dwutygodnik internetowy
18.03.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Deklaracja LGBT+ i krótki wzrok władzy

Skala przemocy i dyskryminacji, z którą muszą się mierzyć osoby LGBT+, jest uderzająca. Czemu prawica o tym nie mówi? Nie dlatego, że tworzą ją źli ludzie, lecz dlatego, że władza bardzo skraca wzrok.

Ilustr.: Joanna Grochocka

Ilustr.: Joanna Grochocka

Warszawska Deklaracja LGBT+ wywołała wzburzenie w środowiskach prawicowych – również tych, które zwykle nie piszą o tożsamości i orientacji seksualnej. Deklarację skrytykowali między innymi Krzysztof Mazur, do niedawna prezes Klubu Jagiellońskiego, oraz Bartłomiej Radziejewski, dyrektor Nowej Konfederacji. Nie zaproponowali jednak żadnych alternatywnych rozwiązań, które mogłyby zmniejszyć skalę ataków na osoby LGBT+ w społeczeństwie. O samej skali również nie mieli nic do powiedzenia.

Nie ma w tych wystąpieniach choćby wzmianki o bardzo częstych – w porównaniu z resztą populacji – myślach i próbach samobójczych w rzeczonej grupie. Tym bardziej nie ma informacji o ich społecznych uwarunkowaniach, które wiążą się z dyskryminacją i przemocą (psychologia mówi tutaj o stresie mniejszościowym). Nie ma odniesień do krytycznego wobec Polski raportu ONZ. Nie ma też konfrontacji z danymi sondażowymi Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej sprzed kilku lat. Według tych wyników w roku poprzedzającym badanie na 1000 osób LGBT+ w naszym kraju przypadały średnio 452 groźby lub akty przemocy (strona 60), a 61% ankietowanych unikało pewnych miejsc z powodu lęku przed napaścią, grożeniem lub nękaniem (strona 90). W samej Polsce podobne dane starają się zbierać organizacje takie jak Kampania przeciw Homofobii, chociaż dysponują znacznie skromniejszym budżetem.

Raporty takie mógłbym omawiać jeszcze długo, a to przecież wciąż tylko fragment szerszego obrazu. Dodajmy do tego wrogie postawy wzmacniane przez brak wiedzy (w badaniach CBOS osoby homoseksualne postrzegane są znacznie przychylniej przez tych ankietowanych, którzy deklarują, że znają osobiście jakiegoś geja bądź lesbijkę), trwające od dawna absurdalne próby powiązania orientacji z pedofilią czy też pełne przyzwolenie obozu rządzącego na ataki ze strony Krystyny Pawłowicz.

Dla Bartłomieja Radziejewskiego problemy osób o nienormatywnej orientacji i tożsamości to „tematy mało ważne”, dla Krzysztofa Mazura najwidoczniej też (chociaż ten ostatni przynajmniej wprost dystansuje się od zarzutów o pedofilię). Ale wspomniane wypowiedzi to jedynie ilustracja szerszego zjawiska. Ze świecą szukać kogoś, kto na polskiej prawicy wziąłby na serio niezliczone dane o dyskryminowaniu osób LGBT+, i to nawet nie dlatego, że ktoś podjął polemikę z badaniami i z jakiegoś powodu je odrzucił – cała ta wiedza jest zwyczajnie ignorowana. A mówimy o grupie, która w najostrożniejszych szacunkach liczy setki tysięcy ludzi (według badania Dalia Research osób LGBT+ żyje w Polsce ponad milion). To niemało.

Skąd bierze się krótkowzroczność?

Czemu problem nie jest dostrzegany? Czemu po prawej stronie o ludziach z grupy LGBT+ albo się milczy, albo mówi w negatywnym kontekście, nie zważając na ich ciężkie położenie?

Nie wątpię, że w jakimś stopniu rzecz wynika z polaryzacji tożsamościowej. Sposób mówienia o osobach LGBT+ to dziś papierek lakmusowy i oznaka przynależności (zresztą nie tylko na prawicy). W tych warunkach niemal każde ustępstwo staje się odstępstwem. Chciałbym też jednak zwrócić uwagę na krótkowzroczność, do której prowadzi długotrwała dominacja społeczna.

