dwutygodnik internetowy
30.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Drony polskie

Najnowsza, błyskotliwa książka Ziemowita Szczerka „Siwy Dym albo Pięć Cywilizowanych Plemion” to nie tylko futurologiczny eksperyment, ale również próba naszkicowania pejzażu Europy jako kontynentu wewnętrznych konfliktów i tłumionych napięć.

ilustr.: materiały prasowe

materiały prasowe

Wydaje się, że tradycyjne słowniki i kartografie społeczno-polityczne skazane są współcześnie na całkowitą destabilizację, ponieważ rzeczywistość roku 2018 (i, jak można się spodziewać, to, co po niej nadejdzie) stoi gestami samozaprzeczenia, niespodziewanych zestawień, płynnych kompozycji i dekompozycji – konstruowana w oparciu o mnogość jednoczesnych ruchów o przeróżnych prędkościach i wektorach. Coraz częściej napotykamy na pojęcia-hybrydy, wśród których szczególnie warto zwrócić uwagę na koncepcje „nieliberalnej demokracji” i „niedemokratycznego (neo)liberalizmu”. Swobodna żonglerka doktrynami odbywa się na przecięciu między cyniczną postpolityką, znużoną wielkimi programowymi narracjami, a strategią permanentnego stanu wyjątkowego.

Mit redefiniowany

Wszystko to sprawia, że próbująca opisać te procesy politologia musi stać się schizofreniczną kopią samej siebie i świadomie przystać na zaburzenia równowagi, na które narażona jest po likwidacji lub osłabieniu takich orientacyjnych osi jak lewica/prawica, liberalizm/konserwatyzm, nacjonalizm/internacjonalizm. Nowe, paradoksalne kombinacje powstają w czasach z jednej strony nieustannie nawiedzanych przez przeszłość w postaci resentymentów i upiornych widm historii, z drugiej zaś – zachłyśniętych technologicznym przyspieszeniem, możliwościami bezludzkiej pracy napędzanej przez niedawno wytworzone ekonomie bazujące na anonimowym przepływie cyfrowego pieniądza.

W tych warunkach rozgrywa się kolejny akt tak ważnego dla polskiego życia publicznego sporu o narodową i obywatelską tożsamość, traktowaną to jako wiecznotrwały, niezmienny monolit, to jako wynik zróżnicowanego procesu historycznego. Próba uchwycenia tej złożonej konstelacji nie jest jedynie domeną nauk społeczno-politycznych, ale również sztuk wizualnych (czego dowodem są takie niedawne wystawy jak „Późna polskość” w warszawskim CSW oraz #Dziedzictwo w krakowskim Muzeum Narodowym) i literatury. Cała grupa autorów i autorek stara się konfrontować z „dziwną polskością” poprzez futurystyczne prognozy i narracje; jak jednak pokazuje Maciej Jakubowiak, wielu z nich wytwarza kiczowate autokarykatury lub nie wykracza poza standardowy, mocno opatrzony w kulturze (szczególnie popularnej) zestaw lęków i pragnień. Nie oznacza to jednak, że chęć diagnozowania i „przewidywania teraźniejszości” za pomocą spekulatywnych fikcji jest złym pomysłem; jest chyba nawet wręcz przeciwnie, o ile w całej tej gonitwie wyobraźni będzie chodziło o coś więcej, niż tylko ornamentyczne bajanie lub o wielki remiks świata, którego jedynym efektem jest zniesienie wagi wszelkich znaczeń.

Rozpędzony pociąg spekulacji

Taką spekulację, szaloną, ale z reguły bardzo precyzyjną, proponuje nam w swojej najnowszej powieści Ziemowit Szczerek, publicysta, reporter i pisarz, który od dawna ściera się z polskością ujmowaną w szerokiej politycznej i kulturowej perspektywie. Z rzeczywistościami alternatywnymi eksperymentował już między innymi w „Rzeczypospolitej zwycięskiej”, po części fikcjonalnym eseju o Polsce, która w II wojnie światowej stanęła po stronie wygranych; zakończenie tej książki, „Reportaż z II Rzeczypospolitej w 2013 roku”, można traktować jako zapowiedź projektu przedstawionego przez Szczerka w „Siwym dymie” – utworze o znacznie większej gęstości i intensywności (także jeśli chodzi o język narracji), przypominającym rozpędzony do granic możliwości pociąg, któremu w każdej chwili grozi wykolejenie.

