dwutygodnik internetowy
11.07.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dlaczego Zjednoczone Królestwo wybrało skok w nieznane

Co zatem doprowadziło mieszkańców Wysp do tak radykalnego wyboru, opuszczenia pewnego, choć stawiającego wiele problemów status quo, dla zupełnie nieznanej i niepewnej przyszłości? Pozwolił na to aktualny kształt systemu politycznego Wielkiej Brytanii. Zdeterminował on przedreferendalny krajobraz sceny partyjnej oraz sposób, w jaki były prowadzone kampanie po obu stronach debaty.

ilustr.: Nicolas Raymond

ilustr.: Nicolas Raymond

Stereotypowy mieszkaniec Zjednoczonego Królestwa nie ma w sobie nic z rewolucjonisty. Mieszkając na Wyspach Brytyjskich przez ostatnie dwa lata, obserwuję, że tutaj problemy rozwiązuje się przede wszystkim metodą rozmowy przy herbacie i przeczekania (tak zwane „muddle through”). Świadczy o tym również zbiór brytyjskich praw konstytucyjnych (stworzony z różnych dokumentów), oparty między innymi na niepisanych konwenansach konstytucyjnych, których zawartość zmienia się wraz ze zmianami w prowadzeniu polityki. Uogólniając, zasada, która jest podłożem systemu konstytucyjnego, a co się z tym łączy, również mentalności wielu mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, to punkt widzenia, wedle którego: jeżeli taki był zwyczaj, to tak powinno pozostać.

Z tego powodu 24 czerwca był dla mnie, jak i dla wielu moich znajomych, którzy głosowali za pozostaniem w Unii Europejskiej, ogromnym szokiem. Mimo tego, że sondaże wskazywały na bardzo niewielkie różnice pomiędzy stronami referendum, wydawało się nieprawdopodobnym, że Brytyjczycy podejmą decyzję wbrew opinii wielu ekonomistów, wbrew przekonaniom liderów zarówno konserwatystów, jak i laburzystów, wbrew ostrzeżeniom znacznej ilości uznanych autorytetów. Wyjście z UE to zaprzeczenie cieszącego się tutaj szczególnym poważaniem „zdrowego rozsądku”, to skok w nieznane, gdyż Brytyjczykom nie została zaproponowana żadna spójna wizja wyjścia z Unii. Kampania oparta sloganach takich jak „Take back control” (Odzyskajmy władzę) stawiała wiele pustych obietnic. Niektóre z nich, nie dość, że oparte na wątpliwych faktach, zaledwie kilka dni po referendum zostały porzucone przez swoich promotorów. Nigel Farage zaprzeczył, że kampania kiedykolwiek obiecywała przekazanie 350 milionów funtów, które UK podobno wpłacało do Unii każdego tygodnia, na system opieki zdrowotnej, mimo że taki slogan znalazł się na ulotkach, bilboardach czy autobusach.

Co zatem doprowadziło mieszkańców Wysp do tak radykalnego wyboru, opuszczenia pewnego, choć stawiającego wiele problemów status quo, dla zupełnie nieznanej i niepewnej przyszłości?

Unia bez obrońcy

Pozwolił na to aktualny kształt systemu politycznego Wielkiej Brytanii. Zdeterminował on przedreferendalny krajobraz sceny partyjnej oraz sposób, w jaki były prowadzone kampanie po obu stronach debaty.

Jacy byli główni przedstawiciele kampanii za pozostaniem? David Cameron, premier, który obiecał referendum, próbował wynegocjować z Unią Europejską koncesje dla Zjednoczonego Królestwa, a gdy już nie miał nic nowego do zaoferowania wyborcom, oparł swoją kampanię głównie na straszeniu Brytyjczyków skutkami, jakie może przynieść Brexit . Kampanię Jeremiego Corbyn’a można by z kolei interpretować jako prowadzoną niejako wbrew sobie. Lider laburzystów znany jest z tego, że posiada znacznie bardziej lewicowe poglądy od większości członków jego partii, a przed referendum w 1975 roku wyrażał poglądy zdecydowanie eurosceptyczne. Choć oficjalnie poparł pozostanie w Unii, wielu członków jego partii zakwestionowało jego szczerość i entuzjazm w prowadzeniu kampanii. Tak wielu, że po wynikach referendum wpłynęło kilkadziesiąt rezygnacji z jego Shadow Cabinet (ang. Rząd Cieni, oficjalna opozycja dla partii rządzącej) oraz złożony został wniosek o jego rezygnację. Jeremy Corbyn, mimo gasnącego poparcia wśród parlamentarzystów z własnej partii, nadal jej przewodniczy, podpierając się tym, że został wybrany przez wszystkich członków Partii Pracy (w brytyjskim systemie każdy, kto posiada członkostwo danej partii, może głosować na jej przewodniczącego). W efekcie partia podzielona jest pomiędzy sprzeciwiających się przewodnictwu Corbyn’a parlamentarzystów a tych, którzy poparli go w wyborach, i wygląda na to, że dopiero kolejne wybory przewodniczącego wyjaśnią przyszłość Partii Pracy.

