dwutygodnik internetowy
5.09.2016
magazyn papierowy


Demony Philipa Rotha

Roth szybko zarzuca psychologiczne niuanse swoich postaci i wali prosto w gębę samej Ameryki pięścią żydowskiego chłopaka, który najpierw wyzbył się swojej rodzinnej tradycji (i traumy), a teraz z dystansem, ale przede wszystkim z głową pełną ideałów może rozprawić się ze swoją wielokulturową ojczyzną.

Roth_Wzburzenie_m

materiały prasowe

Kiedy Roth będzie już tylko Rothem z pomnika, jednym tchem wymienianym obok Williama Faulknera mistrzem literatury amerykańskiej, nikt wznawianego właśnie przez WL „Wzburzenia” nie uzna za jego najważniejsze dokonanie. Jest to jednak powieść pozwalająca spekulować o Rothcie w sensie ścisłym, skupiająca wszystkie jego twórcze cechy i obsesje, pokazująca mechanizmy napędzające jego powieściowe światy.

Zaczyna się jak zwykle, od rodzinnej gehenny, z której koniecznie trzeba się jakoś wydostać. Typowy bohater Rotha, czyli dziewiętnastoletni syn koszernego rzeźnika, próbuje uciec przed neurotycznym ojcem, który z ciepłego ogniska domowego potrafił rozpętać prawdziwe piekło ciągłych kłótni, lęków i wyrzutów. Od razu otrzymujemy całą galerię osobliwych potyczek, z jakiej słyną powieściowe familie u Rotha; wybuchowy drobny urzędnik i matka, co chałkę doprawia nadopiekuńczością, a do tego ponadprzeciętnie inteligentny syn, który postanawia zostać tym marnotrawnym i wyjeżdża na studia w stronę „jak najdalej od domu”.

Niestety chłopak z żydowsko-familiarnej jatki trafia jeszcze gorzej. Uciekając przed domem rodzinnym, daje się wciągnąć w wir amerykańskiego koszmaru, w sam środek zimy w zapyziałym, konserwatywnym Ohio, gdzie przeciągająca się wojna koreańska podsyca paniczny patriotyzm i amerykańskie obsesje. Podczas obowiązkowej dla wszystkich studentów lekcji w kościele przemawia republikański działacz, typ szeryfa oddanego sprawom ojczyzny, bliski kuzyn Wujka Sama, co to sprowadzi wszystkie zbłąkane owieczki na drogę cnót obywatelskich i pokornego oddania życia za ojczyznę walczącą z komunistami. Aby dodać sobie w pewnym momencie otuchy, chłopak zagłusza w głowie mowę republikanina chińską piosenką rewolucyjną, z której Roth zaczerpnął tytuł oddający nie tylko napięcie wewnątrz Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale także emocje chłopaka siłującego się z całym otoczeniem o swoje ideały. Ta niemalże fanatyczna nerwowość ciągłego uciekania, zagłuszania czegoś, zagadywania i ponownego analizowania, wywlekania na drugą, trzecią stronę, stanowi paliwo nie tylko dla tej książki, ale dla twórczości Rotha w ogóle.

Roth narrację we „Wzburzeniu” podsyca stanem śpiączki, poddaje ją działaniu morfiny. W punkcie wyjścia dla książki chłopak przekonany jest, że zmarł i że została mu jedynie pamięć, ale w rzeczywistości trzyma się jeszcze życia, choć w istocie jedyne, co ma, to pamięć. Jest to pamięć bardzo świeża, niepogodzona z klęskami i cały czas tęskna do życiowych namiętności nastoletniego jeszcze bohatera. Monolog płynie na odurzeniu morfiną, lubi zapętlić się wokół traum czy przeszarżować kilka wątków, a nieodzownym elementem opowieści staje się nerwowe falowanie. Wszystkie rany są jeszcze otwarte, nic nie może się jeszcze zacząć zabliźniać, najpierw trzeba terapii literackiej, walki słowem o uporządkowanie życia. Czytelnik wciągany jest w wir wspomnień, wyrzutów i oskarżeń w sposób ledwie zauważalny, ale jednak na tyle silny, że ostatni, ratujący nas przed zbytnim obciążeniem rozdział, nosi tytuł „wynurzenie”; dłuższe utrzymywanie się na głębinach fiksacji Rotha to wrażenia z gatunku ekstremalnych, czasem bezpieczniej po prostu uciec na powierzchnię, pooddychać powietrzem nieskażonym neurozami amerykańskiego twórcy.