Gdy nasze przekonania i sytuacja życiowa mają silne wsparcie w prawie, polityce, szkole, uczymy się traktować ten stan jako naturalny i nie zaprzątać sobie zbytnio głowy tym, że inni ludzie znajdują się w znacznie gorszym położeniu. A kiedy upominają się o tak podstawowe prawa, jak ochrona przed nękaniem i przemocą, my ich krytykujemy, zbywamy lub ignorujemy. Trudno nam sobie wyobrazić, że ktoś mógłby nie mieć czegoś, co we własnym życiu przyzwyczailiśmy się uznawać za oczywiste. Trudno też przejąć się relacjami osób dyskryminowanych, bo przecież normę stanowi to, że to my zabieramy głos i to my jesteśmy wysłuchiwani. My, nasze otoczenie, nasi przedstawiciele. Jako człowiek, który niegdyś bezrefleksyjnie popierał Platformę Obywatelską i nie śledził bodaj żadnego krytycznego wobec niej medium (przez lata było to całkiem proste), coś o tym wiem.

Nie będę dowodził, że prawica w Polsce rządzi we wszystkich sferach życia. Między innymi skład parlamentu w III RP się zmieniał, a w mediach w ostatnich trzech dekadach przeważały poglądy centrowe (czasami centrolewicowe, czasami centroprawicowe – każdego, kto sądzi, że na przykład TVN to lewica, zachęcałbym do lektury tekstu Łukasza Najdera o Kubie Wojewódzkim). Niemniej w kwestiach związanych z tożsamością płciową i seksualnością wieloletnia hegemonia prawicy jest niezaprzeczalna. W końcu mamy jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie ustaw o przerywaniu ciąży, a nawet tych uprawnień, które z niej wynikają, w praktyce często się kobietom odmawia. W rankingu Europejskiego Forum Parlamentarnego do spraw Populacji i Rozwoju zajmujemy ostatnie miejsce na kontynencie pod względem dostępności antykoncepcji. Należymy też do wąskiej grupy pięciu krajów unijnych, które nie uznają żadnej formy związków partnerskich. Pod tym względem nie ma prawie żadnych istotnych różnic między partiami rządzącymi Polską przez ostatnie kilkanaście lat, co skądinąd z zaskakującą szczerością wskazał ostatnio Władysław Kosiniak-Kamysz.

W dodatku najnowsza podstawa programowa do wychowania do życia w rodzinie zakłada, że już w szkole podstawowej dzieci powinny wyrażać „postawę szacunku i troski wobec życia i zdrowia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci”, a także umieć „wymienić i uzasadnić normy chroniące życie małżeńskie i rodzinne” oraz „sprzeciwić się naciskom skłaniającym do ich łamania”. Nauczycielki i nauczyciele zachęcani są zaś do tego, by „eksponować wartość małżeństwa, odróżniając je od innych związków” tudzież „omawiać wielorakie walory przedmałżeńskiej powściągliwości seksualnej”. Prawicowy światopogląd coraz mocniej zakorzenia się w instytucjach publicznych.

Być może z perspektywy środowisk Klubu Jagiellońskiego czy Nowej Konfederacji składa się to na sytuację pożądaną, odpowiadającą intuicjom moralnym ich członków oraz uprawomocnianą intelektualnie za pomocą różnych nurtów myśli konserwatywnej. Nawet jeżeli tak jest, pamiętajmy: nie mówimy o stanie naturalnym, lecz o skutkach zdecydowanego zwycięstwa określonych opcji społeczno-politycznych i zmarginalizowania pozostałych. Jeden ze skutków tak daleko idącej wygranej to odebranie wielu ludziom prawa do politycznej reprezentacji. Przestają oni być podmiotem, któremu przysługuje możliwość przedstawiania własnych interesów i wartości. Jeżeli o coś się ubiegają, to nie dążą do równości, lecz atakują, narzucają, zgłaszają niezrozumiałe roszczenia – tak to wygląda z perspektywy grupy dominującej.

Czego ci ludzie chcą, skoro wszystko jest jak należy? Po co im jakieś przywileje? W ten sposób ujmuje sprawę Bartłomiej Radziejewski, pisząc o „ofensywie LGBT”, którą „warto powstrzymać” (tak jakby ktoś, kto został niemal wprasowany w ścianę, mógł nagle podejmować ofensywę). Szef Nowej Konfederacji twierdzi też, że „przypadki przemocy” wobec owej grupy „powinniśmy zwalczać tak samo jak te skierowane wobec innych”, dopóki ktoś nie „wykaże, że jest tej przemocy więcej”. Z kolei Krzysztof Mazur w kilkunastominutowym nagraniu mówi o wszystkim, tylko nie o powszechnie dostępnej wiedzy na temat skali ataków i negatywnych stereotypów. Odnotowuje przy tym w jednym zdaniu, że katolicka koncepcja rodziny jest podobnie arbitralna do wizji WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia (z której czerpie Deklaracja LGBT+), ale cały trud wkłada w krytykę tej ostatniej. Nadal umacnia więc krótkowzroczność.

