dwutygodnik internetowy
17.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Do Rafała Wosia, fana rapu

Czy rap i raperzy bywają w Polsce obiektem klasistowskiej pogardy? Niestety tak. Czy w twórczości hip-hopowej odnaleźć można trafną krytykę kapitalizmu? Jak najbardziej. Czy w związku z tym można przemilczeć problemy polskiego rapu z seksizmem, homofobią, nacjonalizmem czy promowaniem agresywnych postaw? Absolutnie nie.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Osoby śledzące publicystykę oraz internetową aktywność Rafała Wosia świadome są zapewne jego fascynacji polską kulturą hip-hopową. Liczne cytaty rapowe odnaleźć można było w ostatniej książce tego autora, doradzał też scenarzystom filmu „Proceder” (inspirowanego życiem zmarłego niedawno stołecznego rapera Tomasza Chady), który w tym roku znajdzie się w kinach. Fascynacja tą kulturą jest dla mnie zupełnie zrozumiała, sam przez wiele lat byłem na bieżąco z polską sceną, współtworzyłem też popularny w środowisku projekt internetowy. Polski rap to mozaika składająca się z wielu nurtów i brzmień, a przez to także sprzeczności. Łatwo więc odnaleźć takich artystów, czy choćby pojedyncze wątki, dzięki którym będziemy mogli słuchać muzyki zgodnej z własnym gustem, odrzucając jednocześnie resztę hip-hopowej twórczości. Stąd też mówi się często o rapie inteligenckim, komediowym, czy wreszcie ulicznym, traktując je w zasadzie jako osobne gatunki.

Jednocześnie kultura hip-hopowa, której reprezentantami w największym stopniu czują się przedstawiciele rapu ulicznego, mocno przypomina zorganizowaną religię. Kwestii tej wiele uwagi poświęcili amerykańscy badacze i badaczki, na przykład Anthony B. Pinn i Monica R. Miller, na polskim gruncie natomiast zajmowała się nią Ewa Drygalska. Wnioski z analiz rapowych teologii pokazują między innymi, że zaangażowanie w hip-hopową kulturę oznacza często przyjęcie założenia o istnieniu w niej sfery sacrum. Artyści, którzy mają do dostęp tej przestrzeni, mogą z niej czerpać inspirację do głoszenia prawd objawionych, uświęconego przekazu. Tak jak bycie wewnątrz Kościoła katolickiego dla wielu wierzących stanowi przeszkodę do krytykowania go, tak i emocjonalne zaangażowanie w kulturę ulicznego hip-hopu może utrudniać dostrzeżenie rozwijających się w niej od lat chorób. Dla mnie samego, wraz z rozwojem prywatnych (kato)lewicowych przekonań, ich tolerowanie zaczęło być niemożliwe. Wciąż zdarza mi się posłuchać polskiego rapu, jednak daleko mi dziś do bycia fanem. Cytując Wojtka „Kidda” Cichonia: „Rap dał mi pewność siebie, a poza tym sprawił zawód”.

Nie twierdzę, że Rafał Woś jest hip-hopowym ortodoksem. To, co mam mu jednak do zarzucenia, to przemilczanie w publicystyce ciemnych stron artystycznej i pozartystycznej aktywności raperów. Najwyraźniej jak dotąd problem ten uwidocznił się w opublikowanym niedawno w „Tygodniku Powszechnym” wywiadzie Wosia z Marcinem „Kalim” Gutkowskim.

Robin Hoodem nie był

Pierwszą połowę wywiadu stanowi opowieść o kryminalnej przeszłości rapera, przez lata zajmującego się kradzieżami kieszonkowymi. Spowodowane były one po części trudną sytuacją rodzinną, ale równocześnie Kali stwierdza: „To była moja decyzja”. O byciu kieszonkowcem raper opowiada z nieukrywaną dumą  („Niewielu powie ci to wprost, ale bycie doliniarzem to niesamowita sprawa”), choć w dalszej części wywiadu pojawia się też u niego samokrytyka („Właśnie sobie uświadomiłem, że ja dokładnie tych biednych ludzi okradałem. Tych, co mieli jeszcze gorzej…”). Obranie sprzecznej z prawem drogi życiowej usprawiedliwia Gutkowski brakiem alternatyw („Mój wybór był prosty. Albo je…ć za 4,10 zł za godzinę – bo takie były stawki – i nie mieć nic od życia. Albo próbować inaczej”), zarazem jednak podkreślając, że do przestępstw popchnęła go nie bieda, lecz chęć bycia bogatym.

