dwutygodnik internetowy
8.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Diagnoza wspólnym celem

Natalia Przybysz postawiła nas jako społeczeństwo przed faktem: dokonała aborcji, mimo że nie została zgwałcona, jej dziecko nie było chore, a ciąża nie zagrażała życiu. Możemy albo rozbierać na części pierwsze jej decyzję i rozpatrywać ją pod kątem etycznym, albo zastanowić się, co jej wyznanie dla nas znaczy.

ilustr.: Dominika Hoyle

ilustr.: Dominika Hoyle

Po wybraniu Natalii Przybysz „Superbohaterką” Wysokich Obcasów roku 2016 wylała się na nią kolejna fala internetowego hejtu. A właściwie nie na nią samą, ale na szeroko pojęte środowisko, które wsparło ją jesienią, kiedy opowiedziała w Wysokich Obcasach o swojej aborcji, a teraz nagrodziło prestiżowym tytułem. Znów posypały się nienawistne uwagi i memy zestawiające Przybysz z Ireną Sendlerową (pierwsza „wyskrobała jedno dziecko” i „jest superbohaterką”, druga „uratowała dwa tysiące dzieci” i jest „tylko zwykłą bohaterką” [LINK]). Możliwość komentowania została już dawno wyłączona pod wszystkimi bodaj teledyskami Natalii na YouTubie, a z Facebooka na bieżąco usuwane są nieprzychylne komentarze. Jednak poza oficjalnymi kanałami roi się od wypowiedzi takich jak: „Może już wkrótce pośmiertnie odznaczenie dostanie Hitler lub Stalin, więcej dzieci zabili. Superbohaterowie!” (annamycha, pod tekstem na wyborcza.pl), „Kiedy “Superbohaterką” zostanie mama małej Madzi? Co za pokurwionych czasów dożyłem…[…]” (Dominik Wu pod postem Gazety Wyborczej na Facebooku) czy „Młoda kobieto Natalio, sumienie Cię zabije za jakiś czas. Bardzo Ci współczuję, tej lawiny błędów głupiej młodości. Gdzie Ty dziecko podziałaś swoje CZŁOWIECZEŃSTWO? Nie mogę w to uwierzyć, że można być tak pięknie utalentowanym, twórczym, ,,płodnym,, artystycznie i tak ubogim duchowo…” (Matka (52m kw.) pod tekstem na rozrywka.dziennik.pl) – przytoczone przykłady należą raczej do tych delikatniejszych.

Z drugiej strony zarówno wśród czytelników Wysokich Obcasów, jak i wśród fanów Natalii, a także na popularnej fejsbukowej grupie Dziewuchy Dziewuchom pojawiają się liczne głosy wsparcia i gratulacje dla Przybysz. Powracają też głosy nawołujące do liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce.

Barykada

Ciekawe, że właściwie cały społeczny odzew na sprawę Przybysz – czy to ze strony wspierającej, czy to potępiającej piosenkarkę – wydaje się skupiać na ocenie moralnej dokonanej przez nią aborcji. Jedni uważają, że „zabicie dziecka, bo ma się za małe mieszkanie” jest czynem absolutnie godnym potępienia, inni twierdzą, że to zupełnie normalna sprawa, ba!, prawo, które powinna mieć każda kobieta. Kolejni zdają się stać w swych poglądach w półkroku, pisząc, że co prawda aborcja powinna być dozwolona, ale TAKI POWÓD, to jednak przesada. Słowem: emocje, które budzi sprawa Przybysz, są związane z samym etycznym wymiarem dokonywania aborcji. Dużo tu osądzania, potępiania lub duchowego wsparcia. Mało zaś refleksji nad praktyczną rolą, jaką takie publiczne wyznanie może spełnić – co nie oznacza, że nie pojawia się ona wcale. Warto zacytować tu sam głośny wywiad, którego na jesieni zeszłego roku udzieliła Natalia Przybysz Wysokim Obcasom: „Nie chcę się z tego tłumaczyć, ale chcę o tym opowiedzieć, bo nikt o tym nie mówi. I ta samotność jest straszna. Czułam się, jakbym była jedyną kobietą w Polsce, która kiedykolwiek to zrobiła – ja i te trzy dziewczyny, które siedziały ze mną w busie jadącym na Słowację”. Również i teraz Wysokie Obcasy bardzo trzeźwo uzasadniają nagrodzenie Przybysz tytułem „Superbohaterki”: „Za odwagę szczerego wyznania”. Nie nagradzają jej za aborcję, a za przerwanie milczenia. Tym samym doceniają fakt przełamania tabu, otwarcia drogi do rozmowy. Co prawda w dalszej części uzasadnienia czytamy: „Nasza Superbohaterka pozwoliła sobie na to, czego wiele kobiet sobie odmawia, niesłusznie – na wolność”, nie jest jednak jasne, czy jest to raczej wolność wyboru czy wolność słowa.