Kiedy Roth kilka lat temu oznajmił, że zawiesza muzy na kołku i przechodzi na literacką emeryturę, wyznał w jednym z wywiadów, że pisarstwo było codziennym rytuałem warunkującym jego życie, stanowiło dla niego ochronę. I ta strategia wydaje się mieć mocne odzwierciedlenie we „Wzburzeniu”, które jako książka dla Rotha typowa, wciąż powraca do jego stałych obsesji i próbuje je oswoić. Literatura staje się tutaj sposobem przepracowywania porażek, ale choć dokonujący sumy swojego życia narrator ma w rękach wszystkie narzędzia do sformułowania jakiejś pocieszającej klamry, wyjaśnienia problemów trapiących większość bohaterów amerykańskiego pisarza, to na końcu nie ma żadnych odpowiedzi, jedyne, co pozostaje, to narastające wzburzenie z tytułu i chęć, aby uderzyć w ten świat jeszcze raz, inną książką. Jest to pisanie, które zadaje szereg pytań i nawet nie łudzi się, że znajdzie jakiekolwiek rozwiązanie, jakąkolwiek ucieczkę ze szczelnie odtworzonych sideł rzeczywistości. Widać tutaj podejście Rotha do samego rzemiosła literackiego, dzięki któremu można demony nazwać po imieniu, ale nie jest się w stanie skutecznie z nimi zawalczyć. Zostaje więc obsesyjne powtarzanie ich imion oraz opisywanie właściwości, a do tego narracja podłączona do morfiny, będąca już poza światem i poza logiką powieści realistycznej, nadaje się idealnie.

Newark, to samo Newark co zawsze, znów rozkwita wieloma kulturami, a żydowski dom nieomal pęka od nagromadzonych w nim neuroz bohaterów; trauma rodzinna jest tak silna jak w „Kompleksie Portnoya”, choć tym razem to ojciec wywołuje kolejne domowe eksplozje. Sam natomiast bohater, postać o niespożytych siłach witalnych, nieustannie podejmuje walkę. Z zawziętością dba o swoją prawniczą przyszłość, szuka miłości, wytyka hipokryzję purytańskim elitom i, kiedy wszystkiego nagromadzi się już zbyt wiele, wykrzykuje „fuck you”. Bo momentami nie można zrobić nic więcej, ale za wszelką cenę nie chce się po prostu spasować, afirmacja porażki byłaby całkowicie poza żywiołem prozy Rotha, gdzie, choć z pozycji przegranej, cały czas szydzi się z przeznaczenia i jak mantrę powtarza „fuck you”.

I to „fuck you” doskonale kanalizuje emocje bohatera, amerykańskiego Żyda, który nie chce ani żydowskiego zahukania, ani podszytego wojną american dream. Roth szybko zarzuca psychologiczne niuanse swoich postaci i wali prosto w gębę samej Ameryki pięścią żydowskiego chłopaka, który najpierw wyzbył się swojej rodzinnej tradycji (i traumy), a teraz z dystansem, ale przede wszystkim z głową pełną ideałów może rozprawić się ze swoją wielokulturową ojczyzną. Tyrady bohatera przeplatane są z ironicznie przeszarżowanym opisem stawiającym sobie za zadanie trafienie w sam punkt Ameryki, zrozumienie atmosfery kampusowej klubokawiarni i kija baseballowego, który, jak powtarza sobie bohater, trzeba chwycić niżej, żeby uderzyć mocniej. I tak samo Roth, chwytając się często przesady i drwiny, uderza bardzo mocno i wysoko, bo pokazuje, już całkiem na poważnie, Amerykę lat 50. z jej dylematami i to, jak potrafiła osaczyć wrażliwego chłopaka z Newark, który szuka swojej drogi.

Całe to wyznanie wzburzonego, analizującego siebie i świat narratora Roth sprawnie oprawia w bardzo fabularne ramy, bierze wszystko w duży nawias. Przywołuje historię, dopowiada losy podłączonego do morfiny chłopaka i na sam koniec zasłania się zgrywą, próbuje wszystko unieważnić, zrobić stworzonemu światu sztubacki dowcip poprzez ironicznie wypowiedziany morał w ostatnim zdaniu. Ale jest to zasłona dziurawa, jeśli nie przezroczysta. Unik jako sam gest, wykonany ze świadomością niemożności ucieczki przed szeregiem demonów, które dziś rymują się wyłącznie z pisarstwem Rotha, a z którymi ten mierzy się w niemalże każdej swojej powieści.