Tych paradoksów czy niedopowiedzeń Woś nie wykorzystuje, nie stawia rozmówcy wyzwań, jakąkolwiek krytykę ograniczając do niezwykle eufemistycznego stwierdzenia: „Robin Hoodem nie byłeś”. Oczywiście publicysta miał prawo poprowadzić swój wywiad, jak chciał, ale można krytykować bierne słuchanie o „złodziejskich kodeksach” i radości z okradania matek z dziećmi. Co gorsza, w pewnym momencie Woś ze spisywacza wspomnień przekształca się w niemalże hagiografa. Oto po serii krótkich, głównie doprecyzowujących pytań pojawia się taki oto fragment: „Mnie chodzi nie tyle o brzmienie, co o przekaz. Odpalam sobie teraz takie zespoły jak Wzgórze Ya-Pa3 i słyszę: «kapitalizm jest ustrojem takim / że ludziom ubogim wypruwa flaki». Albo «Wuj Sam opanował nam umysły / mamy Dziki Zachód nad brzegiem Wisły». I to jest na płycie – nawet nie na płycie, tylko na kasecie – z 1995 r.! Elitom intelektualnym potrzeba było 30 lat, żeby dojść do krytyki nadmiernej fascynacji modelem amerykańskim. A Wy to mieliście już wtedy”.

Kali zaliczony zostaje jednoznacznie w poczet „ich” – raperów kontestujących w tekstach kapitalistyczny ustrój, oferujących ciekawą perspektywę, sugestywnie opowiadających o bolączkach klas ludowych. Nie sposób jednak na podstawie wywiadu ocenić słuszności tego przyporządkowania. Woś nie daje żadnych przykładów utworów czy choćby wersów, w których Marcin Gutkowski objawiałby przypisane mu przymioty. Zamiast tego czytelnik może opierać się albo na samoocenie rapera („My nie mówimy, że wiemy wszystko. Ale wiemy parę rzeczy na pewno. Że raper powinien być dla ludzi, raper powinien wiedzieć, co się dzieje w społeczeństwie”), albo na pochwałach ze strony Rafała Wosia, dla którego Kali stoi w jednym szeregu z… Broniewskim czy Steinbeckiem. Skoro dziennikarz tak wysoko ceni twórczość Gutkowskiego, to dlaczego jej nie przywołuje? Dlaczego nie nakierowuje czytelnika na te wartościowe teksty? Może dlatego, że nie za wiele w nich krytyki kapitalizmu, za to więcej – seksizmu i homofobii?

Niech twórczość broni się sama

UWAGA: w dalszej części tekstu pojawiają się cytaty z utworów rapowych zawierające wulgaryzmy, treści homofobiczne i seksistowskie.

Nie odnajdując rekomendacji muzycznych w wywiadzie Wosia, sięgnąłem po teksty utworów z najnowszej płyty jego rozmówcy, zatytułowanej „V8T”. Czytelniczki i czytelników niniejszego tekstu, którzy spróbują się zmierzyć z tymi „komentarzami do rzeczywistości”, uczulam: są niezwykle wulgarne. Wulgaryzmy same w sobie nie muszą jednak stanowić problemu. W tekstach Marcina Gutkowskiego jest o wiele więcej treści, które powinny nas niepokoić z innych powodów. Aby to unaocznić, postanowiłem wypisać najbardziej uderzające wersy – ich przytoczenie to także kolejna przestroga dla czytających.