W wyniku sytuacji politycznej kampania Remain (za pozostaniem) prowadzona była przez osoby, które w przeszłości wielokrotnie krytykowały Unię, a co za tym idzie nie została stworzona żadna pozytywna wizja pozostania we wspólnocie. Kampania wpisała się w ogólny ton debaty, która przezwana została w mediach Project Fear (Projekt strach) , gdyż obie strony opierały swoje argumenty na wzbudzaniu kolejnych obaw. Jako że obawy, na których oparta została kampania Leave (za wyjściem), były tym, co doprowadziło do obiecania samego referendum, Remain było już na starcie w gorszej pozycji, gdyż to na nich spadło odpieranie argumentów Leave. Zagłuszanie argumentów Leave nowymi obawami, tym razem dotyczącymi zagrożeń związanych z opuszczeniem Unii, było niewystarczające.

Determinujące reguły gry

Zastanawiając się głębiej nad tym, dlaczego kampania Remain prowadzona była w taki sposób, dochodzę do wniosku, że najbardziej pewnym winowajcą jest… większościowy i jednookręgowy system wyborczy do Izby Gmin. Gdyby wybory do izby niższej były proporcjonalne, Corbyn mógłby stworzyć własną partię lewicową, a Partia Pracy nie byłaby zlepkiem poglądów całego spektrum lewicy. Mógłby wtedy prowadzić kampanię za opuszczeniem wspólnoty i przedstawić antykapitalistyczną alternatywę dla Brexitu, pozostawiając innemu liderowi laburzystów bardziej autentyczną kampanię za pozostaniem w UE, pozostającą w zgodzie z przekonaniami większości parlamentarzystów z tej partii. Dzięki temu wyborcy zyskaliby zarówno odważne argumenty za Remain z punktu widzenia lewicy, jak i inną perspektywę wyjścia z UE niż tę naszkicowaną przez torysów.

Aby alternatywna wizja wyjścia miała sens, odpowiednim rozwiązaniem byłoby obiecanie nowych wyborów parlamentarnych po referendum. Wtedy wyborcy mogliby faktycznie podjąć decyzję na temat przyszłości Królestwa. Corbyn mógłby przedstawić program negocjacji, które doprowadziłyby do wyjścia UK ze wspólnego rynku Unii i przewidywania, jak wpłynęłoby to na sytuację gospodarczą na Wyspach. Torysi musieliby przedstawić spójną wizję pogodzenia ograniczenia imigracji z wolnym rynkiem europejskim.

W zamian obserwujemy przypominające serial „House of Cards” walki w Partii Konserwatywnej o to, kto będzie jej następnym liderem, a zatem kto zadecyduje o kształcie negocjacji z UE. Tym, co łączy wszystkich kandydatów, jest to, że chcą umów o wolnym handlu z Unią. Choć wciąż wspominają o ograniczeniu imigracji, jasne jest, że takie umowy muszą zawierać w sobie porozumienia o (przynajmniej częściowym) wolnym przepływie osób. Będą również zawierały zobowiązania związane z przestrzeganiem prawa Unii Europejskiej w związku z prawami pracowników. To ironiczne, że głosując za „odzyskaniem kontroli”, mieszkańcy Wysp w praktyce wybrali negocjacje o coś mocno przypominającego Unię Europejską, z jedną istotną różnicą: brakiem przedstawicieli Królestwa w organach tworzących prawo Unii Europejskiej, a zatem – brakiem kontroli nad prawem, na którym oparte będą nowe umowy.

System polityczny pozwolił na referendum i nakreślił kształt debaty o nim, stworzył zatem warunki konieczne, aby Brexit był realną możliwością. Warunki konieczne, ale nie decydujące – co zatem skłoniło Brytyjczyków, aby zdecydowali się na skok w nieznane?

Oczywiście, żadna opinia na ten temat nie wyczerpie wszystkich możliwych powodów, jakie kierowały zwolennikami Brexitu, są one oczywiście bardzo różne i Anne Applebaum ma rację, twierdząc, że przedstawianie wyniku referendum jako walki klas jest zbyt daleko idącą generalizacją. Można jednak postawić pewne ogólne tezy, które wyjaśniają to, co zaszło na Wyspach, będące jednocześnie odbiciem procesów mających miejsce również w innych krajach.