Szkoda, że samo wyznanie nie jest jednak w centrum zainteresowania dyskusji wokół sprawy Przybysz. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe – ujawnienie to bardziej abstrakcyjna kategoria niż czyn. Przykre jednak, jak łatwo przychodzi nam potępiać lub rozgrzeszać, a jak trudno dochodzić do konstruktywnych rozwiązań czy choćby dyskutować nie z poziomu emocji.

Natalia Przybysz postawiła nas jako społeczeństwo przed faktem: dokonała aborcji, mimo że nie została zgwałcona, jej dziecko nie było chore, a ciąża nie zagrażała życiu. Jako że w tej sytuacji aborcja jest w Polsce nielegalna, wyjechała przeprowadzić zabieg na Słowację. Nie czuła przy tym wyrzutów sumienia, a jedynie ulgę – jak powiedziała we wspomnianym wywiadzie. To wszystko. Do nas należy teraz reakcja. Możemy albo rozbierać na części pierwsze jej decyzję i rozpatrywać pod kątem etycznym, albo zastanowić się, co jej wyznanie dla nas znaczy. A znaczy tyle, że takie sytuacje się w Polsce zdarzają. Pomimo zakazów jest grupa kobiet – bo wyznanie Natalii otworzyło drogę kolejnym relacjom – które decydują się na aborcję i dokonują jej poza granicami naszego kraju. Ta wiedza nie wydaje się szokująca – wiara w przestrzeganie kompromisu aborcyjnego byłaby bardzo naiwna. Natalia Przybysz przyjęła tylko rolę „twarzy” tak zwanej „aborcji na życzenie” (jest to zresztą określenie bardzo stygmatyzujące), która przecież wciąż ma miejsce. Jej publiczne wystąpienie nie wpływa w żaden sposób na status ontyczny tego zjawiska. Stąd też etyczne traktaty fejsbukowych filozofów, którzy szastają moralnymi ocenami, wydają się parą w gwizdek – nie zmienią tego, co już się stało, ani tego, co dziać się będzie.

Jak walczy się z aborcją?

Nasuwa się pytanie, o co walczą ci, którzy tak zaciekle atakują Przybysz. Wydawać by się mogło, że są przeciwnikami „aborcji na życzenie” lub aborcji w ogóle. Czy w takim razie nie powinni zastanawiać się przede wszystkim nad tym, jak zminimalizować liczbę dokonywanych zabiegów? Jeśli tak, powinno im chyba zależeć na zebraniu jak najdokładniejszych danych, które pozwoliłyby opracować rozwiązania tej kwestii. Możemy przypuszczać, że aborcji nie dokonują wcale w większości kobiety ubogie – gdyż zwyczajnie ich na to nie stać. Jeśli – tak jak w przypadku Natalii – sytuacja materialna nie stoi bezsprzecznie (choć trudno tu wyznaczać obiektywne kryteria) na przeszkodzie urodzeniu i wychowaniu dziecka, co jest czynnikiem, który sprawia, że kobiety decydują się na aborcję? Strach przed zburzeniem swojego ładu życiowego? Niechęć do oddania dziecka do adopcji? Brak psychologicznego wsparcia? Odpowiedź na te pytania mogą nam dać tylko te kobiety, które na aborcję się zdecydowały. Potępianie i czynienie z aborcji tematu tabu wydają się więc mieć skutek odwrotny od zamierzonego – nie minimalizują ich liczby, a uniemożliwiają dotarcie do informacji, które mogłyby w tym pomóc.

Pora pogodzić się z tym, że nazywanie morderczyniami i straszenie piekłem nie są skuteczną bronią w walce z aborcją. Te głośne hasła są raczej wygodną opcją, która nie wymaga za wiele wysiłku, a pozwala głoszącym je uważać się za obrońców życia.