W tekstach Kaliego znaleźć można wiele treści homofobicznych. W kawałku „Całuj fingiel” rapuje: „Dzieciaki nie kumają kim Tupac, ani Biggie / Coraz mniej hetero, ustawiają się po stringi”, w utworze „KGM” na przestrzeni dwóch wersów dokłada lekki rasizm: „Pchaj to synu, styl nie twój, a bandy murzynów / Kłam, dalej kłam, ten chłam dla szczylów, ten cham, go znam, to cio*a jak Piróg”, w „Piratach” zaś tak określa swoją ekipę: „Ganja Mafia sztandar, banda łypie znad bandan / Tylko dobre chłopaki, a nie jakieś geje z vampa”.

Homofobia lubi iść w parze z seksizmem. Wszystkie wystąpienia wulgarnych czy choćby pogardliwych określeń kobiet próżno byłoby wypisywać. Jest to tym smutniejsze, gdy zestawi się je z tekstem refleksyjnego, poświęconego żonie i córce artysty, utworu „Navi”, w którym Kali stwierdza: „Do roli ojca nareszcie dojrzałem”. Odmienność postaw względem kobiet ogółem i kobiet w najbliższej rodzinie to częste zjawisko w rapie. W ostatnim czasie tego typu dysonans pojawił się na przykład na płycie Kanyego Westa „ye”.

Skoro już o dysonansach czy niekiedy wręcz hipokryzji mowa, to słuchając (lub też, w moim przypadku, czytając) teksty na „V8T”, trudno nie zwrócić uwagi na niejednoznaczną postawę Kaliego względem bogactwa, szczególnie mody. W krytycznym wobec konsumpcjonizmu kawałku „Chrom” raper, z charakterystycznym dla siebie turpizmem, nie unikając także seksizmu, rapuje: „Su*i zjedzą kilo kału, by się bujać z Gucci bag / Pusta jak to Fendi pudło, co dzień nawet pudelek / Znów szukasz sponsora, kur*o, na modny asortyment / Zrozum, nie będziesz Alexis, a ten frajer to nie Blake”. Nie wiem, czy to jest właśnie ta wychwalana przez Wosia „stara szkoła rapu”, do której Kali rzekomo należy, a którą cechuje „pochwała równości, tęsknota za wspólnotą, za ekipą, za światem, gdzie nie liczy się, co kto ma, ale kim jest”.

Wiem natomiast, że w znajdującym się również na „V8T” utworze „Piraci” pojawiają się wersy „Głodni hajsu jak Pacman, Boże daj nam farta / Na szerokie wody wypływa piracka łajba”, w kawałku „After” fragment „Wchodzi Zoolander (what?) / Weź goń frajera (sio, sio) / Gucci nie spandex (naajak) / I ciach bajera (ciach ciach)”, a w tekście utworu „Ambientne”: „Leży Gucci, leży Versace / Nikt nic nie mówi, topimy się w bassie”. Czy to tylko braggowa konwencja, czy też mimo wszystko chęć epatowania bogactwem? W końcu Kali, szef dużej wytwórni muzycznej, ma na pewno czym się pochwalić, szczególnie że to prawdziwy kapitalistyczny self-made man: „Wyszedłem bosy, czy wierzyłeś we mnie, gdy nie było boomu? / Doszedłem do forsy, niewierni mówią mi guru” („Opary”). Neoliberalizm pobrzmiewa też w jego poradach dla słuchaczy: „Zbieraj się z gleby i wstawaj na nogi, tu nie ma chłopaku, że boli / Że życie nie pieści, skończ pie*dolić, się rozpędź i weź je na rogi” („Piraci”). To jak to jest z tym antykapitalizmem w rapie Kaliego? A jeśli jego brak, to może chociaż inne niż ekonomia dziedziny życia doczekały się trafnego komentarza? Może na przykład geopolityka? Chyba znowu pudło – o niej Gutkowski ma na płycie do powiedzenia tylko tyle, że jego rap „zalewa słowem jak Islam Europę” („KGM”).