Krótkowzroczność polega na tym, że gdy już rozgościliśmy się na szczycie schodów, nie interesują nas ludzie usiłujący wejść na pierwszy stopień. Z góry zakładamy, że nie zasługują na poważne potraktowanie i że wiedza na temat ich trudnych doświadczeń nie będzie potrzebna ani nam, ani naszym słuchaczom i czytelnikom. Tak jak problem biedy często jest bagatelizowany przez ludzi zamożnych, tak dyskryminacja i przemoc wobec osób homoseksualnych czy transpłciowych to zjawiska, których łatwo nie widzieć, kiedy samemu się ich nie doświadcza.

Jeśli nie Deklaracja LGBT+, to co?

Krótki wzrok nie pozwala też dostrzec tego, jak bardzo wyolbrzymiona została skala zmian związanych z Deklaracją LGBT+. Pokażę to na przykładach dotyczących jej najgoręcej krytykowanej części, czyli edukacji seksualnej. Oto Krzysztof Mazur pisze: „nie wyobrażamy sobie, by dorosły człowiek uczył nasze dzieci w przedszkolach, na czym polega masturbacja”, ale przecież nikt nie będzie tego robił. Swego czasu sam przeoczyłem, że w dostępnej już od miesiąca Deklaracji jest mowa jedynie o szkołach, więc rozumiem, że i były szef Klubu Jagiellońskiego mógł nie zdawać sobie z tego sprawy. Powinien jednak znać oświadczenie Rafała Trzaskowskiego z 28 lutego, zgodnie z którym „tematyka wychowania seksualnego pojawia się w programie nauczania […] dopiero w IV klasie szkoły podstawowej”, a wprowadzenie tej problematyki do przedszkoli „nie jest […] planowane w Warszawie”. Podobnie w chwili nagrywania wypowiedzi Krzysztofa Mazura status edukacji seksualnej mógł być jeszcze niejasny, ale gdy Klub Jagielloński o niej informował, wiedzieliśmy już z komunikatów stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza oraz samego Trzaskowskiego, że zajęcia te będą „dodatkowe, nieobowiązkowe i za zgodą rodziców”.

Ostatecznie mamy więc opcjonalne lekcje od czwartej klasy, planowane tylko w stolicy, z nieokreślonym dotąd programem. Co prawda ma on być zgodny z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia, ale same te standardy mówią, że zawarta w nich matryca edukacji seksualnej „stanowi ramę, na podstawie której nauczyciele mogą wybrać tematy szczególnie interesujące daną grupę osób” (strona 33). Nie będzie więc realizowana w całości i nie ma powodów, by zakładać, że teraz w Polsce pojawią się zajęcia z wszystkimi krytykowanymi elementami tabel WHO (według mnie zresztą tabele te są demonizowane, ale to jeszcze inna sprawa).

Zapewne warszawski ratusz mógł od początku informować o tym wszystkim bardziej klarownie. Ale czy to by dużo zmieniło? Nie sądzę. Po pierwsze bowiem, Krzysztof Mazur słusznie wskazuje, że mamy do czynienia z konfliktem politycznym, niedającym się sprowadzić do różnic intelektualnych i moralnych („oświecony Zachód vs ciemny Wschód” albo „zdeprawowany Zachód vs broniący wartości Wschód”). W grę wchodzą rozbieżne wizje płci i seksualności oraz rozbieżne wizje Polski, których nie można w pełni pogodzić – i wszyscy będziemy musieli z tym jakoś żyć.

Po drugie jednak, w powyższych kwestiach prawica nazbyt przyzwyczaiła się do hegemonii. W efekcie strzela z armat do wróbli, traktując bardzo drobne w skali państwa działania edukacyjne i antydyskryminacyjne jako zamach na podstawy cywilizacji. Jak mógłbym się zgodzić ze stwierdzeniem Krzysztofa Mazura, że Platforma Obywatelska „przyjmuje […] zachodnią agendę i chce ją realizować dzisiaj w Polsce”, kiedy mówimy o inicjatywie firmowanej przez jednego polityka (realizującego skądinąd zapowiedzi z kampanii samorządowej, i to na podstawie silnego mandatu wyborczego)? Kiedy jego decyzję krytykują publicznie inne postacie z tego samego obozu, jak Hanna Gronkiewicz-Waltz i Roman Giertych (teraz doszli jeszcze Władysław Kosiniak-Kamysz i Jakub Stefaniak)? I kiedy Platforma nadal popiera niezwykle konserwatywne regulacje prawne, które od dawna kształtują życie Polek i Polaków w całym kraju?