Oprócz potępienia przeciwnicy aborcji mają jednak inne wyjście – dążyć do całkowitej jej delegalizacji i nałożenia wysokich kar na kobiety i lekarzy dokonujących zabiegów. Ta strategia wydaje się bardziej logiczna, choć wciąż trąci umywaniem rąk. Jednak badania wykazują, że kraje, w których aborcja jest nielegalna, mają nieco wyższy współczynnik dokonywanych zabiegów niż kraje, w których jest ona całkowicie dostępna. Oznacza to, że strategia penalizacji aborcji jest może intuicyjnie efektywna, ale w rzeczywistości wciąż nie spełnia swojej roli, jeśli rolą tą ma być faktyczne zmniejszenie ilości zabiegów.

Czy znasz swego wroga?

Chociaż napięcie pomiędzy przeciwnikami aborcji a chociażby uczestnikami Czarnego Protestu wydaje nam się oczywiste, w świetle niejasności co do sposobów minimalizowania liczby aborcji jest ono paradoksalne. Ze strony krytyków Czarnego Protestu często słychać oburzone głosy, sarkające na upadek obyczajów i utratę sumienia. Tego typu zarzuty – przy pominięciu ich niestosowności w ogóle – mogłyby być jakkolwiek adekwatne jedynie w stosunku do osób postulujących liberalizację prawa aborcyjnego. Tymczasem utożsamienie wszystkich uczestników Czarnego Protestu z tą opcją ideową jest w oczywisty sposób zbyt dużą generalizacją. Czarny Protest był przecież ruchem sprzeciwu wobec ustawy zaostrzającej obowiązujący kompromis. To prawda, że wewnątrz niego silny jest nurt liberalizacyjny, ale nie ma powodów, by sądzić, że jest on choćby dominujący.

Wiele z osób popierających Czarny Protest opowiada się za utrzymaniem kompromisu aborcyjnego i nie podpisuje się pod postulatem legalnej aborcji do dwunastego tygodnia. Warto przypomnieć, że przy zbiórce podpisów dla Inicjatywy Ustawodawczej Ratujmy Kobiety organizatorzy co i rusz zaznaczali, że nie trzeba zgadzać się ze wszystkimi postulatami, a projekt ma być przede wszystkim reakcją i stać w kontraście dla propozycji Ordo Iuris. Więcej: wśród zwolenników Czarnego Protestu nie brakowało osób uważających aborcję za złą, ale sprzeciwiających się jej penalizacji (warto przypomnieć tu choćby tekst Zuzanny Radzik). Bojkotowanie Czarnego Protestu jako takiego nie ma więc jednoznacznego uzasadnienia nawet dla zwolenników Ordo Iuris, którzy każdą aborcję – także w przypadku gwałtu, poważnej choroby dziecka czy zagrożenia życia matki – uznają za niedopuszczalną. Tymczasem odnieść można wrażenie, że potępiany jest także przez mniej radykalne osoby, które bezrefleksyjnie przyklejają mu po prostu łatkę „lewackiego”.

To prawda, że w obrębie nurtu liberalizacyjnego pojawiają się głosy, które postulują uznanie aborcji za zabieg de facto kosmetyczny, przekonują, że nie wiąże się ona z żadną traumą, a nawet mówią, że nie zależy im na tym, żeby była rzadka (przykład w [LINKU]). Taka postawa faktycznie stoi w skrajnej sprzeczności z ruchami pro-life w każdym rozumieniu. Ale czy nie stoi w sprzeczności także z mniej radykalnymi przekonaniami osób pro-choice? Problem znów polega na tym, że traktując aborcję jako zabieg kosmetyczny, zamykamy drogę dla jakiegokolwiek dialogu. Radykalizujemy debatę i polaryzujemy dwie strony barykady, nie bacząc na skutki. Podobnie jak straszenie piekłem w przypadku radykałów pro-life, tak i traktowanie aborcji jako moralnie neutralnej przez radykałów pro-choice jest naiwne i nieefektywne.

Wbrew temu, co być może wyobraża sobie część krytyków Czarnego Protestu czy ruchów pro-choice – nurt liberalizacyjny nie jest przecież jednoznacznie entuzjastyczny w stosunku do aborcji. Składa się z wielu różnych postaw, rzadko aż tak radykalnych jak te opisane wyżej. Jednocześnie nieodłącznymi jego postulatami są: edukacja seksualna, łatwy dostęp do antykoncepcji i wsparcie socjalne dla matek. Pokaźna część zwolenników „aborcji na życzenie” także dąży więc do minimalizacji liczby zabiegów – chociaż przez zmniejszenie liczby ciąż w ogóle. Co więcej, istnieją podstawy, by sądzić, że te postulaty mają szansę odnieść lepszy skutek niż skrajna penalizacja (wspomniane już badania).