Rap dobry, zły i brzydki

Oczywiście na przestrzeni piętnastu utworów Kali porusza też wiele innych tematów. Oprócz kryminalnych storytellingów, a także rozliczeń z przeciwnikami na rapowej scenie i obowiązkowego braggadocio, na płycie nie brakuje treści mających na celu podniesienie słuchaczki i słuchacza na duchu, podziękowanie im za wsparcie, wskazanie, że mimo trudności można cieszyć się życiem. Utwory takie jak „Gdziekolwiek” czy „Rotor”, choć proste, czy momentami zbyt (jak na mój gust) dosadne, rzeczywiście mogą dobrze pełnić funkcję życiowych motywatorów dla osób utożsamiających się z Kalim. Pod tym względem zgodzić się pewnie można z Marcinem Gutkowskim, że raperzy, szczególnie ci uliczni, bywają niedocenieni. Potrafią docierać do środowisk, do których twórcom i twórczyniom z innych dziedzin sztuki, czy też polityczkom i społecznikom, nie udaje się w ogóle dotrzeć. Rap bywa dobrym barometrem nastrojów w społeczeństwie, zdarza mu się trafnie komunikować frustracje i nadzieje wykluczonych jego warstw.

Powyższe zalety psują jednak – niczym łyżka dziegciu – zawarte w rapie homofobia, seksizm, agresja. Szczególnie wtedy, gdy nie są częścią opisu obserwowanej rzeczywistości, ale integralnym elementem tak kultywowanego w rapie przekazu. Obecność w rapowych tekstach wulgarnego, dyskryminującego czy pogardliwego języka można o tyle zrozumieć, o ile wynika ona na przykład z chęci pełnego oddania codzienności klas ludowych, naturalistycznego pokazania rzeczywistości z całym jej brudem, bądź też przywdziania pewnej maski. Należy jednak pamiętać, że szczerość, przekazywanie wyznawanych przez siebie poglądów, to fundamentalna zasada ulicznego hip-hopu. Ciężko byłoby bronić tezy, że przytoczone fragmenty twórczości Marcina Gutkowskiego to tylko konwencja, poglądy scenicznego alter ego, a nie samego artysty.

Rafał Woś jako fan i znawca rapu powinien być tego świadomy. Jego milczenie o tych elementach hip-hopowej kultury w Polsce, których nie da się pogodzić z lewicowym światopoglądem, jest szkodliwe. Po pierwsze, przechodząc do porządku dziennego nad homofobią czy seksizmem w tekstach swojego interlokutora, Woś przedstawia odbiorcom wywiadu ich nieprawdziwy obraz, narażając swoją wiarygodność jako lewicowego publicysty. Być może Marcin Gutkowski jest prywatnie bardzo miłym człowiekiem, z którym da się podyskutować o sposobach zmniejszenia stopy wyzysku w późnym kapitalizmie. Skoro Woś utrzymuje ze swoim rozmówcą przyjazne relacje, to tym bardziej chyba mógłby wypytać go o powody, dla których ten używa określeń obrażających homoseksualistów czy uprzedmiotawiających kobiety.

Milcząc w tej sprawie, szkodzi się też samej kulturze hip-hopowej. Woś jako publicysta i wykształcony lewicowiec, który jednocześnie jest w tej kulturze głęboko zakorzeniony, mógłby zrobić dla niej wiele dobrego. Skoro raperzy potrafią dostrzec instytucjonalne wykluczenie mieszkańców osiedli z wielkiej płyty albo dzieci z rodzin patologicznych, to dlaczego nie zwrócić im uwagi, że osoby LGBT+ także bywają w Polsce opresjonowane przez państwo? Być może przyjęcie przez ulicznych raperów intersekcjonalnego podejścia do problemu dyskryminacji to utopia, ale jeśli podchodzi się do tych problemów poważnie, to warto zapewne próbować. Szczególnie gdy rozwój hip-hopu w Ameryce, jego kolebce, pokazuje, że zmiana paradygmatu i rugowanie dyskryminujących postaw są możliwe. Rafale Wosiu, fanie rapu, posłuchaj queer-hopu, raperki Noname opowiadającej o prawach reprodukcyjnych kobiet albo Saby, rapera o jak najbardziej ulicznej proweniencji i niezwykłej wrażliwości na epidemię depresji czy uliczną przemoc. Taki też może być hip-hop, czemu więc nie spróbować wspomóc tej lewicowej rewolucji?

***

Polecamy także:

Patriotycznie = homofobicznie?

Usenko: Estetyczny gong między oczy

Docere, delectare, movere – rap?