dwutygodnik internetowy
22.09.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Demony nie przyjdą ze Wschodu

W filozofiach i religiach pogańskich odnajdujemy wielką część tego, co uważa się za prawdy religii katolickiej. Pan świata moralnego rozsiał na całej jego powierzchni nasiona prawdy.

foto: mwibawa/Creative Commons

Cejrowski i wtórujący mu autorzy uważają, że łaska jest obecna tylko w widzialnym Kościele, a w każdej innej wielkiej religii widzą demona, czy samego Szatana.
Przed miesiącem opublikowaliśmy tekst Piotra Popiołka „Religie wschodu i demony polskiego katolicyzmu”, w którym dyskutował on z polskimi krytykami buddyzmu i wierzeń hinduistycznych, przedstawiającymi je jako okultystyczne i diabelskie formy religii. Poniżej znajdą Państwo drugą część tego tekstu.
 
Ks. Posacki próbując udowodnić całkowitą niezgodność buddyzmu z chrześcijaństwem odwołując się do apologetycznej pracy Henri de Lubaca „Aspekty buddyzmu”, gdzie wykazana jest różnica w doktrynalnym rozumieniu chrześcijańskiej miłości caritas i buddyjskiej majtri. Wykazaną przez de Lubaca różnicę można by streścić w stwierdzeniu, że chrześcijańska miłość jest celem i nie ma kresu, natomiast miłość buddyjska jest narzędziem i ostatecznie „wygasa”. Jednakże nawet w tym pozornie ekskluzywistycznym ujęciu dla de Lubaca buddyzm jest drogą do prawdy, acz niedoskonałą. Jest to więc religia, w której pragnienie Boga i poszukiwanie odpowiedzi na najgłębsze pytania ludzkiej egzystencji zaszły tak daleko, jak tylko było to możliwe bez otrzymania Objawienia. Droga do prawdy buddyzmu zatrzymuje się na pewnym etapie i nie może zostać przezwyciężona bez Objawienia. Jakkolwiek surowa i ekskluzywistyczna może się wydawać ta ocena, daleko jej do całkowitego wykluczenia i utożsamienia buddyzmu z satanizmem u ks. Posackiego.
 
Kościół od zawsze uznawał naturalne pragnienie Boga wpisane w serce człowieka, oraz to, że są w świecie różne formy zbliżania się do tej jedynej prawdy, jakkolwiek to jej poznanie byłoby niedoskonałe. Aksjomat „extra ecclesiam nulla salus”, poza Kościołem nie ma zbawienia, zdaje się być często w Kościele interpretowany na modłę jansenistyczną, czyli odrzucającą całkowicie możliwość zbawienia poza strukturami widzialnego Kościoła oraz otrzymania łaski przez pogan. W rzeczywistości oznacza on absolutną konieczność pośrednictwa Kościoła w zbawieniu. Egzystencjalny wymiar pragnienia Boga, wpisanego w naszą naturę dostrzegany był u zarania dziejów Kościoła, a powtórzony dobitnie został na II Soborze Watykańskim (czyż tego śladem nie jest również wyrażenie dogmatyczne z I Soboru Watykańskiego odnośnie możliwości dojścia do poznania Boga drogą rozumową?). Człowiek, ze swej natury powołany jest do uczestnictwa w życiu Trójcy Przenajświętszej. Inne religie (skłaniając się do starochrześcijańskiej opinii podzielanej przez de Lubaca) nie są w stanie dojść do ostatecznego celu – do swego wypełnienia potrzebują Osoby Chrystusa. Mają one jednak elementy prawdy („ziarna słowa”) i swoich świętych, którzy podążali za prawdą wypisaną w sercach wszystkich ludzi. Według Hansa Waldenfelsa, takim uniwersalnym, naturalnym wyznacznikiem prawdziwości religii jest naśladownictwo ukrzyżowanego Chrystusa: „[m]iara, w jakiej udaje się pobudzić siły przeciwko diabelskim kręgom cierpienia w świecie oraz ukształtować i umocnić postawę współcierpiącej bezinteresowności i współczującego samoogołocenia, stanowi kryterium – mówiąc po chrześcijańsku – prawdziwej czci oddawanej Bogu w duchu naśladowania Chrystusa” (H. Waldenfels 1990, s. 72).
 
