dwutygodnik internetowy
05.01.2015
magazyn papierowy


Domosławski: O Madagaskarze napisze ktoś inny

To może być bardzo wzbogacające wewnętrznie, jeśli nie będę kupował produktów firm, które korzystają z nielegalnie wyciętego, krwawego drewna. Ale do rozmontowania struktur wyzysku nie wystarczą moralne decyzje jednostek.

ilustr.: Zofia Różycka

To może być bardzo wzbogacające wewnętrznie, jeśli uznam, że nie będę kupował produktów firm, o których wiem, że korzystają z nielegalnie wyciętego, potencjalnie krwawego drewna. Ale do rozmontowania struktur wyzysku nie wystarczą moralne decyzje jednostek.

Przedstawiamy fragment wywiadu Miszy Tomaszewskiego z Arturem Domosławskim. Całość znajdą Państwo w najnowszym numerze „Kontaktu”, zatytułowanym „Zielone pojęcie”, który poświęcony został ekologii. Mogą go Państwo kupić między innymi w prenumeracie.

 

„Wiesz już wystarczająco dużo. Ja też. To nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by zrozumieć to, co wiemy, i wyciągnąć z tego wnioski”. Ale co właściwie wiemy?

Wiemy, że wieloma produktami, z których korzystamy na co dzień, żyjąc w części świata nazywanej umownie „Zachodem” albo „Północą”, możemy cieszyć się tylko dzięki temu, że w krajach, które są źródłami surowców niezbędnych do wytworzenia tych produktów, popełniono ogromne nadużycia, a czasami zbrodnie.

W książce „Śmierć w Amazonii” próbuję rozpisać tę wiedzę na etapy. Zaczynam od zabójstwa lub innego rodzaju przestępstwa popełnionego przez wielki biznes w krajach Południa, a następnie przyglądam się drodze, którą pokonują okupione ludzką krwią surowce, półprodukty i gotowe produkty – to może być drewno, ropa naftowa czy złoto – zanim staną się przedmiotami codziennego użytku w dostatnim świecie.

 

Opowiada pan o losie znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy stracili lub, co niewykluczone, stracą życie, byśmy mogli wejść w posiadanie naszych mebli i pralek. Co z tą wiedzą zrobić?

Od lat istnieje na Zachodzie bardzo wiele ruchów, w które można się zaangażować. Ruchy te mają rozmaite profile – jedne skupiają się na prawach człowieka, inne na prawach konsumentów, jeszcze inne na fair trade… Jednych bardziej interesuje ochrona rdzennej ludności, której prawa są gwałcone ze względu na rabunkową eksploatację zasobów naturalnych, a innych – ochrona dzikiej przyrody. Zauważyłem zresztą, że pomiędzy ekologami z Południa i z Północy występują pewne napięcia. Pierwsi mają do drugich pretensje o to, że ci zwracają uwagę na ginące zwierzęta, a nie dostrzegają nieraz, że zaraz obok odstrzeliwani są ludzie…

 

I chyba trudno się z tym nie zgodzić. Ekologia bywa przecież rozrywką społeczeństw, których członkowie zaspokoili swoje podstawowe potrzeby i teraz zastanawiają się nad tym, czy w swoim wolnym czasie zaangażować się w obronę jakiegoś ginącego gatunku, czy też w kampanię na rzecz wykorzystywania odnawialnych źródeł energii…

Zgoda, ale nie chciałbym być niesprawiedliwy w stosunku do ekologów, którzy prowadzą przecież pożyteczną działalność. Oni kształtują naszą świadomość. Często to właśnie dzięki nim dowiadujemy się o nadużyciach popełnianych w odległych częściach świata, a to dużo. Martwi mnie coś innego. Ekologowie nie dysponują żadnymi instrumentami, przy pomocy których mogliby wpływać na bieg wydarzeń, które nagłaśniają. Mogą oczywiście kontestować jakąś sieć sklepów, przyczyniając się do zwiększenia wrażliwości konsumentów, a może nawet do zmiany polityki tej czy innej firmy, ale tu potrzebne są rozwiązania o charakterze globalnym. Tylko instytucje państwowe i międzynarodowe dysponują siłą pozwalającą ukrócić proceder, który opisuję w swojej książce.

 

Dlaczego więc tego nie robią?