Strach przed wielkością

Jednym z tych procesów jest powszechny spadek zaufania do autorytetów, związany z centralizacją władzy i ogólnym odczuciem oddalenia się władzy od jednostek. Bloomberg przedstawia badanie społeczne związane z zaufaniem, jakim zwolennicy obu stron referendum darzą różne autorytety. Wyniki przedstawione na grafice jednoznacznie wskazują, że wśród wybierających Leave brak zaufania obejmuje całe spektrum społecznych autorytetów.

 

Michael Gove, jeden z głównych przedstawicieli kampanii Leave, rozumiał ten sentyment doskonale, gdy stwierdził w wywiadzie, że „ludzie mają już dosyć ekspertów”.

Spadek zaufania do wielkich instytucji, zarówno politycznych, jak i biznesowych i naukowych, nie jest nowym procesem. Już w latach 70. Hannah Arendt pisała w swoim eseju „O Przemocy”, że rośnie „nowa, dziwna forma nacjonalizmu, zazwyczaj rozumiana jako ruch prawicowy, ale wskazująca raczej na rosnącą, światową niechęć do «wielkości» jako takiej” (str. 181, Crises of the Republic, Nowy Jork/San Diego 1972; tł. własne). Według Arendt powiększający się podział pomiędzy tym, co jest możliwe dla ludzkości, a tym, co jest dostępne pojedynczym osobom, jest odpowiedzialny za narastające poczucie braku kontroli. W tamtych czasach brak kontroli odnosił się między innymi do rozwoju technologii, napędzanego głównie przez Zimną Wojnę. Obecnie wiele procesów zachodzących w otaczającym nas świecie wydaje się zupełnie wyjętych z poza naszej kontroli, a nawet zrozumienia. Kryzys rynków finansowych, kryzys uchodźców w Europie, globalne ocieplenie, to procesy, których efekt odczuwamy wszyscy, a na które wpłynąć samodzielnie, jako jednostka, nie jesteśmy w stanie właściwie w żaden sposób. Kampania o „odzyskaniu kontroli” trafia zatem w sedno problemu, apeluje do poczucia strachu i niepewności związanej z „wielkością”, której głównym urzeczywistnieniem stała się Unia Europejska.

Jedynym realnym sposobem na stawienie czoła wymienionym wyżej kryzysom  jest międzynarodowa współpraca, więc ponownie, głosowanie na Leave w danej sytuacji politycznej jest krokiem w niewłaściwym kierunku. Z drugiej strony nie zmienia to faktu, że procesy polityczne zachodzące w Unii Europejskiej są postrzegane jako oderwane od decyzyjności mieszkańców wspólnoty i przez to fundamentalnie niedemokratyczne. Za takie przekonanie po części odpowiedzialne są koszty wymiany informacji, gdyż wielu obywateli UE ma niewielką wiedzę na temat tego, jak działają instytucje Unii (świadczy o tym chociażby łatwość, z jaką były manipulowane informacje w kampanii w UK).

Jednak sama wiedza nie wystarczy, by odzyskać zaufanie do instytucji europejskich i ratować formę współpracy, która jest konieczna, by rozwiązywać problemy globalnej skali. W Unii Europejskiej konieczne są reformy, być może drastyczne. Przede wszystkim forma współpracy ekonomicznej zarówno wewnątrz wspólnoty, jak i na poziomie międzynarodowym musi być poddana większej kontroli w państwowych procesach politycznych. Nie jest akceptowalne, aby transatlantycki traktat o wolnym handlu TTIP wszedł w życie bez konsultacji w parlamentach międzynarodowych. W tym wypadku Brexit może mieć paradoksalnie pozytywne skutki dla reformy UE. Jak pisze Rafał Woś, wynik referendum może nakłonić Komisję Europejską do przemyślenia zasady subsydiarności w obliczu narastającej krytyki swojej działalności. Co więcej Unia może zyskać większą wolność w przeprowadzaniu reform, gdyż (co nie zostało wspomniane w żadnej z kampanii referendalnych), UK było jednym z członków UE aktywnie blokujących reformy anty-neoliberalne, takie jak podatek od transakcji finansowych. Brexit może zatem być impulsem do reform socjalnych oraz zmian w funkcjonowaniu instytucji w UE.

Skutki wyniku referendum dla Zjednoczonego Królestwa są w tej chwili bardzo niepewne. Jednak określenie niektórych przyczyn, czyli problemów systemu wyborczego i politycznego, oraz szerzącego się spadku zaufania do autorytetów i „wielkich” instytucji, jest istotne dla zapobieżenia podobnym procesom w innych krajach Unii. Choć Brytyjczykom być może uda się zastosować metodę muddle through i przebrnąć przez okres niepewności z efektami dużo mniej radykalnymi niż spodziewane, Unia Europejska musi wziąć na siebie nauki płynące z Brexitu i odważnie podjąć się dużo bardziej zdecydowanych reform.