Szczerek pokazuje Europę w 2050 roku jako kontynent głęboko podzielony na „cywilizowany zachód” funkcjonujący jako jedno państwo zwane Neuropą (to nazwa zaczerpnięta z myśli niezwykłego twórcy polskiego dwudziestolecia, Stanisława Szukalskiego, o którym zaraz nieco więcej) i groteskowy „barbarzyński wschód”, trawiony przez nacjonalistyczne spory i opętany przez coraz mniej zrozumiałe konflikty interesów, których kontekstem często jest tożsamość religijna (zmierza ona w stronę chrześcijańsko-pogańskich synkretyzmów), a także etniczna. Polska z kolei, zaliczana tutaj rzecz jasna do części wschodniej, to właściwie kilkanaście „księstewek” i dwa większe kraje: jeden ze stolicą w Warszawie, rządzony przez Masława Brodacza, połączenie prasłowiańskiego boga i Mussoliniego, i drugi z Krakowem jako centralnym ośrodkiem i z naczelniczką Pagładą, opętaną wizją Polski jako Nowego Rzymu – objęli oni władzę poprzez krwawy pucz, nazywany tutaj „rokoszą”.

Polskość deliryczna

To dziwna polskość co się zowie – jest ona oparta na próbie rekonstrukcji tego, co nigdy nie istniało (rzymskość Polaków, turbosłowiańskie mrzonki), w warunkach zawrotnego technologicznego przyspieszenia i przegrzanych drukarek 3D, wypluwających z siebie jedzenie i broń; tworzy to wizję kraju zmierzającego do autodestrukcji, skupionego jedynie na przyroście wymyślanych na bieżąco narodowo-pogańskich symboli. Nie wszystkim jednak podoba się ten obrót spraw – w obu Polskach funkcjonują podziemne organizacje pragnące doprowadzić do rewolucji i włączenia podzielonego kraju do Neuropy. Należy do nich Front Antynarodowy, na którego zlecenie pracuje Martin Szreniawa, neuropejski agent i dziennikarz śledczy polskiego pochodzenia, przy okazji zaś – główny bohater i narrator książki. Opowieści Szreniawy o poszczególnych operacjach są chaotyczne, przeczące sobie nawzajem i pozbawione oddechu – to jednak dobrze obrazuje skomplikowany polityczny krajobraz, który usiłuje oddać w swoich relacjach. Krajobraz ten, rodem z delirycznej wizji lub narkotycznego tripu, staje się szczególnie niepokojący, gdy przez dane terytorium przechodzi akurat tytułowy Siwy Dym:

„Różne rzeczy się dzieją. Niektóre miejscowości na przykład zniknęły, a niektóre Dym, jak by to ująć, «przesunął» w inne miejsca. […] Nie bardzo wiadomo, jak rysować nowe mapy, bo […] jak już raz [Dym] w miejscu usiądzie, to zazwyczaj siedzi, ale jednak nie do końca. Pulsuje jakby, wysuwa macki. […] Im bliżej Dymu, tym dziwniej się rzeczywistość wygina, tym dziwniejsze się rzeczy dzieją”.

Dotknięci przez Siwy Dym nie tylko tracą zdrowy rozsądek i orientację w terenie, ale również nawiedzani są przez tajemniczych, widmowych „onych”, którzy pochodzą z traumatycznej przeszłości danej etni. Ma to koszmarne skutki dla jakichkolwiek prób pokojowych negocjacji w obszarach ogarniętych wojną, które nieustannie zmieniają kształty i granice – dzieje się tak zarówno w Transylwanii, o którą zaciekle walczą Rumuni z rosnącymi w faszystowską potęgę Węgrami, jak i w Kosowie, miejscu konfliktu obejmującego kilka, o ile nie kilkanaście narodów przypominających bardziej plemiona. Są to zresztą jedne z najciekawszych fragmentów książki, nasycone ciemnym tragikomizmem i przejmujące szczególnie wtedy, gdy mowa o osobach każdego dnia wielokrotnie pytanych o ich tożsamość etniczną, aż w końcu zupełnie wytracają pewność własnej tożsamości i pragną dla siebie życia bezpaństwowego, to znaczy swobodnego.

Usilne poszukiwanie formy prowadzące do amorfii, wspólnoty zbudowane na krwi i nieustannie wizytowane przez nieumarłych, hipernacjonaliści i ludzie bez (etnicznych) właściwości – wszystko to dotyczy nie tylko obszarów opisywanych w retrospekcjach, ale również dwóch Polsk stanowiących główne miejsce akcji całej powieści.