Weźmy przykład Brazylii. Nielegalna wycinka puszczy amazońskiej służy przemysłowi drzewnemu, hodowcom, którzy na miejscu dżungli tworzą pastwiska dla bydła, oraz hutom, które przetwarzają gorsze gatunki roślin na węgiel służący do produkcji surówki. Jeszcze dekadę temu znikało rocznie dwadzieścia kilka tysięcy kilometrów kwadratowych puszczy. Dziś jest to już „tylko” sześć do siedmiu tysięcy kilometrów kwadratowych. Władza federalna doprowadziła więc do znacznego ograniczenia tego procederu. Żeby całkowicie go zatrzymać, musiałaby chyba wysłać do Amazonii wojsko. Zresztą nawet to mogłoby nie wystarczyć, bo Amazonia jest ogromna. Gdyby wojsko zaczęło okupować jakiś jej rejon, drwale natychmiast przenieśliby się w inny.

 

 

ilustr.: Zofia Różycka

I tylko na tym polega problem?

No, nie do końca. Pouczający jest przypadek Ekwadoru. Rafael Correa, który został wyniesiony do władzy dzięki poparciu ruchów autochtonicznych, wszedł z nimi później w bardzo ostry konflikt o eksploatację surowców i ochronę środowiska naturalnego. Krótko mówiąc, chodziło o tworzenie bazy przemysłowej i o pieniądze na prowadzenie polityki społecznej. Correa zaproponował nawet przywódcom państw na Północy, by zrzucili się na fundusz, który pozwoliłby Ekwadorowi zbilansować budżet bez sięgania po znajdujące się w Amazonii złoża ropy naftowej. Moim zdaniem był to bardzo dobry pomysł, ale Północ nie była zainteresowana ochroną lasów deszczowych.

Co do Brazylii, w ciągu ostatnich dwunastu lat rząd federalny zainicjował liczne programy, które umożliwiły awans społeczny kilkudziesięciu milionów ludzi należących do klas niższych. Nie byłoby to możliwe bez poparcia (a przynajmniej neutralności) bancada ruralista, to znaczy frakcji reprezentującej interesy niszczycieli puszczy amazońskiej. Niestety, jest to rodzaj politycznego targu. Jego ofiarą padają ludzie, o których pisałem w książce. Niektórych spośród nich prawdopodobnie dałoby się uratować, ale są oni pozostawieni sami sobie ze względu na wielką politykę.

 

W gruncie rzeczy ofiarami są również drwale i górnicy, którzy pozyskują krwawe surowce. Przecież w ten sposób z trudem zarabiają oni pieniądze na utrzymanie swoich rodzin.

Tak, to jest klasyczna wojna biedaków. Ubodzy drwale wchodzą w konflikt o ziemię i surowce z autochtonami. Ta historia powtarza się od czasów konkwisty. Jeśli oglądał pan „Misję” Rolanda Joffe’a, to zapewne pamięta pan, że ludzi chcących zniszczyć zbudowaną przez jezuitów redukcję Guarani prowadzili autochtoniczni przewodnicy. To też byli ubodzy, którym coś zaoferowano. Nie musimy jednak sięgać po przykłady z filmów opowiadających o dawnych czasach, skoro mamy wołającą o pomstę rzeczywistość dzisiejszą. Weźmy wojnę domową, która od pół wieku toczy się w Kolumbii. Gdyby na front tej wojny posyłano dzieci ludzi należących do klas średniej i wyższej, to dawno by się ona skończyła. Ale do armii przez dekady szli biedacy, w partyzantce FARC służą biedacy, do oddziałów paramilitares, to znaczy prywatnych armii latyfundystów i handlarzy narkotyków, też rekrutowani są biedacy. I wszyscy ci biedacy strzelają do siebie w imię nieswoich interesów. Tak to mniej więcej wygląda.

Konflikt, który rozgrywa się w Amazonii, różni się od kolumbijskiego didaskaliami, ale tło ma bardzo podobne. Wielu biedaków nie szłoby wycinać drzew dla bogatych właścicieli tartaków, gdyby mieli szansę dostać kawałek ziemi w ramach reformy rolnej albo gdyby mogli rozpocząć godne życie w skromnej dzielnicy wielkiego miasta. Dramat polega na tym, że kaci są równie ubodzy jak ich ofiary, które nienawidzą swoich prześladowców, nie dostrzegając często, że stoją za nimi czyjeś wielkie interesy.

 

Artur Domosławski jest reporterem związanym z tygodnikiem „Polityka”. Specjalizuje się w tematyce latynoamerykańskiej. Autor cenionych książek, m.in. „Chrystus bez karabinu” (Prószyński i S-ka 1999), „Gorączka latynoamerykańska” (Świat Książki 2004), „Kapuściński non-fiction” (Świat Książki 2010) i, ostatnio, „Śmierć w Amazonii” (Wielka Litera 2013). Uhonorowany tytułem Dziennikarza Roku 2010.