Pluralistyczna kultura początków
 
Czytając teksty naiwynych krytyków religii niechrześcijańskich, w których praktyki buddyjskie i hinduistyczne wywierają pewien zamierzony skutek na świat, niezależnie od woli człowieka i Boga, jedynie w oparciu o sekwencję gestów, znaków i symboli, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z mentalnością pogańską. Uproszczając (idąc za Hansem Urs von Balthasarem), w katolickiej mentalności, szczególnie w starożytnym chrześcijaństwie, u Ojców Kościoła, pogańskie mity i wierzenia były rozumiane w sposób ogólny jako swoiste przeczucia Logosu – Słowa Bożego. Orygenes, przyjmował możliwość istnienia Mocy i Władz, które mają pewną ukrytą wiedzę o świecie i mogą się nią dzielić z człowiekiem dla jego dobra. Pośród chrześcijan istniało przekonanie, że jakiekolwiek cuda muszą się dokonywać poprzez ingerencję Boga.
 
Natomiast w demonizujących obce religie tekstach odnosi się wrażenie, że bóstwa hinduskie czy bodhisattwowie, arhaci, buddowie w buddyzmie są samodzielnymi bytami, które mają takie same moce i możliwości działania w świecie co Bóg chrześcijański – konkurują z nim tylko o wpływ na świecie. Takie de facto krypto-pluralistyczne podejście, jak mam wrażenie, często charakteryzuje publicystykę środowiska portalu fronda.pl (nie mylić z czasopismem Fronda). Oczywiście nie przypuszczam, żeby ks. Posacki w najmniejszym stopniu rzeczywiście wierzył w tak potężną moc bóstw hinduistycznych czy buddyjskich, jednakże występuje u niego dziwne przeświadczenie, że „czyste” chrześcijaństwo (sic!) nie powinno zostać zanieczyszczone przez symbolikę i znaki występujące w obcej religii, a zwłaszcza przez „kulturę orientalną”.
 
W wypadku Cejrowskiego i mu wtórujących mamy do czynienia z jakąś hipermonoteistyczną wariacją chrześcijaństwa, gdzie Bóg jest całkowicie transcendentny, a łaska jest obecna tylko w widzialnym Kościele. Owa jansenistyczna tendencja jest widoczna w wielu środowiskach katolickich, które w założycielu każdej innej wielkiej religii (nie wspominając o religiach naturalnych, uważanych za przejaw działalności demonów w świecie) widzą demona, czy samego Szatana.
 
Według tej ekskluzywistycznej (religijnie, kulturowo) narracji świat wydaje się być pod całkowitym władaniem Szatana, który się manifestuje w innych religiach i próbuje przeniknąć w jakiś sposób do chrześcijaństwa, które (jak wszyscy dobrze wiedzą), nigdy nie czerpało niczego z pogańskich religii. Chrześcijaństwo jak i inne religie są rozumiane przez owych oponentów konkurencyjnych religii (tych „teologów ekskulzywizmu”) jako homogeniczne, jednorodne, hermetyczne, konkurencyjne względem siebie, a przede wszystkim „czyste”. To ostatnie dotyczy szczególnie chrześcijaństwa, które nie może nabyć żadnych cech, symboli, praktyk z innych religii. Gdybyśmy próbowali sformułować ten model „inkulturacji” w odniesieniu do chalcedońskiego dogmatu chrystologicznego, to byłoby to: bez zmieszania, bez zmiany, ale już z podzieleniem i z rozłączeniem. Logos, który objawia się w świecie, objawia się również w kulturze, w kontekście.
 
Postawa ta wynikać może jedynie z ignorancji dotyczącej własnej tradycji religijnej, która od początków wzrastała w pluralistycznej religijnie kulturze i rosła w niej w siłę, nie poprzez całkowitą jej negację i zwalczanie, ale umiejętność adaptacji i „chrzczenia” elementów, które postrzegane były jako dobre, prawdziwe i wartościowe. Kardynał John Henry Newman pisał, że w filozofiach i religiach pogańskich odnajdujemy wielką część tego, co się ogólnie uważa za prawdy religii katolickiej, czy to jako jej rudymenta, czy też jako pewne jej aspekty… od samego początku Pan świata moralnego rozsiał na całej jego powierzchni nasiona prawdy.
 
Interesujące jest to, że obce religie nigdy nie były rozumiane przez Tradycję i naukę Ojców jako całkowite dzieła Szatana. Owszem – mogły być wynikiem błądzenia na skutek grzechu pierworodnego, niezaspokojonego pragnienia Boga, które zmuszało do szukania po omacku, co często kończyło się zwróceniem ku rzeczom stworzonym przez Boga, miast ku samemu Stwórcy.
 
