dwutygodnik internetowy
13.05.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dla Ellen

Istnieje chyba silne przekonanie, że jeśli film trafia na festiwale filmowe, a już zwłaszcza na Sundance, to od razu oznacza to, że prezentuje wysoki poziom, o przymiotniku „artystyczny” nie wspominając

Istnieje chyba silne przekonanie, że jeśli film trafia na festiwale filmowe, a już zwłaszcza na Sundance, to od razu oznacza to, że prezentuje wysoki poziom, o przymiotniku „artystyczny” nie wspominając. Niestety, nie zawsze się to sprawdza, czego idealnym przykładem jest najnowszy film So Yong Kim, „Dla Ellen”.

 

Historia tu opowiedziana jest bardzo prosta – Joby Talor (Paul Dano), świetny gitarzysta i wokalista, spędzający większość czasu albo na imprezowaniu, albo na koncertowaniu, jest w trakcie załatwiania formalności związanych z rozstaniem z żoną. I rozchodzi się nie tyle o to, że chciałby spróbować naprawić związek (bo tak nie jest), ale o zachowanie praw rodzicielskich do kilkuletniej córki, Ellen (Shaylena Mandigo).

 

Tak naprawdę mam dwa poważne zarzuty do tego filmu, za to takie, które sprawiają, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Pierwszy dotyczy scenariusza. Filmów na ten temat powstało bardzo dużo, tym bardziej trzeba się więc postarać, by nie wpaść w banał. A tak jest niestety w tym przypadku. „Dla Ellen” jest schematyczne, oczywiste, przewidywalne – proszę na przykład zgadnąć, co się wydarzy, kiedy Joby zabierze córkę do supermarketu – łącznie z zakończeniem. Przez cały czas (szczęśliwie projekcja trwa krótko) w zasadzie nic się nie dzieje, co tylko sprawia, że film jest jeszcze nudniejszy.

 

Drugim problemem jest postać samego Joby’ego. Raz, że napisana w taki sposób, że ciężko interesować się jego poczynaniami (o kibicowaniu nie wspominając) – jest po prostu bezbarwna. Dwa, że gra go Paul Dano, który po raz kolejny występuje w tej samej roli, czyli artysty z problemami emocjonalnymi. W zasadzie nie jestem w stanie odróżnić jego postaci z „Dla Ellen” od bohatera, dajmy na to, „Ruby Sparks” czy „Being Flynn”. Sprawia to jednak, że kompletnie „nie kupuję” jego występu w filmie So Yong Kim.

 

Na nic więc zdadzą się niezłe zdjęcia, czy kilka naprawdę fajnych i przyjemnych do słuchania rockowych piosenek. „Dla Ellen” jest, moim zdaniem, męczące, nic nie wnoszące i sprawiające, że natychmiast po końcu filmu człowiek zapomina, o czym był. Nie ma żadnego kopniaka emocjonalnego, tudzież materiału do przemyśleń. W związku z tym niestety muszę odradzić wycieczkę do kina.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.