Na prawicy dużo mówi się o polityczności, ale nieodmiennie wykluczane są z niej osoby LGBT+, ich rzeczniczki i rzecznicy. Krótkowzroczność sprawia, że wszelkie postulaty tych grup jawią się jako atak, a na każdą próbę uzyskania widoczności można znaleźć retoryczny paragraf. W „Rzeczpospolitej” Bartłomiej Radziejewski zarzuca ruchom LGBT+ między innymi „seksualizację przestrzeni publicznej”, nie zważając na to, że już teraz na wielką skalę swą seksualność demonstrują pary różnopłciowe (przez pocałunki, uściski, śluby, wesela, marsze, rocznice). Dyrektor Nowej Konfederacji krytykuje też Deklarację LGBT+ jako „krok w stronę kolejnych postulatów”, a Krzysztof Mazur odmawia parom homoseksualnym nawet prawa „do informacji w szpitalu, do kwestii rozliczeń podatkowych, do kwestii spadkowych”, bo „dzisiaj widzimy, […] że chodzi także o zmianę […] sposobu patrzenia na seksualność całego społeczeństwa”. To trochę tak, jakby polska prawica słyszała bez przerwy: „Teraz twierdzicie, że tradycyjna rodzina jest bardzo ważna, a potem zakażecie antykoncepcji, zaczniecie wrzucać kobiety do więzienia za aborcję i wprowadzicie przymusowe kontrole ginekologiczne, jak w Rumunii za Ceaușescu”. Nie utożsamiam tu przedstawionych sytuacji (dążenia osób LGBT+ są dla mnie całkowitym moralnym przeciwieństwem dawnej rumuńskiej dyktatury), zaznaczam tylko, że postrzeganie każdej emancypacyjnej inicjatywy przez pryzmat tego, co budzi nasze największe obawy, to bardzo niedobra zasada. A krótki wzrok chroni przedstawicieli dominującego światopoglądu przed kłopotliwymi refleksjami na jej temat.

Krótki wzrok chroni również przed niewątpliwą przykrością myślenia o przytłaczających danych na temat uprzedzeń, nękania i przemocy. Ale te dane od tego nie znikną. Jeśli prawica odrzuca Deklarację LGBT+ z powodu różnic politycznych, niech przynajmniej uzna ciężką sytuację tych grup i zaproponuje wypracowanie innych rozwiązań, najlepiej po rozmowach z samymi zainteresowanymi. Kontrowersje związane z edukacją seksualną (chyba już nieco mniejsze, gdy wiemy, jak bardzo ograniczony ma być jej zasięg?) nie powinny skutkować dalszym pozostawianiem osób LGBT+ za burtą. Tak samo spekulacje na temat tego, jakie mogą być długoterminowe skutki obecnych działań, nie powinny blokować wsparcia dla ludzi, którzy potrzebują pomocy tu i teraz. Wydaje mi się to szczególnie istotne w środowiskach odwołujących się do chrześcijaństwa.

Ponieważ dominacja prawicy – w kwestiach związanych z płcią i seksualnością – pozostaje niewidoczna dla niej samej, wskazywanie krótkiego wzroku i jego skutków jest rolą lewicy. Oczywiście ta ostatnia również ma swoje ślepe plamki (które z kolei może dostrzec prawica), są one jednak znacznie mniej istotne dla społeczeństwa, gdy ta strona politycznego sporu nie posiada nawet reprezentacji w parlamencie. Prawdziwym wyzwaniem dla polskiej lewicy będzie dopiero uniknięcie takich pułapek po dojściu do władzy. Ale do tego jeszcze trochę czasu.

PS. Już po napisaniu tego tekstu na stronie Klubu Jagiellońskiego ukazała się polemika z wypowiedzią Krzysztofa Mazura napisana przez Michała Zabdyra-Jamróza. W spolaryzowanym świecie zamieszczenie takiej polemiki to ważny gest – doceniam go i zachęcam do lektury.

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości

Nacjonalizm czy neoliberalizm? Klub Jagielloński o imigracji

Tradycyjne małżeństwa jednopłciowe