Pseudonaukowe teksty Posackiego, Patynowskiej, czy innych publicystów współpracujących z portalem fronda.pl, czerpią wybiórczo z dzieł religioznawców i antropologów (m.in. Mircea Eliadego), wyrywają ich z dyskursu religioznawczego i przekładają na język teologiczny, próbując w ten sposób udowodnić szkodliwość wschodnich praktyk religijnych. Mamy tu do czynienia z perwersyjnie odwróconą teologią religii, skoro bowiem teologia religii dąży do zrelatywizowania wszystkich religii w obliczu jednego Absolutu, to ta specyficzna teologia dąży do odcięcia wszystkich systemów religijnych wraz z ich symbolami od życiodajnego Logosu i łaski, darmo udzielającej się każdemu człowiekowi.
 
Monopraktycyzm i lęk przed synkretyzmem
 
Od dawna wiadomo o krucjacie wymierzonej w Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej (World Community for Christian Meditation) i podobnym praktykom mającym miejsce w Lubiniu prowadzoną przez „prawowiernych” katolików. Podobna paranoja powstała również wokół kontrowersji: czy katolik może uprawiać yogę? A to z tego względu, że znów się uważa, iż jest to praktyka jednoznacznie i całkowicie przynależna obcej, pogańskiej religii. Ten monopraktycyzm (nie uznający innych poza ustalonymi, tradycyjnymi, prawidłowymi praktykami religijnymi), który wyznają niektórzy katolicy wiąże się z wiarą jakoby chrześcijańskie, specyficznie rzymsko-katolickie praktyki religijne były „czyste” i nieskażone przez „obce” wpływy religijne. Tak jakby chrześcijańskie tradycje kontemplacyjne zupełnie nie czerpały z innych starożytnych tradycji (na przykład egipskiej tradycji pustelniczej). Według Vicaire „Istnieją rzeczywiście w monastycyzmie elementy, które nie są specyficznie chrześcijańskie, ale wspólne wszystkim zmierzającym do osiągnięcia doskonałości wewnętrznej” (s. 50). Nie chodzi o pochodzenie danych praktyk, o to czy pewne elementy zostały zapożyczone z obcych religii, ale o sposób wykorzystania i ukierunkowanie ich. List Kongregacji Nauki Wiary Orationis formas zwracał uwagę na różnice pomiędzy metodami a treścią, która jest zawarta w niechrześcijańskich tradycjach medytacyjnych. I tak na tej podstawie Piotr Piasecki OMI stwierdza, że jeśli wschodnie praktyki medytacyjne zostaną wzbogacone o chrześcijańskie treści, szczególnie personalistyczny charakter modlitwy, to mogą być one pożyteczne na drodze zgłębiania chrześcijańskiej kontemplacji. Jak praktyki religijne nie mogą zostać całkowicie odrywane od swoich tradycji i uważane za neutralne i całkowicie relatywne, tak nie można ich uważać za coś przynależnego tylko danej tradycji i zupełnie niekompatybilnego z chrześcijaństwem. Kościół ma świadomość tego, dlatego też nie „ nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte”.
 
Należałoby się zastanowić, czy prawdziwymi demonami, z którymi należałoby walczyć dzisiaj nie są zjawiska powszechnie obecne, które rzeczywiście na co dzień odciągają nas od kontemplacji Boga i uczestnictwa w jego miłości. Jak pisał Jürgen Moltmann ludzkość wspólnie walczy z różnymi kręgami diabelskimi (ekonomicznym diabelskim kręgiem nędzy; politycznym diabelskim kręgiem przemocy; kulturowym diabelskim kręgiem wyobcowania; przemysłowym diabelskim kręgiem dewastacji przyrody; najszerszym diabelskim kręgiem bezsensowności i samotności bez Boga) spoglądając na krzyż Chrystusa (Waldenfels, 70). Tą walkę możemy podejmować z naszymi braćmi przynależącymi do innych religii. Walcząc z demonami dzisiejszego świata obecnymi w kulturze konsumpcyjnej, barbarzyńskiego kapitalizmu, gdzie człowiek, będący obrazem Boga, odarty z całej swej godności, podlega utowarowienia i reifikacji. Na poziomie tej realnej walki z dzisiejszymi demonami jesteśmy powołani do tego, by wchodzić z Innymi w dialog. W tym dialogu życia codziennego różnice doktrynalne stają się mniej istotne niż w doktrynalnym dialogu międzyreligijnym.
 
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.