się czasem uzasadniać przewagą we wskazanej wymiernej kategorii: liczbie nagranych/sprzedanych płyt, fanów, instrumentów, na których gra, technik wykonawczych, którymi się posługuje, pochlebnych recenzji i tak dalej. Ale nawet osoby przytaczające w dyskusji podobne dane są najczęściej świadome ułomności użytego przez siebie probierza. Mrzonką byłoby też marzenie o kryterium unifikującym przedstawicieli różnych porządków estetycznych.

A co, jeżeli jeden muzyk może drugiego po prostu przegrać – to znaczy: zdominować we wspólnej muzycznej konfrontacji? Wśród huculskich muzykantów to możliwe! W relacjach moich rozmówców dwie kapele lub dwaj rywalizujący muzykanci stawali naprzeciw siebie i próbowali przytłoczyć, onieśmielić drugą stronę swoimi umiejętnościami, zagrać coś, czego przeciwnik nie zdoła powtórzyć albo przekonać o własnym niepowtarzalnym talencie i wykonawczej hegemonii publiczność. Najlepszym muzykiem okazuje się więc ten, którego nikt przegrać nie potrafi. Proste.

Nieprzetłumaczalne?

Właśnie o tych najwybitniejszych artystach swojego czasu powstało całe mnóstwo historii, które pozostają żywe mimo tego (a może właśnie dlatego), że ich główni bohaterowie nie żyją już od kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Opowieści o Gaweciu czy Mogurze obfitują w zdarzenia niesamowite, fantastyczne –ich zgodność z rzeczywistością jest jednak dla mnie sprawą najwyżej drugorzędną. Za istotniejsze uważam konstruowane przez nie sylwetki żyjących nie tak dawno twórców i wyłaniające się z sumy przekazów wyobrażenia o muzykantach w ogóle. Gaweć potrafił sprawić, by jego muzycznym adwersarzom pękały struny. Prawie ślepy Mogur w czasie II wojny światowej zdołał swoją grą na skrzypcach (ostatnie życzenie) wzruszyć pluton egzekucyjny do tego stopnia, że żołnierze wypuścili skazanego na powieszenie muzyka. Pierwszemu przypisuje się służącego diabła chodowańca, drugiemu – sprowadzenie burzy na chatę gospodarzy, którzy odmówili zapłaty za występ.
Przy całej odmienności świata huculskich muzyków dopatrzyłem się w nim kilku punktów styku z moim „muzycznym światem”, które to miejsca (przy zachowaniu dużej dawki ostrożności) mogłyby stać się zaczynem do przekładu idiomu artystycznej Huculszczyzny na bliższe mi oraz – jak sądzę – czytelnikowi kategorie. Dlaczego by więc „pop”-kulturowego „super”-bohatera Huculszczyzny nie umieścić w tytule obok ikony muzyki rozrywkowej i Mrocznego Rycerza z Gotham City?

 

Dla zainteresowanych:

http://karpaccy.pl/slowo-wstepne-do-muzyki-huculszczyzny-plaj-46/

http://karpaccy.pl/mapa-huculszczyzny-plaj-25/