Dron zamiast orła

Sekwencja „polska” zaczyna się na dobre wraz z efektownym obrazem parady wojskowej, której największą atrakcją jest chmara dronów bojowych układających się w kształt orła, a dokładnie rzecz biorąc – „orłołaka”:

„Już tam i inni się rozgadują:

– Drony, drony nasze, polskie.

– Dronięta nasze! – płacze emocjonalna staruszka. – Dronięta! […]

Samoloty latają temczasem po krakowskim niebie zasmażonem, a ponad tym wszystkim akwila królewska, biała, koronata, lata złożona z tysięcy dronów, droniąt malutkich, razem zintegrowanych w jedno dronie ciało […]”.

Przedziwna mieszanka, którą anonsowałem wcześniej – nowej technologii, karykaturalnego patriotyzmu i słowiańskiej teologii politycznej – jest przez Szczerka świetnie, konsekwentnie ukazywana. Szczególne wrażenie robią sugestywne opisy bezładnej miejskiej „pomnikozy”, która ideologicznie i estetycznie inspirowana jest przez wizje być może najbardziej ekscentrycznego polskiego artysty okresu dwudziestolecia – Stanisława Szukalskiego:

„Po tym jak Pagłada Kraków wzięła, zrobili konkurs. […] Pokazali wszystkim prace Szukalskiego […]. I kazali w tym stylu”.

W zdumiewających, silnie awangardowych pracach Szukalskiego polskość jest religią z bogiem w osobie Józefa Piłsudskiego; artysta, tak jak dzisiejsi turbosłowianie, nie tylko dowodził prymatu polskich plemion nad innymi, ale stwierdzał również, że to właśnie polski był pierwszym językiem, jaki zaistniał na świecie. Szukalski był być może najważniejszym, o ile nie jedynym przedstawicielem nurtu, który określiłbym mianem „slawofuturyzmu” (w nawiązaniu do „afrofuturyzmu”) – pogańscy i narodowi idole byli w jego dziełach nierzadko stylizowani tak, jakby mieli zostać zaraz wysłani w kosmos. Szczerek czerpie z tego imaginarium i ukazuje mroki fantazji, które opuściła ramy obrazu. Dokonuje tego za pomocą fascynującego, kakofonicznego i rozgorączkowanego języka, w którym usłyszeć można echa Gombrowiczowskiego „Trans-Atlantyku”, współczesnego języka internetowego i prasłowiańskiej „macimowy” Szukalskiego.

Proza pełna brawury

Eksperymentalność i eklektyzm prozy Szczerka przeważnie sprawia czytelnikowi wielką (często kampową) przyjemność; nie umiem jednak oprzeć się wrażeniu, że narracyjna maszyna w kilku fragmentach książki zaczyna jechać na jałowym biegu, a coraz bardziej zawrotne tempo akcji zostawia w tyle nawet samego autora, tak jakby w tej gonitwie obrazów chodziło o zawarcie, dopchnięcie kolanem jeszcze kilkunastu różnych nawiązań, które reprodukują klisze i są literacko zbędne – być może dlatego tak rozczarowująca była dla mnie finalna sekwencja książki, w której ważną rolę odgrywa czaszka Jana Kazimierza zamieniona na popielniczkę i która niebezpiecznie zmierza w stronę pulpowego science fiction.

W „Siwym Dymie” Szczerek regularnie gra zbyt ostro, testując nerwy czytelników i czytelniczek. Jednocześnie jednak w brawurowy, miejscami imponujący sposób artykułuje wiele niepokojów i konfliktów, które są już w naszej płynnej teraźniejszości obecne lub których nadejście podskórnie odczuwamy. Ta świetna, wybuchowa proza pozwoli nam być może rozejrzeć się nieco szerzej i spojrzeć na naszą (już teraz całkiem „dziwnopolską”)  rzeczywistość w krzywym zwierciadle spekulacji.

***

Do wykorzystania w tym tekście pojęć spekulacji i literatury spekulatywnej zainspirował mnie niedawny wykład Adama Lipszyca towarzyszący wystawie „200 lat oświecenia” w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej (zatytułowany „Oświecenie w zwierciadle spekulacji”) – za tę inspirację serdecznie dziękuję.

Ziemowit Szczerek, „Siwy Dym albo pięć cywilizowanych plemion”,Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Szczerek: W szamańskim trybie

Spóźniona polskość

Polskie kłopoty z #dziedzictwem. Hasztag to nie wszystko