Jak się porozumieć?

Być może minimalizacja liczby aborcji mogłaby więc stać się polem porozumienia dla obu – tak zajadłych i gardzących sobą wzajemnie – stron. By jednak taka szansa w ogóle zaistniała, potrzebne są rzetelne informacje, które trudno zebrać, piętnując zainteresowanych.

Dopóki nie będziemy otwarcie rozmawiać o problemie, nie zbierzemy wiarygodnych danych i nie opiszemy skali zjawiska. Bez względu na nasze poglądy i reprezentowane opcje póki co jesteśmy dziećmi błądzącymi we mgle. Nie możemy rozwiązywać problemu ani nawet prowadzić debaty, jeśli nie mamy danych: nie wiemy, ile kobiet dokonuje aborcji nielegalnie (czy to w Polsce, czy za granicą), nie wiemy, jakie są powody ich wyboru, nie wiemy, w jaki sposób można taką decyzję zmienić i czy jest to w ogóle możliwe. Przy takim stanie rzeczy niemożliwe jest stworzenie rozwiązań, które jakkolwiek na problem aborcji by odpowiadały.

Oczywiście nawet przy chęci dialogu i dostrzeżeniu wspólnego celu, jakim mogłaby być minimalizacja liczby aborcji, problemem wciąż pozostaje pogodzenie środków w dążeniu do niego. Na przykład łatwy dostęp do antykoncepcji – choć wydaje się potencjalnie skutecznym środkiem w walce z liczbą aborcji – jest nie do zaakceptowania dla środowisk, które jej stosowania ze względów ideologicznych nie uznają. Wydaje się jednak, że takie poglądy są stosunkowo marginalne – o delegalizacji antykoncepcji w Polsce nie mówi się raczej poważnie (chociaż ostatnie doniesienia o nielegalnym używaniu przez lekarzy klauzuli sumienia do odmowy wypisania recepty na tabletki antykoncepcyjne pozwalają sądzić, że być może mają większe rozmiary, niż zwykło się sądzić).

Innym problemem jest kwestia liczby urodzeń w ogóle. Jeśli założymy, że obok minimalizacji liczby dokonywanych aborcji naszym celem jest zwiększenie dzietności, sytuacja może nieco się skomplikować. Pytanie jednak: czy koniecznie? To znów kwestia, nad którą warto byłoby się zastanowić, wykorzystując fakty, dane i naukowe prognozy. By to nastąpiło – niezmiennie potrzebujemy otwartej rozmowy.

***

Nagroda Wysokich obcasów dla Natalii Przybysz może więc wzbudzać kontrowersje, jeśli potraktujemy ją jako nagrodę za odwagę do wolności wyboru – czyli do samego dokonania „aborcji na życzenie”. Jako nagroda za „przełamanie zmowy milczenia” wywołuje jednak niezrozumiałe oburzenie. W końcu bez wątpienia, jeśli czegoś w temacie aborcji potrzeba, to właśnie danych i rozmowy – konkretnych przypadków, a nie teoretyków, którzy nigdy w sytuacji wyboru się nie znaleźli. Natalia Przybysz nie tylko zdecydowała się na odważne wyznanie, ale też nie cofnęła się przed nim, mając zapewne świadomość, jak trudne będą konsekwencje. Oczywiście, być może zależało jej na medialnym rozgłosie, ale nawet jeśli, zapłaciła za niego bardzo wysoką cenę. I chyba za tę cenę należy jej się tytuł „Superbohaterki”.

Wyznanie Przybysz mogłoby otworzyć drogę do wysłuchania i zrozumienia kobiet, które na aborcję się decydują. Nie ma znaczenia, jaką mają pozycję społeczną, przekonania i jak moralnie oceniają swoje decyzje – są źródłem informacji, które pozwoliłyby nam dojść do przyczyn decyzji, zebrać dane i zastanowić się nad tym, jaką strategię możemy w ich obliczu rozwinąć jako obywatele. Piętnując, nie sprawimy, że aborcji będzie mniej – prawdopodobnie wręcz przeciwnie. Przecież nawet jeśli „aborcję na życzenie” potraktujemy jako wroga, trudno walczy się z nieznanym, tajemniczym przeciwnikiem. Diagnoza jest teraz tym, czego potrzeba nam najbardziej.